Nad światem, w którym wylądowała po ucieczce od Aen Elle, zrywa się burza i gasną kolejne znajome konstelacje. Ihuarraquax ponagla mentalnym sygnałem: nie ma czasu do stracenia, jedyna nadzieja w szybkiej ucieczce we właściwe miejsce i właściwy czas. Ciri przypomina sobie, kim jest, Panią Światów z krwi Lary Dorren, naciąga rękawice i mówi, że jest gotowa. Szum w uszach, błysk i ciemność: zaczyna się tułaczka po miejscach i czasach, z której składa się cały ten rozdział.
Na wyspie Inis Vitre Condwiramurs przegląda akwaforty i zauważa, że do jednego motywu legendy, Ciri z jednorożcem, historycy nigdy nie rościli pretensji: zgodnie uznali go za bajeczny ozdobnik, za to malarze pokochali go na przekór uczonym. Nimue, patrząc na jezioro, mówi o zjawach z innych wymiarów i czasów, które wyłaniają się znad wód wciąż innych, a jednak jakby wciąż tego samego jeziora, spinającego miejsca i czasy niczym klamra, i które trafiają wciąż nie tam i nie wtedy. Zdziwionej adeptce, której zaczyna to brzmieć jak wieszczenie, odpowiada bardzo spokojnie, że to, o czym mówi, widziała we śnie wiele razy. I raz na jawie.
Pierwsza z pomyłek wygląda tak: w kraju podbijanym przez zakonnych rycerzy w białych płaszczach z czarnymi krzyżami rycerz wiozący listy do wielkiego mistrza zjeżdża z eskortą kuszników nad bezludne jezioro, żeby rozejrzeć się za postną strawą. Zamiast rybaków widzi zawisłą nad mgłą zjawę: białego jednorożca z rogiem na czole i szarowłosą dziewczynę na karej klaczy, która mówi coś w niezrozumiałym języku i przeprasza za pomyłkę. Rycerz bierze widziadło za czartowską sprawę, wzywa świętych i szarżuje z mieczem, ale obraz pęka jak uderzony kamieniem witraż i znika, nim dojedzie. Wstrząśnięta eskorta ucieka w zasięg kościelnych dzwonów, a rycerz mamrocze o pogańskim kraju, w którym czeka jego zakon wiele pracy. Ciri kwituje to potem z przekąsem: prosiła przecież Konika, żeby postarał się lepiej, bo jej się spieszy do bliskich, a trafiają to na śmiesznego prostaka w kratkowanym ubraniu, to na kudłaczy z maczugami, to na furiata z czarnym krzyżem na płaszczu.
Kolejna pomyłka odmienia czyjeś życie. Osiemnastoletnia Nimue, wtedy adeptka sztuk magicznych, zbiega z mężczyzną na plażę nad jeziorem; w środku miłosnego uniesienia słyszy dzwon jak z dna oceanu i widzi nad wodą białego jednorożca, karą klacz i siedzącą w siodle dziewczynę. Rozpoznaje w nich baśń, którą jako małe dziecko słyszała od wędrownego bajarza Pogwizda: wiedźminka Ciri, blizna na policzku, klacz Kelpie, kraina elfów. Dziewczyna na klaczy przeprasza, że znowu pomyłka i w dodatku nie w porę, po czym obraz rozpada się w tęczową migotaninę. Nimue krzyczy, żeby nie znikała, ale przygnieciona ciężarem niczego nieświadomego kochanka może tylko patrzeć na pustkę, jaką zostawiła po sobie ginąca legenda. Po jej nosie płynie łza; na pytanie, co się stało, odpowiada tylko, żeby ją objąć i nic nie mówić. Tak wygląda tamto „raz na jawie" i tak domyka się zagadka tego, co wydarzyło się osiemnastoletniej Nimue.
Trafiają się też miejsca, które nie przypominają niczego. W jednym z nich podkowy Kelpie łupią o nienaturalnie równą, twardą jak skała drogę cuchnącą spalenizną, wokół stoją martwe szkielety drzew obwieszone strzępami jak przegniłymi całunami, a za poboczem zaczyna się osypisko z odpadków: dziwnych naczyń, które nie chrupią pod kopytami, lecz pękają miękko i kleiście jak rybie pęcherze. Na dnie kotliny leży jezioro martwe i błyszczące, jakby zamiast wody wypełniała je zastygła smoła, niebo czerwienieje od dalekich łun, a wszystko pokrywa łupież duszącego pyłu. Ihuarraquax oznajmia, że tym razem Ciri musi przenieść ich sama, i po chwili niedowierzania dziewczyna odkrywa, że spływa na nią chłodna jasność wiedzy i mocy, choć nie ma pojęcia, skąd. Spluwa na pożegnanie i mówi, że bardzo dobrze, iż to nie jest jej świat, a po chwili dopowiada głucho, że jeśli nawet jej, to odległy w czasie. Głęboko wierzy, że to przeszłość.
Ulewa następnego świata obmywa ich jak katharsis, póki nie zaczyna wrednie ziębić. Potem trafiają na wyprażone słońcem wrzosowiska na skraju dzikiej puszczy; Ciri łudzi się przez chwilę, że to Brokilon, ale wieczorem nad lasem wschodzą dwa księżyce, duży i mały. Ihuarraquax jest niespokojny: na pytanie, czy nie uciekli dostatecznie daleko, odpowiada myślą, której Ciri nie rozumie, o tym, że nie istnieje daleko ani blisko, i o jakiejś spirali. Niepokój udziela się i jej.
Obawy sprawdzają się na nadmorskim urwisku, w świecie, w którym ptaki nie znają ani ludzi, ani koni, a na plaży leży na wpół zagrzebany szkielet ryby tak wielkiej, że w jej paszczę można by wjechać konno. Powietrze nad urwiskiem drga, pęka jak zlane wodą szkło i z pęknięć sypią się konni w płaszczach barwy pożarnej łuny: Dearg Ruadhri, Czerwoni Jeźdźcy. Półkole obławy przyciska uciekinierów do przepaści. Ihuarraquax wskazuje Ciri lukę w pierścieniu, rozkazuje jej się ratować i nie dać schwytać, a sam staje dęba i rusza na elfów z pochylonym rogiem. Ciri ucina mieczem arkan, którym próbują złapać Kelpie, i wyrywa się z okrążenia; klacz gna tak, że pogoń zajeżdża konie i zostaje jej tylko słanie za zbiegłą przekleństw. Dopiero w następnym, suchym i wietrznym miejscu przychodzi rachunek: Ciri znowu jest zupełnie sama, nie wie, co elfy zrobiły z Konikiem, i czuje się jak żeglarz zagubiony na bezkresnym archipelagu miejsc i czasów. Żeglarz, który traci nadzieję. Wicher suszy jej łzy.
Rama podsuwa temu żeglarzowi latarnię. Wieczorami Nimue i Condwiramurs siadują na tarasie wieży, mając za plecami Zwierciadło Hartmanna i gobelin, a przed sobą jezioro, z którego niosą się klątwy łowiącego Króla Rybaka. Nimue wykłada: czas jest jak wąż Uroboros trzymający zębami własny ogon, wieczność to archipelag chwil, po którym da się żeglować, choć nawigacja jest trudna. Dobrze mieć wtedy latarnię morską i móc usłyszeć we mgle wołanie. To, jak skończy się legenda, wcale nie jest przesądzone, rozstrzyga się właśnie teraz i zależy od tego, czy zagubiony żeglarz dostrzeże światło. W noc przed przesileniem letnim, najlepszą do dywinacji, każe Condwiramurs się skoncentrować i szukać tej, która jest gdzieś tam sama wśród miejsc i oczekuje pomocy.
Ciri tymczasem nabiera wprawy. Na oswojone wrzosowiska z dwoma księżycami umie już wrócić za drugim podejściem, więc rozzuchwala się i eksperymentuje z czasem, o którym mówili Vysogota, elfy i jednorożce: przecież raz już to zrobiła, uciekając prześladowcom o cztery dni w przód, których potem Vysogota nie umiał się doliczyć. Próba kończy się nauczką: chcąc obejrzeć płonące miasto sprzed pożaru albo po nim, wpada niemal w sam środek ognia i osmala sobie brwi. Postanawia trzymać się miejsc, i to miło wspominanych. Wyobraża sobie świątynię Melitele, twarze Nenneke, Eurneid, Katje i Ioli Drugiej, a trafia na moczary rozbrzmiewające rechotem żab; próbuje Kaer Morhen, Skellige i banku w Gors Velen, w którym pracował Fabio Sachs, z nie lepszym skutkiem. Cintry nie próbuje wcale, bo wie, że miasto trzymają Nilfgaardczycy. Zamiast tego bierze na cel Wyzimę, gdzie robiła kiedyś z Yennefer zakupy.
I trafia, choć nigdy się o tym nie dowie. Nad jeziorem, w którym odbijają się światła Wyzimy, uczony Aarhenius Krantz ślęczy właśnie przy teleskopie nad czerwoną kometą, wróżącą wojny, które zresztą i tak trwają, a w przerwie, załatwiając potrzebę z tarasu na klomb piwonii, rozmyśla o teoriach, wedle których gwiazdy to inne światy, oddzielone od ludzi czasem i kosmosem, i marzy o niepowtarzalnej okazji, po której podróże do innych miejsc i czasów staną się możliwe. Wtedy pod tarasem pęka ciemność i wyłania się z niej dziewczyna na koniu, która grzecznie pyta, co to za miejsce i jaki czas. Okazja stulecia dosłownie stoi przed uczonym, ale Krantz zdobywa się wyłącznie na bełkot, więc dziewczyna, wzdychając, że znowu źle trafiła, obrzuca go epitetem i znika. Uczony zapina spodnie i wraca do teleskopu, do okazji, której wolno mu nie stracić: trzeba śledzić kometę, póki nie zniknie w otchłani kosmosu.
Skoro wyobrażanie sobie miejsc zawodzi, Ciri próbuje z innej strony: nie obrazu, lecz pragnienia z samego brzucha. Chcę do Geralta, życzy sobie. Bardzo chcę do Geralta. Ląduje w środku górskiej zamieci, w białej dolinie między wierchami, których szczyty giną we mgle, nad rwącą rzeką gęstą od śryżu i brył lodu. Klnie na własną moc, która z „Pani Światów" zrobiła zbłąkaną w zatraconej dziczy, obiecuje Kelpie szybki powrót na ciepłe wrzosowisko i każe jej się ruszać, żeby nie skostniała, a sama skupia się do skoku.
O tym, jak blisko była, wie tylko czytelnik. Tą samą doliną, wzdłuż rzeki Sansretour, przedziera się bowiem w zamieci kompania: Angoulême pierwsza dostrzega w śniegu ślady, w których Milva, przedkładając praktykę nad teorię, rozpoznaje ślady podkutego konia, choć Cahir upiera się, że na takim odludziu koń nie ma się skąd wziąć i to pewnie muflon. Geralt, który milczał zapatrzony w śnieżycę, decyduje nagle i wbrew rozsądkowi: jedziemy za śladami. W wąwozie trop urywa się jednak na gładkim, dziewiczym śniegu, jak w elfim cyrku, i choć Regis dopytuje, czemu wiedźmin w ogóle kazał tam jechać, Geralt umie tylko przyznać, że coś czuł i coś go tknęło. Wracają nad rzekę, zgodnie z planem Reynarta, bo prawdziwa zima czeka ich dopiero na przełęczy Malheur; na odchodne wiedźmin rzuca gorzko, że może to naprawdę był muflon, a Milva patrzy na niego dziwnie i nic nie mówi. Angoulême dorzuca zasłyszaną w hanzie Słowika legendę o Królu Gór, który zimą jeździ po przełęczach na zaklętym siwku, a Geralt odpowiada, że możliwe jest wszystko. Sen o oblodzonym wiedźminie w zamieci, który śnili i Ciri, i Jarre, właśnie się wypełnił, i nikt z zainteresowanych o tym nie wie.
Najgorsze spotkanie tułaczki wygląda z początku sielsko. Na wrzosowisku łudząco podobnym do tego z dwoma księżycami Ciri znajduje zarośniętą dróżkę, a przy niej niziutkiego staruszka w łapciach z łyka, z kosturem i kobiałką, który mówi o sobie w trzeciej osobie „Leśny Dziadek" i mamle przez wystające zęby. Dziadek domyśla się, że panna przybywa z innych miejsc i czasów, obiecuje jadło, wodę źródlaną, siano dla kobyłki i rozmowę o miejscach i czasach, po czym prowadzi ją do rudery na palach, przed którą stoją szubienicowata konstrukcja z hakami, wyślizgany stół i pień z siekierą. Tam najstarszą sztuczką świata („a to co takiego, za panny plecami?") zmusza ją do odwrócenia głowy i wali kosturem w skroń. Ogłuszona Ciri broni się rękami, które puchną od uderzeń, a staruch przygniata ją do ziemi, zdziera z niej spodnie i zapowiada, że zrobi, co trzeba, a potem sobie podje. Ratuje ją Kelpie: klacz podkrada się i chwyta Dziadka zębami za harcap, a gdy wyrwawszy się rzuca się on na Ciri z siekierą, dziewczyna odnajduje pod stopą odrzucony miecz. Wzywa napastnika, by rzucił broń, po czym ucina krótko: cięcie przez oba ramiona i, bardziej z litości niż z potrzeby, przez kark. W chacie znajduje sagan zachwalanej kaszy ze skwarkami, której coś jej każe nie tknąć, a w piwniczce wędzone mięso: resztkę półtuszki, która należała do dziecka. W lesie odkrywa dół pełen ludzkich czaszek i żeber i pojmuje, że żyje tylko dlatego, że lubieżność kanibala okazała się silniejsza od głodu. Zwłok nie zostawia ptakom: spycha je do dołu między kości ofiar, a ruderę z całą chudobą podpala z czterech stron i odjeżdża dopiero, gdy ogień huczy jak należy. Wieczorem nad tym światem wschodzi jeden księżyc, ale Ciri dziwnie nie chce się uznać go za swój ani zostawać w nim dłużej niż potrzeba.
Na tarasie Inis Vitre rozmowa schodzi na sen Condwiramurs o lodowej pustyni, pod której przejrzystą taflą widać zamarznięty świat i słychać wołających o pomoc ludzi. Obie wiedzą, skąd ten sen: to Białe Zimno z wieszczby Itliny. Condwiramurs uważa je za straszaka, w którego nie wierzą już nawet dzieci, ale Nimue wykłada rzeczowo, jak z eliptycznej orbity świata i nachylenia jego osi rodzi się epoka lodowa: mniej światła na północy, dłużej zalegający śnieg, biel odbijająca promienie i oziębiająca świat jeszcze bardziej, wreszcie lodowiec, który rośnie i pełznie na południe. Na dowód, że to już się dzieje, przywołuje fakty: sto lat temu żaden port Zatoki Praksedy nie zamarzał, dziś wolny od lodu jest tylko Pont Vanis; w Talgarze rosły dynie, w Caingorn słonecznik, w Kaedwen winnice, a dziś tamtejsze zimy wszystko to zabiły; śnieg sunie z północy na południe coraz wcześniej, a nazwa miesiąca kwietnia pamięta czasy sprzed ledwie stu lat, gdy w kwietniu naprawdę kwitło. Przepowiednia Itliny się ziści i świat zginie pod lodem, z winy Niszczycielki, która wedle legendy mogła otworzyć drogę ratunku i tego nie uczyniła, z powodów, których legenda nie wyjaśnia albo wyjaśnia mętnym moralitetem. W odrodzenie świata po wiekach Nimue wierzy głęboko; w to, że będzie lepszy, niezbyt. Na pytanie, ile zostało czasu, odpowiada uspokajająco: jakieś trzy tysiące lat.
Z archipelagu Ciri przywozi jeszcze dwa porty. Pierwszy to piekło: kanał portowy w dymie, martwe szczury na bruku, nieruchomi ludzie pod słupami, domy znaczone białymi krzyżami, płacz dziecka, czołgające się półnagie postaci w krwawych krostach, a na własnej dłoni Ciri czarne przecinki pcheł. Wrzeszcząc ze zgrozy i otrzepując się w cwale, ucieka z zadżumionego miasta tak, że smród dymu czuje jeszcze długo w czarnej nicości. Drugi port pachnie już swojsko smołą i rybą, kłócą się na nim o ceny śledzi, a z tawerny ryczy plugawa piosenka w Starszej Mowie; z nazwy na rufie galeasu, „Evall Muire" z portu macierzystego Baccalá, Ciri poznaje, że stoi w Nilfgaardzie, i znika, nim ktokolwiek zdąży się jej przyjrzeć. Zostaje po niej tylko pchła, która przetrwała podróż między światami w fałdzie kurtki, a teraz skacze na keję, zadomawia się w futrze starego szczura i jeszcze tego wieczora zaokrętowuje się z nim na brudnym holku. Holk nosi nazwę „Catriona". Ta nazwa miała przejść do historii, ale wtedy nie wiedział o tym nikt.
Ostatni przystanek przed domem wygląda jak nagroda: kamienny mostek nad leniwą rzeką i tonąca w malwach oberża pod szyldem z kotem, w której korpulentna gospodyni bez słowa wspólnego języka rozumie gest głodnego człowieka. Za odcięty srebrny guzik od kurtki Ciri dostaje polewkę, fasolę z wędzonką, chleb i wino, i przy pierwszej łyżce o mało się nie rozpłakuje. Czarny kot, taki sam jak na szyldzie, ociera się o jej łydkę, a zmęczona dziewczyna zapada w drzemkę pełną obrazów: Jarre przy ognisku gryzie coś jak węgiel i tłumaczy, że tak trzeba, gdy ojczyzna w potrzebie; Yennefer każe jej nie spać w siodle, czesząc się w powietrzu samymi czarami, bo jej ręce to masa skrzepłej krwi, a Ciri krzyczy „mamusiu, co oni ci zrobili"; Coën każe jej wstać i opanować ból, ale jego żółte oczy należą już do kota; Jarre maszeruje z piką w nieskończonej kolumnie pod krążącymi wronami; nad jeziorem stoi wyspa z wieżą, na tarasie siedzą dwie kobiety, a na łodzi mężczyzna. Wreszcie naprzeciw niej siada przy stole Eredin i mówi z uśmiechem, że odwleka tylko nieuniknione: powędruje jeszcze po miejscach i czasach, a potem trafi na Spiralę, gdzie oni będą czekać, bo należy do nich. Do swojego świata i czasu nie wróci nigdy, zresztą nie ma po co, bo ludzie, których znała, dawno pomarli, ich mogiły zapadły się, a imiona zostały zapomniane, jej imię także; na koniec dorzuca, że przecież skrycie go pragnie. Ciri zrywa się z ręką na mieczu, ale to tylko gospodyni głaskała ją po głowie. Trzeba jechać, mówi dziewczyna, i dodaje słowo, które we wszystkich światach i językach brzmi tak samo zrozumiale: musi do mamy, mama na nią czeka. Kobieta ściska ją na pożegnanie przed karczmą i woła za odjeżdżającą życzenia szczęśliwej drogi w mowie, której Ciri nie zna; jest to bowiem Teresa Lapin, karczmarka spod czarnego kota przy gościńcu z Melun do Auxerre, w świecie odległym od wiedźmińskiego o całe niebo.
A potem żeglarz widzi latarnię. Z czarnej nicości Ciri wyłania się nad jeziorem, na którego wodzie leży smuga księżycowego blasku: przed nią wyspa, wieża, dwie kobiety na tarasie i mężczyzna na łodzi, obraz znany jej już z drzemki w oberży. Nimue skanduje zaklęcie: gobelin rozjarza się feerią świateł, światła tańczą w Zwierciadle Hartmanna i wypływają z niego tęczową smugą, która na oczach osłupiałego Króla Rybaka gęstnieje w portal. Za bramą widać płaskowyż pełen wraków okrętów i zamek wtopiony w skały urwiska nad czarnym górskim jeziorem: ten sam obraz, który wisi na gobelinie w sekretnej komnacie wieży. Nimue woła Ciri, córkę Pavetty, by wjechała w portal i podążyła drogą na spotkanie przeznaczenia, by koło czasu się zamknęło i wąż Uroboros zatopił zęby we własnym ogonie; woła, by nie błądziła dłużej i spieszyła na pomoc bliskim, i dodaje: zaufaj mi, przecież mnie znasz, już mnie kiedyś widziałaś. Odpowiedź pada krótka: pamiętam, ufam, dziękuję. Kelpie tanecznym krokiem wbiega w jasność, dziewczyna z blizną macha jeszcze obu kobietom z siodła i Brama Światów gaśnie. W ciszy, która zostaje, Condwiramurs obejmuje drżącą Nimue i obie wołają unisono w stronę zniknięłej bramy: powodzenia, wiedźminko. Powodzenia na szlaku.
„Pan Guthrie napotkał nad jeziorem wyłaniającą się z mgły i nicości (sic!) młodą dziewczynę z blizną na twarzy (sic!), jadącą na karej klaczy w towarzystwie białego jednorożca (sic!). („Inverness Weekly", parafraza)”
Co warto zapamiętać z tego rozdziału
- Brama Światów: Zagubiony żeglarz dostrzega wreszcie światło latarni. Nimue, przekonana, że zakończenie legendy wcale nie jest przesądzone i rozstrzyga się właśnie teraz, wieczór po wieczorze prowadzi z Condwiramurs na tarasie Inis Vitre dywinacje, szukając błądzącej po miejscach i czasach Ciri. W noc przed przesileniem letnim tafla jeziora pęka i z nicości wyłania się kara klacz z jeźdźczynią. Nimue skanduje zaklęcia: gobelin rozjarza się feerią świateł, Zwierciadło Hartmanna zamienia je w rosnący obraz, a obraz w portal, za którym widać płaskowyż pełen wraków okrętów i zamek wtopiony w skały nad czarnym górskim jeziorem. Czarodziejka woła Ciri, córkę Pavetty, by wjechała w bramę i spieszyła na pomoc bliskim, by koło czasu się zamknęło i wąż Uroboros zatopił zęby we własnym ogonie, a na koniec dodaje: zaufaj mi, już mnie kiedyś widziałaś. Ciri odpowiada, że pamięta, ufa i dziękuje, po czym Kelpie tanecznym krokiem wbiega w jasność. Tak, z pomocą podanej przez wieki ręki małej Nimue, kończy się błądzenie po archipelagu: droga wiedźminki prowadzi teraz prosto na spotkanie przeznaczenia.
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.
Dalej mapy jeszcze nie sięgają: kolejne rozdziały powstają w skryptorium. Wpisz się do Księgi Oczekujących, a wieść o nich dostaniesz pierwszy.
Zapisując się, zgadzasz się na e-maile od Fablarii · prywatność · wypiszesz się jednym kliknięciem.