👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom III · Krew elfów

Rozdział 6 „Rozdział szósty”

Rozdział 6 z 7 w tomie·25/26 w sadze·~19 min czytania
Tom III · rozdz. 6/7
25/26 w sadze

W deszczową, wietrzną noc na zamku Hagge nad Pontarem zbiera się tajna narada, jakiej Północ nie widziała od lat. Przy jednym stole zasiada pięcioro monarchów: gospodarz spotkania Demawend, władca Aedirn, Vizimir, król Redanii, Foltest, pan Temerii, Pontaru, Mahakamu i Sodden, a od niedawna także senior protektor Brugge, Henselt, król Kaedwen, oraz Meve, królowa Lyrii. Vizimir zagaja ostrzeżeniem: nie wolno popełnić błędu, który pięćset lat temu popełniły elfy. Kiedy przodkowie dzisiejszych królów lądowali na plażach, elfy cofały się krok za krokiem w przekonaniu, że najeźdźcy dalej nie pójdą, i straciły wszystko. Teraz role się odwróciły: Nilfgaard stoi nad Jarugą, a na Północy zbyt wielu powtarza „dalej nie pójdą". Vizimir nie ma złudzeń: pójdą.

Henselt się zżyma, bo jego zdaniem porównanie hańbi zwycięzców spod Sodden. Tam Północ przetrąciła Czarnym kręgosłup, i to podwójnie, militarnie i moralnie, a imperator Emhyr var Emreis po klęsce urządził w domu krwawą czystkę: ogłosił, że atak na Cintrę był samowolą wrogiego mu stronnictwa, i posłał na szafot własnych marszałków. Osiem uroczystych egzekucji, wiele skromniejszych kaźni, kilka zagadkowych zgonów. Kto teraz poprowadzi armie, kpi Henselt, setnicy? Demawend gasi go zimno: poprowadzą je młodzi, zdolni oficerowie, których Emhyr od dawna szkoli, ci, którzy zdławili powstania w Metinnie i Nazairze oraz rozbili rebeliantów w Ebbing. Doceniają manewry oskrzydlające, dalekie rajdy kawalerii i nowoczesną technikę oblężniczą i rwą się, by udowodnić, że nauczyli się czegoś na błędach starych marszałków. Henselt kontruje argumentem strategicznym: ujścia Jarugi strzegą trzy twierdze króla Ervylla z Verden (Nastrog, Rozrog i Bodrog), skrzydło osłania flota Ethaina z Cidaris, a piraci ze Skellige pod wodzą jarla Cracha an Craite, który nigdy nie podpisał zawieszenia broni, regularnie palą nilfgaardzkie wybrzeża. Sami Nilfgaardczycy przezwali go Tirth ys Muire, Dzik Morski, i straszą nim dzieci. Bez kontroli nad ujściem rzeki Emhyr nie zaopatrzy wojsk na prawym brzegu, więc rzeki nie przekroczy.

Wtedy Meve, która mówi mało, trafia w sedno: załóżmy, że Nilfgaard po prostu czeka. Komu czas pracuje na korzyść? Vizimir podchwytuje gorzko. Trzy lata temu Nilfgaard poruszył kamyk na zboczu i teraz spokojnie patrzy, jak sypie się lawina: od Gór Sinych po Bremervoord krążą po lasach komanda Scoia'tael i to już nie partyzantka, lecz wojna domowa; tylko patrzeć, jak ruszą wolne elfy z Dol Blathanna, burzą się krasnoludy w Mahakamie, zuchwałość driad z Brokilonu rośnie. W komandach biją się elfy trzydziesto- i czterdziestoletnie, a elfy żyją po trzysta lat: one mają czas, ludzie go nie mają. Demawend dorzuca drugi kamień lawiny, gospodarczy. Po wsiach gada się, że pod Nilfgaardem chłopu i rzemieślnikowi żyje się lżej, nilfgaardzki towar zalewa rynki, a w Brugge i Verden obca moneta wypiera miejscową. Do tego, jak wylicza Henselt, w miastach namnożyło się nagle kaznodziejów i mistyków głoszących koniec świata. Foltest potwierdza: głównym tematem kazań stał się Wybawiciel, który nadejdzie z Południa, zza Jarugi. Demawend słyszał tę śpiewkę w wersji pełnej: nastanie Białe Zimno, po nim Białe Światło, a potem świat odrodzi się za sprawą Białego Płomienia i Białej Królowej. To trawestacja przepowiedni Ithlinne, elfiej wyroczni. Kazał torturować jednego z takich proroków, żeby ustalić, ile złota wziął od Emhyra, ale ten do samego końca plótł tylko o Białym Płomieniu. Vizimir studzi zapędy: kapłanów ruszać nie wolno, bo Emhyrowi chodzi właśnie o męczenników i rozruchy.

Foltest traci cierpliwość do wyliczania rzeczy zakazanych i żąda działania, a Meve podsuwa ton: pokazać wszystkim, kto tu naprawdę rządzi, potrząsnąć murami pogrążonego w marazmie zamczyska. Sypią się pomysły. Henselt chce wielkiej wspólnej operacji przeciw Wiewiórkom, Demawend karnej ekspedycji na Dol Blathanna, korpusów interwencyjnych w Mahakamie i wolnej ręki dla Ervylla w Brokilonie, Vizimir poszczucia Cracha an Craite na nilfgaardzkie wybrzeża przy wsparciu floty z Cidaris. Foltestowi to wszystko za mało. Jego propozycja pada jak grom: Cintra. Sforsować Jarugę, uderzyć pierwsi, teraz, gdy nikt się nie spodziewa, i wyrzucić Czarnych za Marnadal. Północ kontroluje ujście rzeki i drogi zaopatrzenia, może więc przeprawić więcej wojska niż Nilfgaard. A Cintra to symbol: pod Sodden to właśnie zemsta za rzeź miasta i męczeńską śmierć Calanthe rzuciła wojska Północy do gardeł wroga. Demawend przypomina, że Crach an Craite poprzysiągł Nilfgaardowi krwawą zemstę za Calanthe i za Eista Tuirseacha, zabitego w Marnadalu, więc Skellige poprze atak całą siłą. Henselt hamuje zapał: kto uderzy pierwszy, ten złamie opieczętowane zawieszenie broni i ustawi się w roli agresora, a wtedy nie poprze go ani Niedamir z Ligi Hengfors, ani Esterad Thyssen z Koviru, przede wszystkim zaś czarodzieje. Vizimir przyznaje mu rację: zawieszenie broni było dziełem Vilgefortza z Roggeveen, który po Sodden gra pierwsze skrzypce w Kapitule, a Kapituła zrobi to, co zechce Vilgefortz. Foltest, choć drażni go liczenie się z magikami, ma i na to sposób: niech to Nilfgaard dokona agresji. Wystarczy zainscenizować prowokację, choćby napaść na pograniczny fort w Dol Angra, na styku z Lyrią i Aedirn. Wtedy Północ „odpowie" w słusznej sprawie, przy pełnej akceptacji Kapituły, a o swój kraj upomną się cintryjscy emigranci: blisko osiem tysięcy zbrojnych, których organizuje w Brugge Vissegerd. Będą idealnym ostrzem sulicy.

Meve chłodno rozbiera plan na części. Vissegerd nie ruszy się bez pewności, że za nim wyląduje regularna armia, a przede wszystkim czeka na Lwiątko, wnuczkę Calanthe, którą podobno widziano wśród uciekinierów, nim ślad po niej zaginął. Emigranci potrzebują na tron kogoś z krwi królowej. Foltest ucina, że po dwóch latach dziecko z pewnością nie żyje, i w tej samej chwili narada zmienia się w przesłuchanie. Meve i Henselt pytają wprost, czy Foltest nie podżega do wojny dla siebie: podporządkował już sobie Sodden i Brugge, a Cintra pachnie mu jako kraj wasalny. Vizimir dokłada podejrzenie o plan małżeński („krew nie woda, korona przez małżeństwo"), Meve ze słodyczą wylicza, że w Lwiątku płynie gorąca krew Calanthe i Pavetty, a Demawend odmalowuje scenkę, w której lud Cintry płacze ze szczęścia nad młodziutką królową u boku króla Foltesta. Przyparty do muru Foltest przysięga, że dziewczynki nie szuka i żenić się z dzieckiem nie zamierza, na co Meve przypomina mu z uśmiechem, że od czterech lat żyje potajemnie z baronową La Valette, o czym wiedzą wszyscy, bo od czegóż są szpiedzy. Rachuba kandydatów do ręki Lwiątka rośnie z każdą chwilą: trzej synowie Ervylla z Verden, żonaty (ale od czego trucizna) syn Henselta, dwaj synowie Niedamira, Thyssenidzi z Koviru, wreszcie sam stary Vissegerd, gdyby napoić dziewczynę wywarami i wydać ją za niego wbrew wszystkim. Aż Demawend wskazuje kandydata, przy którym cichnie śmiech: Emhyr var Emreis jest nieżonaty i młodszy od Foltesta. Foltest sam wykłada, czym groziłby taki mariaż: Nilfgaard związany małżeństwem z krwią Calanthe przestałby być najeźdźcą, a stałby się legalnym sąsiadem, którego nie sposób wypchnąć za przełęcze Amellu. Wniosek narady jest dwuczęściowy i lodowaty. Po pierwsze, dziewczynkę trzeba odnaleźć, bo okazała się zbyt ważną personą, a szuka jej już ktoś, kto nie cofa się przed szantażem, przekupstwem i torturami; Vizimir rzuca w krąg nazwisko Rience i po minach poznaje, że nikt z obecnych się do niego nie przyznaje. Po drugie, Lwiątko nie może wpaść w niewłaściwe ręce żywe. Meve krzywi się na dzieciobójstwo i proponuje po cichu wydać małą za któregoś ze swych rycerzy, ale Vizimir zimno wylicza, że to tylko wyhodowałoby pretendentów. Jeśli Lwiątko przeżyło rzeź, teraz musi umrzeć. Racja stanu. Nad wieżami Hagge wyje wicher, a królowie milczą. Nikt nie protestuje.

Scena przenosi się daleko na południe, do zdobytej Cintry. Szczupły, czarnowłosy mężczyzna w prostym łosiowym kaftanie, poznaczonym odciskami od zbroi, wysłuchuje raportu swojego marszałka o naradzie w Hagge i bawi się jej symboliką: to przecież pod Hagge niespełna czterdzieści lat temu Virfuril, ojciec Demawenda, pobił Medella, ojca Foltesta, i ustalił dzisiejsze granice nad Pontarem. Znamienne jest dla niego co innego: królowie nie zaprosili na naradę nikogo z Kapituły. Marszałek Coehoorn dostaje więc rozkaz, by czarodzieje „przypadkiem" dowiedzieli się o spotkaniu i przekonali się, że monarchowie nie traktują ich jak równych. Mężczyzna pyta też o wieści od Rience'a; nie ma żadnych. Jest za to wiadomość z Prowincji: rebelia stłumiona, a jej przywódca, diuk Windhalm z Attre, pojmany. Wyrok pada między jednym a drugim zdaniem: nie ścinać, lecz stracić spektakularnie, długo, okrutnie i publicznie, dla przykładu grozy, tyle że bez malowniczych opisów w raportach, bo zleceniodawca nie znajduje w takich szczegółach przyjemności. Obecny przy egzekucji będzie, z rozkazu, sam Coehoorn jako namiestnik Prowincji; niedługo zresztą przekaże namiestnictwo komuś innemu, bo czeka go dowodzenie w Dol Angra, gdzie ma trzymać w karbach młodych oficerów i dać się sprowokować dopiero na wyraźny rozkaz. Na koniec mężczyzna dyktuje depeszę do Rience'a, szyfrowaną i zabezpieczoną przed magicznym odczytem: dość zabawy z wiedźminem, bo wiedźmin jest za sprytny, by naprowadzić kogokolwiek na ślad. Rience ma natychmiast zorganizować zamach i wyeliminować Geralta z gry, a potem zniknąć i czekać na rozkazy. Gdyby zaś trafił na trop czarodziejki, ma ją zostawić w spokoju: Yennefer nie może spaść włos z głowy. Zostaje jeszcze audiencja. Z antyszambrów wchodzi młody rycerz w czarnej zbroi, w hełmie ozdobionym skrzydłami drapieżnego ptaka, człowiek, który ostatnie dwa lata spędził w wieży i któremu błąd popełniony „w tym mieście" dwa lata temu bynajmniej nie został wybaczony. Otrzyma jeszcze jeden rozkaz i od tego, jak go wykona, zależeć będzie jego los; na ułaskawienie ma szanse małe, na wybaczenie żadne. Rycerz czeka na rozkazy wyprężony, bez drgnienia twarzy, obok marszałka, który w duchu ocenia, że młodzik łudzi się i popełnia wielki błąd. A rozkazy obmyśla, patrząc na mapy, imperator Nilfgaardu Emhyr var Emreis, Deithwen Addan yn Carn aep Morvudd, Biały Płomień Tańczący na Kurhanach Wrogów.

W świątyni Melitele budzi się Ciri. Półleży na poduszkach z ciepłymi już okładami na czole, nos ma zapchany skrzepami, ale eliksiry i zaklęcia zrobiły swoje: ból, który kilka godzin wcześniej rozsadzał jej czaszkę, zelżał do tępego pulsowania. Wspomina sen, pierwszy od wielu dni, w którym się nie bała, bo nie dotyczył jej samej. Widziała wszystko z góry, jakby była nocnym ptakiem: noc, deszcz nad kanałami, Geralta idącego po mokrym pomoście z mężczyzną w kapeluszu z piórkiem i szczupłą dziewczyną w zielonym płaszczu. Słyszała nawet ich rozmowę: dziewczyna prowadziła ich do jakiegoś znachora, któremu sprzedaje leki wyniesione z uczelni, a ktoś pytał, gdzie się podziała Filippa, która „przed chwilą leciała wzdłuż kanału". Z komnaty obok dobiegają tymczasem podniesione głosy. Nenneke wyrzuca komuś, że zawiódł jej zaufanie: że jest bezwzględna, okrutna, nieodpowiedzialna, że bezlitośnie katuje dziecko treningiem, któremu ono nie może sprostać. „Naprawdę nie masz serca, Yennefer". Ciri nadstawia uszu, ciekawa ciętej riposty czarodziejki, ale Yennefer odpowiada tak cicho, że nie sposób rozróżnić słów. Dziewczynka zasypia z postanowieniem, że wróci do tamtego snu o Geralcie. Zamiast tego śni koszmar. Idzie z Yennefer, trzymana za rękę, długim ciemnym korytarzem, w którym ktoś kryje się i szepcze, a przed nimi bezszelestnie otwierają się kolejne gigantyczne drzwi. W końcu Ciri pojmuje z przerażającą pewnością, że ostatnich drzwi otwierać nie wolno, i że została zdradzona, sprzedana, że od początku była tylko kukiełką na patyczku. Wyrywa się. Yennefer odwraca się i mówi spokojnie: jeżeli się boisz, zawróć, jeszcze nie jest za późno. „A ty?" „Dla mnie jest". Z ciemności za plecami dobiega stuk podków, skrzyp czarnej zbroi, szum skrzydeł drapieżnego ptaka i cichy, wwiercający się w czaszkę głos: „Pomyliłaś się. Pomyliłaś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu". Ciri budzi się zlana potem. Przy łóżku, z odwróconą głową i burzą czarnych włosów, siedzi Yennefer. „Miałam sen…", szepcze dziewczynka. „Wiem", odpowiada czarodziejka nieswoim głosem. „Dlatego tu jestem. Jestem przy tobie". Za oknem deszcz szumi na liściach.

Ten sam deszcz pada w Oxenfurcie, gdzie Jaskier klnie na fortecę, w jaką znachor Myhrman zamienił swój dom: budynek stoi na palach wbitych w dno kanału, kilka sążni od nabrzeża, z mostkiem zwodzonym zamiast kładki. Shani wyjaśnia powody: to dzielnica portowa, pełna szumowin, a wszyscy wiedzą, że do Myhrmana ludzie noszą pieniądze i że mieszka sam. Geralt kombinuje, jak dostać się do środka, gdy na poręczy pomostu bezszelestnie ląduje wielka szara sowa i zmienia się w zmokniętą, nastroszoną Filippę Eilhart. Czarodziejka marudzi, że balansuje na mokrym drągu i na krawędzi zdrady stanu, bo gdyby Dijkstra dowiedział się, komu pomaga, miałaby kłopoty; nie cierpi też latać, gdy pada. Plan układają szeptem pod okapem szopy. Wywabieniem znachora zajmuje się Shani: dzwoni w blachę przy pomoście i woła, że przyniosła to, o co prosił, a na podejrzliwe pytania odpowiada, że nocą nikt z uczelni nie zobaczy, co nosi znachorowi, i że nie przyszła sama, bo nie w głowie jej samotne spacery po zakazanej dzielnicy. Myhrman zwalnia kołowrót, opuszcza mostek, odsuwa rygle i wyjrzawszy z napiętą kuszą, nie dostrzega już pięści w czarnej, nabijanej srebrnymi ćwiekami rękawicy, która gasi mu świadomość razem z latarnią.

Gdzie indziej w mieście, w piwnicy śmierdzącej stęchlizną i skisłym winem, Toublanc Michelet ostrzy miecz i głośno się dziwi. Oto człowiek z twarzą zeszpeconą blizną po oparzeniu, każący się tytułować panem Rience'em, wynajmuje jego i jego braci, Rizziego, Flaviusa i Lodovica, zawodowych morderców, do zabicia zwyczajnego frajera, który łazi po Oxenfurcie bez gwardii, eskorty i pachołków. Toublanc, jedyny z braci, który chodził do szkółki świątynnej i umie gadać, wyczuwa w robocie haczyk i podbija cenę ze stu do dwustu novigradzkich koron. Rience przybija bez targowania, a Toublanc, który nie liczył nawet na sto pięćdziesiąt, nabiera pewności, że haczyk wycenił za nisko.

W domu na palach spętany Myhrman ocyka się pod butem białowłosego mężczyzny i próbuje kupić życie pieniędzmi, a potem udawaniem głupiego. Na dźwięk pytania „gdzie jest Rience" trzęsie się cały, bo w tym głosie mieszka wszystko, czego znachor kiedykolwiek się bał. Shani dobija jego linię obrony wspomnieniem sprzed trzech dni: siedział tu, na tym zydlu, jegomość w płaszczu podbitym piżmakami, pił wino, którym Myhrman częstuje tylko najlepszych przyjaciół, zalecał się do niej nachalnie, a znachor śmiał się z nim w głos. Myhrman mimo to milczy, wykalkulowawszy sobie, że musi wytrzymać przynajmniej jedno ucho, żeby mieć się czym wytłumaczyć przed Rience'em. Rachuby bierze w łeb Filippa: po co babrać się krwią, mruczy po kociemu, skoro można wziąć się za niego jej sposobem. Klęka przy znachorze pachnąca perfumami i mokrymi piórami, dotyka palcami jego skroni i obiecuje, że jeśli ewolucja wytworzyła na jego mózgu jakiekolwiek bruzdy, ona przeorze je nieco głębiej.

Daleko od Oxenfurtu, w pracowni, do której goście podróżowali teleportami z kilkoma przesiadkami, Vilgefortz z Roggeveen wysłuchuje relacji o naradzie w Hagge. Przybyli do niego z ramienia Kapituły Tissaia de Vries i Artaud Terranova; Hen Gedymdeith i Francesca Findabair chcą poznać jego zdanie, nim Kapituła zajmie wspólne stanowisko. Gospodarz przyjmuje ich wieczerzą, którą podaje jego asystentka i sekretarka Lydia van Bredevoort, młoda malarka porozumiewająca się wyłącznie telepatycznie i uśmiechająca się wyłącznie oczami. Wszyscy przy stole doskonale panują nad twarzami, bo wszyscy znają jej tajemnicę: dolna połowa twarzy Lydii jest iluzją. Przed czterema laty, badając na polecenie Vilgefortza przeklęty artefakt z wykopalisk, Lydia straciła żuchwę i głos w wypadku, który zabił trzech czarodziejów, a czwartego pozbawił oczu, rąk i rozumu. Wszyscy wiedzą też, że Lydia od lat kocha swego mistrza cichą, upartą miłością, a Vilgefortz, za dumny i za pryncypialny, by z tego skorzystać, udaje, że nic nie widzi. Po wieczerzy, w pracowni zabezpieczonej przed podsłuchem, pada opinia, po którą przyjechali: plany królów należy po prostu zignorować. Nikt czarodziejów o pozwolenie nie pytał i nie zapyta, informacja jest zresztą enigmatyczna i pochodzi z niepewnego źródła, a jeśli plany wyjdą poza fazę zamysłów, wtedy Kapituła „dopasuje się do sytuacji". Na oburzenie Terranovy, że mieliby tańczyć, jak im zagrają, Vilgefortz odpowiada z błyskiem w oku: zatańczysz albo wyjdziesz z sali, bo podium orkiestry jest dla ciebie za wysokie. Kto sądzi inaczej, myli niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.

Tissaia de Vries, Arcymistrzyni o legendarnym pedantyzmie, słucha, wyrównuje mankiety i widzi więcej, niż gospodarz chciałby pokazać. Rozpoznaje w pracowni konfigurację aparatury do psychowizji metodą „kryształ, metal, kamień", służącej wykrywaniu miejsca pobytu osób zaginionych. Gdy rozmowa schodzi na masakry nieludzi, Vilgefortz płynnie zmienia taktykę: przyznaje Tissai rację, że na pogromy nie wolno patrzeć bezczynnie, i proponuje zwołanie powszechnego zjazdu czarodziejów, do Mistrzów trzeciego stopnia włącznie, by przemówić do rozsądku tym, którzy zasiadają w królewskich radach. Terranova wylicza wysługujących się królom: Carduin, Filippa Eilhart, Fercart, Radcliffe, Yennefer. Na to ostatnie imię Vilgefortz drga, a Tissaia wyczuwa impuls jego myśli biegnący ku dwóm księgom skrytym pod zasłoną magii. Przebija kamuflaż: to Aen Ithlinnespeath, przepowiednia Ithlinne o zagładzie i Białym Zimnie, oraz bardzo stara, zniszczona księga Aen Hen Ichaer. Starsza Krew. Dalszy ciąg rozmowy tylko potwierdza jej podejrzenia: Vilgefortz wypytuje o Yennefer z troską zbyt gładką, by była szczera. Ciekaw jest, czy jej wzrok wrócił do normy, dokąd wyjechała, z kim jest związana, a wreszcie, całkiem już wprost, jak zniosłaby wieść o śmierci „tego wiedźmina, Geralta", z którym była kiedyś mocno zaangażowana. Tissaia odpowiada zimno, że takie wieści docierają do Yennefer co jakiś czas i niezmiennie okazują się plotkami, a wiedźmin na razie żyje. Vilgefortz zerka na list, który przed chwilą przyniosła mu Lydia, i uśmiecha się: „Czyżby? Nie sądzę". Tissaia notuje w myślach pytania, na które nie zna odpowiedzi: kogo szukasz psychowizją, Vilgefortz, czego chcesz od Yennefer i co Yennefer ma wspólnego z proroctwem Itliny i ze Starszą Krwią Elfów?

Odpowiedź na uśmiech Vilgefortza rodzi się właśnie w oxenfurckim zaułku. Geralt, po wypitym eliksirze widzący w ciemności i słyszący całe uśpione miasto, czeka pod domem Myhrmana; znachor rozdał bowiem ludziom Rience'a amulety, a ten znaleziony w domu na palach, uaktywniony wymuszonym sposobem, wysłał wiadomość. Czego Myhrman nie wiedział i wyjawić nie mógł, to że amulet zarazem ostrzega właściciela. Rience przychodzi więc na spotkanie przygotowany: wyłania się z zaułka sam, a jego eskorta, czterej Micheletowie z dobytymi mieczami, skrada się z tyłu, kryjąc klingi przed błyskiem. Wymiana uprzejmości jest krótka. Rience oznajmia, że przyjemnie się poluje na kogoś, kto sam się zjawia tam, gdzie się go chce mieć, i że zamierza wreszcie uwolnić ziemię od paskudnego odmieńca. Geralt odpowiada, że chciał go tu mieć, i pyta, kto go wynajął. W odpowiedzi słyszy tyradę o kupie łajna, którą trzeba usunąć z drogi, oraz rzecz, której Rience powiedzieć nie powinien: że wie już, gdzie jest bękart, którego wiedźmin strzegł, i że gdy skończy z Geraltem, dobierze się do „tej dziwki Yennefer", do której ma osobistą urazę, i sprawi, że będzie bardzo długo żałowała sztuczek z ogniem. Uśmiech wiedźmina robi się paskudny: dopóki tego nie powiedziałeś, miałeś szansę przeżyć. Teraz już nie masz. Medalion drga, Geralt klingą odbija paraliżujący pocisk magicznej energii, a Rience, nie kończąc drugiego zaklęcia, rejteruje w głąb zaułka. Na wiedźmina rzuca się czwórka zabójców.

Bitwa w ciasnym zaułku jest szybka i straszna. Micheletowie to zgrani zawodowcy: uderzają parami, jeden kryje drugiego, finta z dexteru otwiera drogę zdradzieckiemu sztychowi zza pleców. Na Geralta, podkręconego eliksirem i wściekłością, to za mało. Wiedźmin wchodzi między pary piruetami, których nie sposób wyprzedzić: pierwszego z braci tnie końcem miecza przez potylicę i kark, drugiemu, który stracił równowagę, przecina kręgosłup, trzeciego, na oślep, po ruchu powietrza, trafia w brzuch, a ostatniemu, gdy ten przecina powietrze za szerokim, za mocnym cięciem, oddaje krótkie, niechybne uderzenie prosto w oczy. Z mostka przy domu znachora dobiega krzyk Shani, którą Jaskier trzyma siłą. Rience, widząc, co zostało z eskorty, zrzuca płaszcz i zaczyna z obu rąk sączyć magiczne światło, ale nerwy odmawiają mu posłuszeństwa: nie kończy zaklęcia i rzuca się do ucieczki, wrzeszcząc w Starszej Mowie o pomoc. Pomoc przychodzi. Na ścianie kamienicy rozbłyskuje ognisty owal teleportu. Rience biegnie ku niemu. Geralt skacze za nim.

Na pobojowisku zostaje konający Toublanc Michelet, z rozciętym brzuchem, obok martwego już Flaviusa. Przy zabójcy ląduje sowa. Ktoś pachnący perfumami i mokrymi piórami klęka przy nim i głosem łagodnym jak u matki obiecuje, że wszystko będzie dobrze, tylko niech powie, kto ich ściągnął, kto skontaktował braci z Rience'em, kto ich w to wrobił. Toublanc, zawodowy morderca od czternastego roku życia, charczy o haczyku, o którym pan Rience nie uprzedził, i szeptem wyjawia wszystko, co wie. Wtedy widzi nad sobą sztylet o wąziutkiej klindze ze złotym jelcem. „Nie bój się", mówi łagodny głos. „Nie będzie bolało". Nie boli.

Geralt dopada Rience'a tuż przed teleportem, wczepia się palcami w płaszcz, a gdy czarownik wyrywa się, rozdzierając okrycie od klamry do klamry, wiedźmin okłada go gołymi pięściami: w ramię, w szyję, pod żebra, wreszcie, gdy przygnieciony kolanem Rience otwiera usta do zaklęcia, z góry, prosto w usta, aż wargi pękają jak porzeczki. „Prezent od Yennefer już masz. Teraz dostaniesz mój". Między ciosami pada wciąż to samo pytanie: kto cię nasłał? Rience pluje krwią i nie odpowiada. Nagle teleport rozjarza się mocniej i Geralt popełnia błąd: pewny, że z owalu ktoś wyjdzie, składa palce do Znaku Aard i mierzy w portal. Ale z teleportu nie wychodzi nikt. Wypływa z niego czysta moc, a moc tę przechwytuje Rience. Z jego wyprężonych palców wyrastają sześciocalowe stalowe kolce, które wbijają się w pierś i ramię wiedźmina i eksplodują energią. Geralt odlatuje w konwulsjach, czując, jak łamią mu się zaciśnięte z bólu zęby. Obaj przeciwnicy dźwigają się z ziemi, obaj się zataczają, ale Geralt jest szybszy i już ściska w dłoni sztylet. Wtedy chwyta go coś z tyłu: dwie smugi matowego światła z uniesionych dłoni Filippy Eilhart, stojącej dziesięć kroków dalej, ściskają jego ramiona jak świetliste cęgi. Wiedźmin może tylko patrzeć, jak Rience chwiejnie dociera do pulsującego mlecznie owalu, zapada się w światło jak nurek i znika.

Kiedy teleport gaśnie, w zaułku zostają trupy, ranny wiedźmin i czarodziejka ze sztyletem, który przed chwilą tkwił w czaszce Toublanca. Na pytanie „dlaczego, Filippa?" odpowiada spokojnie: przecież wiesz. Geralt wie. Filippa cały czas wiedziała, co robi: wydobyła z umierającego zabójcy imię, którego Geraltowi poznać nie było wolno, i wypuściła Rience'a, by ten przypadkiem nie wyjawił, dla kogo pracuje. Tłumaczy, że nie wolno nazywać jej zdrajczynią, bo zrobiła to wszystko, by nie zdradzić sprawy większej, niż wiedźmin umie sobie wyobrazić, sprawy tak wielkiej, że drobne trzeba dla niej poświęcać bez wahania. Geralt, stojąc w kałuży własnej krwi, wystawia rachunek tej wielkości: wielka sprawa to zasztyletowany ranny, któremu obiecało się, że nie będzie bolało, to morderca puszczony wolno, by mordował dalej, to trupy, których nie musiało być. Czarodziejka odpowiada groźbą i proroctwem naraz: to wszystko zacznie go obchodzić wcześniej, niż sądzi. Myślał, że wziął pod opiekę małą dziewczynkę, a przygarnął płomień, od którego może zapłonąć świat. Będzie musiał wybierać, tak jak wybrała ona, jak Triss Merigold, jak Yennefer. Bo Yennefer już wybrała, a przeznaczenie wiedźmina jest w jej rękach: sam je w te ręce oddał. Geralt, chwiejąc się z upływu krwi, odpowiada tak, że słychać to w całym uśpionym zaułku: nie pozwoli wplątać Ciri w brudne machinacje, a ktokolwiek odważy się ją skrzywdzić, skończy jak ci czterej. Nie przysięga, nie zaklina się. Po prostu ostrzega. Filippa uśmiecha się: wierzy mu. Ale nie dziś, bo za moment wiedźmin zemdleje z upływu krwi. Shani już biegnie z opatrunkami.

„Nicodemus de Boot poucza w „Medytacjach o życiu, szczęściu i pomyślności", że zabójstwo pozostaje zabójstwem bez względu na motywy i okoliczności, a ci, którzy je obmyślają, są zbrodniarzami, choćby nosili korony i marszałkowskie buławy. Wszelka przemoc z natury swojej wiedzie bowiem do zbrodni.”

Co warto zapamiętać z tego rozdziału

  • Racja stanu: Na zamku Hagge zbiera się w tajemnicy pięcioro monarchów Północy: Vizimir, Foltest, Demawend, Henselt i Meve. Diagnoza jest wspólna: Nilfgaard czeka, aż Północ zadusi się lawiną, którą sam poruszył, od komand Scoia'tael po kaznodziejów Białego Płomienia, a czas pracuje dla wroga. Plan działania układa się z pomysłów Foltesta: odebrać Czarnym Cintrę, uderzając pierwsi, a wobec oporu czarodziejów sprowokować Nilfgaard do „agresji" incydentem granicznym w Dol Angra; ostrzem sulicy będą cintryjscy emigranci Vissegerda. Rachuby rozbijają się o Lwiątko, zaginioną wnuczkę Calanthe: bez krwi królowej Cintra nie uzna nikogo, a dziewczynki szuka już ktoś, kto nie cofa się przed torturami, i nikt przy stole nie przyznaje się do jegomościa nazwiskiem Rience. Gdy pada spostrzeżenie, że najgroźniejszym kandydatem do ręki Lwiątka jest sam nieżonaty Emhyr var Emreis, zapada dwuczęściowy wniosek: dziewczynkę trzeba odnaleźć, ale nie może wpaść w niewłaściwe ręce żywa. Jeśli Lwiątko przeżyło, musi umrzeć. Racja stanu. Królowie milczą i nikt nie protestuje.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.