👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom III · Krew elfów

Rozdział 2 Rozdział drugi

Rozdział 2 z 2 w tomie·21/21 w sadze·~13 min czytania
Tom III · rozdz. 2/2
21/21 w sadze

Przez zimowe pustkowia na północ od Kaedwen jedzie konno Triss Merigold. Czarodziejka rozgrzewa siebie i konia zaklęciem, a drogę wskazuje jej ośnieżona ściana gór i ukryta w niej szczerba przełęczy. Tereny wokół Kaer Morhen słyną z dzikości i niedostępności, wystarczy skręcić w niewłaściwy jar, by zgubić kierunek, więc nawet ona, choć zna trasę, nie może pozwolić sobie na chwilę dekoncentracji. Przekracza w bród Gwenllech, Rzekę Białych Kamieni, która tu, w górnym biegu, jest tylko szerokim strumieniem (niżej, w Kaedwen, stanowi przeszkodę nie do pokonania), i wąskim przesmykiem wśród pionowych skał wjeżdża do wypełnionej lasem niecki. Bywała już w warowni kilka razy i wie jedno, że pokazywano jej tam zawsze tylko znikomą część tego, co można zobaczyć.

Nad jarem odnajduje wsparty na głazach, omszały pień. To Szlak, najeżona przeszkodami dróżka wokół zamczyska, na której wiedźmini trenują szybkość biegu i kontrolę oddechu; młodzi adepci mieli dla niej własną nazwę, „Mordownia". Po chwili po pniu przebiega, lekko jak strzała, nie potrąciwszy ani gałązki, wiedźmin. Triss z niedowierzaniem kręci głową, bo sądząc z wzrostu i budowy, biegacz ma około dwunastu lat, a w Kaer Morhen nie trenowano dzieci od blisko ćwierć wieku. Czarodziejka rusza na skróty korytem strumienia ku Gardzieli, uskokowi nad przepaścią, żeby przyjrzeć się małemu wiedźminowi, zanim Szlak skręci ku warowni.

Przy Gardzieli słyszy upadek i cichy pisk. Na skale znajduje skulonego wyrostka, który na jej widok zrywa się i chwyta za przewieszony przez plecy mieczyk. I wcale nie jest to chłopiec. Spod popielatej, nierówno obciętej grzywki patrzą ogromne szmaragdowe oczy; dziewczynka w źle skrojonym skórzanym kubraczku przedstawia się jako Ciri, a zapytana, kim jest, odpowiada dumnie, że wiedźminką. Triss zaklęciem leczy jej rozbite kolano i korzysta z dotyku, by dyskretnie zbadać małą. Zielone oczy nie zdradzają żadnych objawów mutacji, dotyk nie wywołuje charakterystycznego wiedźmińskiego mrowienia; to dziecko, choć biega po Mordowni z mieczem na plecach, nie zostało poddane Próbie Traw ani Zmianom. O to, czy Geralt jest w warowni, Triss pyta na próżno, bo mała strzeże tajemnic twierdzy jak skarbu.

Jadą dalej razem na jednym koniu. Zza wzgórza wyłania się ruina Kaer Morhen, a na dnie fosy, którą przejeżdżają po resztkach mostu, bieleją zmurszałe czaszki i kościotrupy. Ciri mówi, że tego nie lubi, bo umarłych powinno się chować pod kurhanem. Triss wyjaśnia, że warownię przed laty napadnięto i że w krwawej bitwie zginęli prawie wszyscy wiedźmini, a ocaleli tylko ci, których wtedy nie było w domu; cmentarzysko to dla ocalałych przypomnienie. Na pytanie, kto napadł i dlaczego, czarodziejka kłamie, że nie wie. Wie bowiem więcej, niż chce powiedzieć dziecku, a nawet więcej, niż mówi się dorosłym. Fanatyków, którzy maszerowali na Kaer Morhen z wrzaskiem o mutantach i potworach, podburzył szeroko kolportowany anonimowy paszkwil „Monstrum", podobno dzieło jakiegoś czarodzieja, a bez pomocy czarodziejów tłum nigdy nie zdobyłby zamku. Było to pół wieku przed jej urodzeniem i Triss nie zamierza czuć się winna, ale milczy z tych samych powodów, co wiedźmini.

Wtedy dzieje się coś, od czego czarodziejce krew zastyga w żyłach. Ciri nagle mówi obcym, metalicznym, zimnym głosem, że umarli nie chcą leżeć jako symbol i wyrzut sumienia, ale nie chcą też, by ich prochy rozwiewał wiatr. Głos nazywa Triss czternastą ze Wzgórza i oświadcza, że przecież umarła na Wzgórzu. Każe jej zawrócić i zabrać ze sobą dziecko, Dziecko Starszej Krwi, „by oddać je tym, do których należy". Jeśli tego nie zrobi, umrze po raz drugi, bo przyjdzie dzień, w którym upomni się o nią zbiorowa mogiła i obelisk z jej wykutym imieniem. Po chwili aura gaśnie, a Ciri wzdryga się i niczego nie pamięta; jest przekonana, że ze zmęczenia po prostu przysnęła. Na podwórcu Triss, podając małej rękę przy zsiadaniu, ostrożnie wysyła impuls magiczny i zdumiewa się po raz drugi. W dziewczynce, która przed chwilą zmobilizowała niebywale silną aurę, nie ma teraz nawet śladu magii.

Przed portalem czarodziejka zrzuca futro i czapkę i rozpuszcza swój znak rozpoznawczy, długie, połyskujące złotem pukle koloru świeżego kasztana; z rozpuszczonymi włosami obnoszą się tylko kobiety wolne i niezwykłe. Wiedźmini zjawiają się jak zwykle bezszelestnie i nie wiadomo skąd. Wita ją Geralt, a Triss z przykrością odkrywa, jak bardzo się zmienił. Biologicznie się nie postarzał, bo mutacja wstrzymuje starzenie ciała, ale nie psychiki, i posieczona zmarszczkami twarz oraz oczy, które widziały zbyt wiele, mówią wszystko. Tego, na co czarodziejka liczyła, w tych oczach nie ma. Obok stoją Eskel, podobny do Geralta jak brat, gdyby nie kolor włosów i długa blizna na policzku, oraz najmłodszy w twierdzy Lambert ze zwykłym kpiącym grymasem. To on ucina powitalne uprzejmości, odsyłając Ciri na trening; mała jest uczniem, nie majordomusem. Do Triss zwraca się, jak zawsze, per „Merigold", czego czarodziejka nienawidzi.

W stajni, dokąd Triss idzie z Geraltem pod pretekstem juków, wiedźmin wyznaje, że niedawno oglądał na własne oczy jej imponujący nagrobek, obelisk upamiętniający jej bohaterską śmierć w wielkiej bitwie o Sodden, i że dopiero po czasie doszły go wieści o pomyłce. Radość na wieść, że Triss żyje, porównuje tylko z tą, którą czuje teraz, patrząc na nią. Historię pomyłki czarodziejka zbywa obietnicą, że opowie ją przy sposobności, po czym rzuca się wiedźminowi na szyję i całuje go, drżąc z podniecenia. Geralt się nie zapomina; delikatnie ją odsuwa, bo słyszy nadchodzących. Do stajni wkracza Vesemir, stary jak sama twierdza, ale krzepki i serdeczny; wita „dziecinkę" niedźwiedzim uściskiem i od progu prosi, by wyleczyła go z łamania w kościach. Towarzyszy mu Coën, młody wiedźmin z Poviss, spędzający w Kaer Morhen pierwszą zimę. Jego krótka czarna broda nie kryje silnych śladów po ospie, rzadkości u wysoce odpornych na choroby wiedźminów, a jasne, żółtozielone oczy o przekrwionych soczewkach świadczą o ciężkim przebiegu mutacji.

Na podwórcu Ciri ćwiczy tymczasem na zawieszonej na łańcuchach belce, tnąc mieczem skórzany manekin, a Lambert wrzeszczy na nią, żeby nie rąbała na oślep, tylko samym końcem miecza w tętnicę szyjną, i kończy pokrzykiwanie słowem „księżniczko". Triss ma potwierdzenie domysłów; to nie legenda, to naprawdę słynne Dziecko Niespodzianka. Atakuje więc wprost, nie dając wiedźminom czasu na wybiegi. W bajkach, które jej opowiadano, sierotki i pastereczki zostawały księżniczkami, a tu z księżniczki robi się wiedźminkę; czy nie za śmiały to plan? Vesemir zasłania się przeznaczeniem, ale Geralt odpowiada cicho i twardo. Uczą małą miecza, bo niczego innego nie umieją; trening bawi ją, trzyma w zdrowiu i pozwala zapomnieć o przeżytej tragedii. Kaer Morhen to teraz jej dom, bo innego nie ma. Na argument, że po klęsce mnóstwo Cintryjczyków, wielmożów, rycerzy i formalnych poddanych tej dziewczynki, zbiegło do Verden, Brugge, Temerii i na Wyspy Skellige, wiedźmin odpowiada jednym zdaniem. Przyjaciele i krewni nie szukali jej po wojnie i jej nie odnaleźli. Rozmowę kończy Vesemir zaproszeniem na wieczerzę; dla gościa przygotowano najlepszą komnatę, tę w wieży.

Nocą Triss nie może zasnąć i rozkłada zagadkę na części. Po co ją wezwano? Choroba Vesemira to oczywisty pretekst, bo łamanie w kościach stary wiedźmin wykurowałby eliksirem albo mocną gorzałką. Geralt? Czarodziejka zmusza się do trzeźwości, bo z jego zakłopotanej miny w stajni wyczytała minę mężczyzny, który żałuje i chce zapomnieć. Kiedyś bowiem, o czym wie tylko ona i on, uwiodła wiedźmina, odrobinę pomagając sobie magią. Trafiła na moment, gdy Geralt i Yennefer, jej serdeczna przyjaciółka, po raz kolejny skoczyli sobie do oczu i rozstali się gwałtownie. Nie chciała odbierać go Yennefer, na przyjaciółce zależało jej bardziej niż na nim, ale krótkiego związku nie umie zapomnieć i teraz, tak blisko niego, znów pragnie tego samego.

Myśli o sobie odsuwa więc siłą i wraca do prawdziwego powodu wizyty, do popielatowłosej dziewczynki. Pierwsza hipoteza brzmi groźnie. Chcą zrobić z Ciri prawdziwą wiedźminkę, mutantkę, ale nie umieją. Mutagenne eliksiry opracował w zamierzchłych czasach jakiś renegat spośród czarodziejów, jego następcy przez pokolenia magicznie kontrolowali proces Zmian, aż łańcuch wiedzy pękł; w podziemiach zostało Laboratorium, zakurzone butle legendarnych specyfików, zioła i Trawy, ale zabrakło czarodzieja, który umiałby się tym posłużyć, bo ze starych żyje już tylko Vesemir, a ten był zaledwie nauczycielem szermierki. Triss wzdryga się na myśl, że mogli kiedyś próbować podawać dzieciom dekokty bez udziału magii, i przysięga sobie, że w mutowaniu małej nie pomoże nigdy, nie za cenę patrzenia, jak szarowłose dziecko umiera. Zaraz jednak studzi się sama; przy wieczerzy każdą wzmiankę o Dziecku Niespodziance zbywano zmianą tematu, a najciekawsze było co innego. Ciri zdziwiła się, że do polewki nie podano grzybków, i wrzasnęła o sałatę, w grudniu. Karmią więc małą sekretnymi jaskiniowymi saprofitami i nieznanym nauce górskim zielskiem, które w naturalny sposób, bez mutacji i bez ryzyka, dają jej wiedźmińską szybkość i kondycję. I tego sekretu też jej nie pokażą, choć deklarują przyjaźń i zaufanie.

Aż wreszcie Triss trafia na odpowiedź i aż chichocze w ciemności. Magia. Ciri musiała „odjechać" w sen na jawie także przy nich, wieszczyć, roztaczać aurę, którą wiedźmini wyczuwają prawie tak dobrze jak czarodziejka, może odpowiadać na pytania zadane tylko w myślach. Obleciał ich strach; zrozumieli, że ich Niespodzianka jest bardziej niespodziewana, niż sądzili, i że mają w Kaer Morhen Źródło, z którym bez czarodziejki sobie nie poradzą. A zaprzyjaźnione czarodziejki, którym mogliby zaufać, są na świecie dokładnie dwie. Ona i Yennefer. Geralt nie zaprosił Yennefer; zaprosił ją. Podniecona i zła Triss krzyczy cicho w ciemność pytanie, dlaczego w takim razie do niej nie przyszedł, i odpowiada jej tylko wiatr wyjący wśród ruin.

Rankiem czarodziejka schodzi do halli w efektownej sukni, umiejętnie upachniona i umalowana, i z satysfakcją zbiera hołdy spojrzeń. Ciri burczy nad kubkiem, że znowu dostała wodę, od której cierpną zęby, a chciałaby soku, „tego niebieskiego". Triss ogłasza przy owsiance, że wczorajszy upadek małej na Szlaku to wina błazeńskiego, źle dopasowanego stroju, i zapowiada poprawki krawieckie; Vesemir chrząka i odwraca wzrok, z czego wynika jasno, czyim dziełem jest kubraczek wyglądający, jakby skrojono go mieczem, a zszyto grotem strzały. Na gniewny protest Lamberta, że mała biega w tym od roku i było dobrze, dopóki nie zjawiła się baba, Triss odpowiada słodko, że owszem, baba się zjawiła, stary porządek runął i nadszedł czas wielkich zmian. Ciri ogląda się na Geralta, a ten przyzwalająco kiwa głową i uśmiecha się tak ładnie jak dawniej. Triss odwraca wzrok, bo ten uśmiech nie jest dla niej.

Komnatka Ciri okazuje się wierną kopią kwater wiedźminów, goła izba z łóżkiem z desek, stołkiem i kufrem, tyle że na drzwiach zamiast skór upolowanej zwierzyny wisi skóra olbrzymiego szczura. Triss magiczną igiełką i zaklęciami łata dziury w kubraczku, a gdy każe małej się przebrać, odkrywa prawdę, od której z trudem panuje nad głosem. Ramiona, biodra i lewe udo dziewczynki pokrywają warstwy siniaków i krwiaków, starych i świeżych. Ciri objaśnia je z rozbrajającą rzeczowością; to wiatrak, obracający się przyrząd z kijowymi łapami, na którym ćwiczy uniki, to wahadło, na którym ćwiczy kroki z mieczem, a to upadek z wkopanego w ziemię grzebienia. Obowiązuje przy tym żelazna doktryna, którą mała recytuje z dumą. Po upadku trzeba natychmiast wracać na przyrząd, bo inaczej „złapiesz lęk" i ćwiczenie nie wyjdzie; rezygnować nie wolno, tak powiedział Geralt. W zaufaniu Ciri wyznaje też, czego boi się naprawdę, dwóch wahadeł naraz i wiatraka puszczonego na szybko, po czym pyta, czy Triss umiałaby zrobić z niej chłopaka. Usłyszawszy lodowate „nie", czerwieni się i resztę szepcze czarodziejce do ucha. Tego dnia zaczęło się jej pierwsze krwawienie miesięczne. Triss zrywa się, kopie stołek tak, że strąca szczurzą skórę z drzwi, i wrzeszczy, że chyba pozabija tych przeklętych durniów.

W halli wybucha awantura. Czarodziejka wylicza wiedźminom obrażenia dziecka; Vesemir tłumaczy spokojnie, że Ciri pochodzi z Południa, gdzie dziewczynki wychowuje się tak samo jak chłopców, po elfiemu, w siodle od piątego roku życia. Triss odpowiada, że Kaer Morhen to nie przejażdżka na kucyku; na Mordowni i na tych ich przyrządach łamały kości i skręcały karki dziesiątki twardych, zaprawionych włóczęgą chłopaków, a ta mała, choćby i chowana pod ręką takiej herod-baby jak Lwica Calanthe, jest delikatną, drobnokościstą księżniczką. Wtedy Geralt, cicho i dobitnie, opowiada, co ta delikatna księżniczka przeszła. Przeżyła rzeź Cintry. Zdana tylko na siebie przekradała się przez kohorty Nilfgaardu, umykała grasującym po wsiach maruderom, którzy mordowali wszystko, co żyło, przetrwała samotnie dwa tygodnie w lasach Zarzecza, wędrowała miesiąc z uciekinierami, harując i głodując na równi ze wszystkimi, i pół roku przepracowała u chłopskiej rodziny przy roli i inwentarzu. Życie zahartowało ją nie gorzej niż ściąganych do twierdzy z gościńców niechcianych bękartów, a jej płeć nie ma znaczenia. Na te słowa Triss wybucha po raz drugi; płeć ma właśnie znaczenie, bo dziewczynka ma swoje dni, wyjątkowo źle je znosi, a wstydzi się o tym mówić mężczyznom, u których nie znalazłaby zresztą ani współczucia, ani zrozumienia. Widok zbaraniałych min i obwisłej żuchwy Vesemira daje czarodziejce rozkoszną satysfakcję, a skarcony przez starca Coën zdąża jeszcze zakląć, że wyszli na ładnych durniów. Sytuację ratuje Eskel; wstaje, z szacunkiem całuje Triss w dłoń (jego dotknięcie emanuje silniej niż dotyk Geralta) i prosi wprost, by im pomogła.

Zanim padnie pytanie, w czym właściwie ma pomóc, do halli wchodzi Ciri, jakiej nikt tu jeszcze nie widział. Przystrzyżona i uczesana, w skróconej i dopasowanej granatowej sukience, z czarną żmijką z lakierowanej skóry z rubinowym oczkiem na szyi (oba prezenty od czarodziejki), staje przed Vesemirem i wolno, dobitnie recytuje wyuczoną kwestię; nie może dziś trenować, albowiem jest niedysponowana. Eskel, nie tracąc głowy, swobodnie zawiesza ćwiczenia do czasu ustania niedyspozycji, a Ciri prosi jeszcze „wuja Vesemira" o zgodę na to, by Triss została z nimi na długo, i zgodę tę otrzymuje w formie zduszonego charkotu. Lambert podsumowuje, że dopiero teraz uwierzył, iż to naprawdę księżniczka, a Vesemir wydaje potem drużynie instrukcję na przyszłość; jeżeli mała rano założy sukienkę, ćwiczeń nie ma. Geralt dziękuje czarodziejce wzrokiem i słowami.

Swoją pomoc Triss ubiera w trzy rady, do których wiedźmini mają się zastosować. Po pierwsze, jadłospis Ciri trzeba urozmaicić, a sekretne grzybki i tajemną zieleninę ograniczyć na rzecz zwykłego mleka. Czarodziejka mówi wprost to, czego oficjalnie wiedzieć nie powinna; nie poddali małej mutacjom, nie tknęli jej hormonów ani Traw, i to im się chwali, było to rozsądne, odpowiedzialne i ludzkie. Ale skoro nie okaleczyli jej truciznami, nie wolno im teraz okaleczyć jej fizycznie, bo przyspieszacze razem z morderczym treningiem zmieniają budowę ciała, a Ciri jest kobietą i rozwija się zdrowo, zbudowana jak młoda driada. Po drugie, nie wolno dopuścić, by dziecko zdziczało na tym odludziu; mała musi mieć kontakt ze światem i rówieśnikami oraz przyzwoite wykształcenie. Machanie mieczem jej nie zaszkodzi, w trudnych czasach przyda się umiejętność obrony, ale musi wejść w normalne życie. Geralt odpowiada, że o tym już pomyśleli; wiosną zawiezie Ciri do szkoły świątynnej, do Nenneke, do Ellander. Triss chwali wybór, bo Nenneke to kobieta wyjątkowa, a chram Melitele to miejsce bezpieczne i pewne; Ciri już wie o planie i, po kilku dniach awantur, sama niecierpliwie wygląda wiosny i wyprawy do Temerii. Rada trzecia jest najważniejsza i Triss każe sobie oszczędzić głupich min. Rozpoznanie zajęło jej niecałe pół godziny; Ciri jest Źródłem, ma zdolności medialne, i to bardzo, bardzo niepokojące. Wiedźmini też je zauważyli i też się przestraszyli, i tylko oraz wyłącznie dlatego ściągnęli ją do Kaer Morhen. „Tak", potwierdza po chwili milczenia Vesemir, a Triss dyskretnie oddycha z ulgą, bo przez moment bała się, że potwierdzi Geralt.

Nazajutrz spada pierwszy śnieg i przechodzi w zamieć, która grzebie mury w zaspach. Ciri wciąż czuje się niezbyt dobrze; Triss podejrzewa, że zaburzenia cyklu to skutek wiedźmińskich przyspieszaczy, ale zatrzymuje to dla siebie, bo o sekretnych specyfikach nie wie prawie nic, a mała jest ponad wszelką wątpliwość jedyną dziewczynką na świecie, której je podawano. Leczy ją po swojemu, eliksirami i sznureczkiem aktywnych jaspisów na talii, i zakazuje wysiłku, w tym dzikiego uganiania się z mieczem za szczurami. Znudzona rekonwalescentka dołącza do Coëna, który oporządza konie i reperuje uprząż w stajni. Geralt, ku wściekłości czarodziejki, przepada gdzieś na cały dzień i wraca pod wieczór z ustrzelonym koziołkiem. Triss pomaga mu przy oprawianiu zdobyczy, choć potwornie brzydzi się zapachem mięsa i krwi, byle tylko być blisko niego; rośnie w niej zimne, zawzięte postanowienie, że nie ma ochoty dłużej sypiać sama. Wieczorem po schodach zbiega jednak z tupotem Ciri i błaga, żeby to ona mogła dziś spać u Triss. Śnieg pada i pada, a rozjaśnia się dopiero, gdy nastaje Midinváerne, Dzień Zimowego Przesilenia.

Anonimowy paszkwil poucza, że nie ma nic wstrętniejszego nad wiedźminów, płody plugawego czarostwa, i że ich siedlisko należy zetrzeć z powierzchni ziemi, a ślad po nim posypać solą. Uczony odpowiada po latach, że nietolerancja i zabobon są własnością głupich i nigdy nie zostaną wykorzenione, bo są równie wieczne jak sama głupota.

Co warto zapamiętać z tego rozdziału

  • Źródło w Kaer Morhen: Przy fosie Kaer Morhen, wypełnionej czaszkami pomordowanych przed laty wiedźminów, Ciri na oczach Triss Merigold zapada w sen na jawie i przemawia obcym, metalicznym głosem. Głos nazywa czarodziejkę czternastą ze Wzgórza i oświadcza, że przecież umarła na Wzgórzu; każe jej zawrócić i zabrać dziecko, Dziecko Starszej Krwi, „by oddać je tym, do których należy", bo inaczej upomni się o nią zbiorowa mogiła i obelisk z jej wykutym imieniem. Chwilę później aura znika bez śladu, a Ciri niczego nie pamięta. Diagnozę Triss stawia w niecałe pół godziny i wykłada ją wiedźminom jako trzecią, najważniejszą ze swoich rad: dziewczynka jest Źródłem, medium o bardzo niepokojących, niekontrolowanych zdolnościach. To właśnie ten strach, przyznaje Vesemir, był jedynym prawdziwym powodem, dla którego ściągnięto czarodziejkę do twierdzy: wiedźmini zauważyli, że ich Niespodzianka jest bardziej niespodziewana, niż sądzili, i że bez pomocy magii sobie z nią nie poradzą.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.

← PoprzedniRozdział pierwszy
⭐ Skraj atlasu

Dalej mapy jeszcze nie sięgają: kolejne rozdziały powstają w skryptorium. Wpisz się do Księgi Oczekujących, a wieść o nich dostaniesz pierwszy.

Zapisując się, zgadzasz się na e-maile od Fablarii · prywatność · wypiszesz się jednym kliknięciem.