👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom III · Krew elfów

Rozdział 5 Rozdział piąty

Rozdział 5 z 5 w tomie·24/24 w sadze·~15 min czytania
Tom III · rozdz. 5/5
24/24 w sadze

Minęły miesiące od bitwy przy konwoju. Poranna mgła leży na Delcie Pontaru, a niezgrabna szkuta Kompanii Malatiusa i Grocka wlecze się żółwim tempem wśród kęp i nenufarów, wioząc kupców, wieśniaków i konie z Piany do Novigradu. Geralt płynie tą trasą już szósty raz, nie licząc powrotów, jako opłacana od rejsu eskorta. Przy relingu zaczepia go Everett, mały synek rycerza króla Foltesta w aksamitnej czapeczce z bażancim piórkiem, i dopytuje, czemu wiedźmin nosi miecz na plecach. Odpowiedź brzmi: bo wiosło mu ukradli. Dostatnio odziana matka odciąga latorośl za bobrowy kołnierz, sycząc, żeby nie spoufalał się z pospólstwem, a Geralt wraca do lektury listu od Ciri.

List pisany jest na raty, dziecięcą ręką, z wielkimi literami w środku zdań i pod czujnym okiem Nenneke, która czyta każdą stronę i każe pisać bez głupstw. Ciri mieszka w świątyni Melitele: śpi w wielkiej sali zwanej Dormitorium, należy do dwunastki Średnich Dziewcząt i najbardziej przyjaźni się z Eurneid, Katje i Iolą Drugą. Skarży się na posty i wczesne modły, ale uczy się pilnie: czytania i poprawnych run, historii, natury, poezji oraz wysławiania we Wspólnym Języku i w Starszej Mowie, w której jest najlepsza. Popisuje się świeżą wiedzą: zdanie „Elaine blath, Feainnewedd" znaczy „piękny kwiatuszek, dziecko Słońca", Kaer Morhen to poprawnie Caer a'Muirehen, Warownia Starego Morza (stąd muszle i ryby odciśnięte w kamieniach), Cintra pisze się Xin'trea, a jej własne imię pochodzi od Zireael, czyli Jaskółki, ma więc elfie imię, choć elfką nie jest. Opisuje też bitwę z wielkim indykiem, którego pokonała zwodem i piruetem, bo był i tak mniejszy i wolniejszy niż Wahadło, oraz donosi, że do świątyni zagląda wojsko wypytujące o Wiewiórki i zakazujące leczenia rannych elfów. O „tym, co było wiosną" nie pisnęła nikomu ani słowa, o treningu pamięta i ćwiczy w parku, a Nenneke kazała dopisać, że machać mieczem może byle dureń, wiedźminka zaś musi być mądra. List kończy się podwójnym „przyjedź, przyjedź". Geralt chowa zwój z ciężkim sercem: pojechałby do Ellander, ale mógłby naprowadzić wrogów na ślad, a nawet listy przez pocztę kapłańską robią się zbyt ryzykowne.

Szyper Pluskolec melduje, że Żurawią Kępę minęli bez wypadku, i podpuszcza wiedźmina, że ten zarabia staniem przy burcie. Geralt odcina się spokojnie: obu im płacą za samą obecność na pokładzie, bo bezpieczny przewóz z wiedźminem w eskorcie wliczono w cenę biletu. Powód jest poważny. Dwa tygodnie wcześniej coś ściągnęło we mgle z pokładu jednej ze szkut Kompanii dwoje ludzi, w tym młodą dziewczynę w ciąży, która chciała schłodzić w wodzie spuchnięte stopy. Geralt podejrzewa żagnicę, kostropate potworzysko długie na dwa sążnie, o dziesięciu łapach i szczękach jak piły, choć przez sześć rejsów bestia nie pokazała się ani razu.

Z torby wychodzi drugi list, czytany już około trzydziestu razy i pachnący bzem i agrestem. Miesiąc wcześniej Geralt napisał do Yennefer, dwie noce biedząc się nad pierwszymi słowami, i zaczął od „Miła przyjaciółko". Teraz ma za swoje, bo odpowiedź to majstersztyk jadowitej uprzejmości. „Miły przyjaciel" odezwał się ledwie po niecałych trzech latach, czym uciął krążące plotki o własnym nagłym zgonie; czarodziejka cieszy się, że wiódł życie rozkosznie nudne, a jej „okres niedyspozycji" jest już za nią. Pod warstwą złośliwości kryje się jednak konkret. Yennefer rozumie zawoalowany opis kłopotu z „niespodziewanym prezentem od Losu", zna jego Źródło i czuje się zaszczycona, że jest drugą czarodziejką, do której Geralt się zwraca. Wyrusza nie zwlekając, w pełnej tajemnicy, wprost do wskazanego między wierszami miejsca, by „uspokoić bijące źródło", i prosi, by o dodatkowej pomocy nie zabiegał. Podpisuje się: Twoja przyjaciółka Yennefer. Geralt klnie z cicha.

Z zadumy wyrywa go zmiana kursu. Szkuta schodzi z farwateru, ustępując miejsca dwóm wyłaniającym się z mgły okrętom wojennym: wielkiemu trójmasztowemu galeasowi pod amarantową flagą ze srebrnym orłem Redanii i smukłej galerze z Aedirn, niosącej wimple namiestnika z Hagge. Pluskolec fachowo ocenia, że oba mają ostrodenne kadłuby, więc nie płyną w górę rzeki przez porohy, tylko do Piany albo Białego Mostu, a na pokładach widać mrowie wojska. Na galeasie rozpięto bogaty namiot, podróżuje więc ktoś ważny; wielmoże wybierają teraz rzekę, bo po lasach grasują elfie komanda, a elf, jak kot, wody nie lubi. Przy okazji szyper wywiązuje się z prośby, którą Geralt złożył mu w Pianie: owszem, ktoś się wiedźminem ciekawi, a właśnie idzie ku nim przez pokład, chwiejąc się na spokojnej jak lustro wodzie.

„Niezgułą" okazuje się Linus Pitt, magister bakałarz i wykładowca historii naturalnej w Akademii Oxenfurckiej. Zaczyna się jedna z najzabawniejszych dysput tego rejsu. Uczony wyśmiewa „ludową nazwę" żagnica, żąda nazewnictwa naukowego i dowodzi, że drapieżna rodzina Hyphydridae w Delcie nie występuje, bo wytępiono ją pół wieku temu, nawiasem mówiąc za sprawą osobników pokroju wiedźmina, zabijających wszystko, co nieładnie wygląda, bez badań i bez zastanowienia nad niszą ekologiczną. Przy okazji boleje nad degradacją środowiska: z ponad dwóch tysięcy gatunków ryb żyjących w rzece pięćdziesiąt lat temu zostało niecałe dziewięćset, a w czasie przypływu, gdy fala przejdzie przez kanały Novigradu, Deltą płynie ciecz z mydlin, oleju i zdechłych szczurów. Geralt słucha uprzejmie, prostuje bałamutne teorie o żyrytwie, którą uczeni właśnie ochrzcili po raz trzeci, i wykłada własną: żagnice żyły w Delcie zawsze i żywiły się małymi morświnami rzecznymi, które ludzie wytrzebili dla futer i tłuszczu, bo przypominały foki. Potem pobudowano w górze rzeki tamy i kanały, prąd osłabł, Delta zamuliła się i zarosła, a żagnica przystosowała się i urosła w płynnym łajnie. Ludzie sami odbudowali jej łańcuch pokarmowy, wożąc przez Deltę owce i bydło, i bestia w mig pojęła, że każda szkuta to jeden wielki półmisek z żarciem. Pitt na wszelki wypadek odsuwa się od burty.

Zamiast potwora zjawiają się celnicy z redańskiego brzegu i robią zamieszanie, jakiego nie zdołałyby zrobić cztery żagnice. Dowodzi nimi wąsaty Olsen, stary znajomy wiedźmina z tej trasy, a jego ludzie, wśród nich Boratek, przetrząsają toboły, węszą za przemytem i pytają o temerski albo nilfgaardzki pieniądz. Pluskolec protestuje, że do redańskiej ziemi jeszcze pół mili, ale w Delcie, gdzie kępy i łachy co dnia zmieniają położenie, nikt nie umie wymierzyć granicy biegnącej środkiem nurtu. Pitt objaśnia tło tej gorliwości: trwa wojna celna. Vizimir wymógł na Novigradzie prawo składu, Foltest odpowiedział takim samym prawem w Wyzimie i Gors Velen, więc Redania zaostrzyła cła, broniąc się przed tanimi towarami z nilfgaardzkich manufaktur, które płyną na Północ przez Mahakam, Brugge, Verden i porty Cidaris. Geralt podsumowuje krótko: Nilfgaard powoli zdobywa towarem i złotem to, czego nie zdobył orężem, a kupcy patrzą na zysk, nie na politykę. Potem robi się swojsko. Na zwojach lin, przy bukłaku wódki od uczonego i wędzonych miętusach od szypra, Olsen zwierza się z planów: jest rodowitym Vengerberczykiem, ma dość celniczej harówki i wraca do Aedirn, bo król Demawend ogłosił zaciąg do wojsk specjalnych, szykowanych na Wiewiórki, z którymi regularne wojsko nie daje rady. Pół roku morderczego obozu, a potem żołd trzykrotnie wyższy niż celnicze pobory z łapówkami włącznie; najchętniej biorą podobno półelfów. Rozmowa schodzi na wojnę, okrucieństwa obu stron i wróżby: Pluskolec przypomina, że wieszczka Itlina przepowiedziała koniec świata, Białe Światło i Białe Zimno, a krucy latają ostatnio gęsto, jakby już czuli ścierwo.

Wtedy Olsen przekazuje wiadomość, na którą Geralt czekał. Temerska Straż wypytywała tutejszych celników o wiedźmina, i to dziwnie: czy pływa samojeden, czy nie wozi ze sobą niedorosłej pannicy, którą jakoby widywano w jego towarzystwie. Temerczycy obstawiali prywatne porachunki, więc podpytali, kto za tym stoi. Okazał się nim szlachcic wyszczekany jak kanclerz, niebiedny i nieskąpy, każący się nazywać Rience, z kraśną oparzeliną na lewym policzku. Geralt wstaje w pół słowa: schodzi z pokładu w Grabowej Buchcie, po temerskiej stronie. Nie zdąży. Zza wyspy wyłania się barkas pod czarnym proporcem ze srebrnymi liliami, pełen ludzi w szpiczastych czapkach temerskiej Straży. Wiedźmin błyskawicznie drze oba listy na strzępy i wyrzuca je do rzeki, a Olsenowi, który chwyta za kord i przypomina, że na pokładzie podczas kontroli obowiązuje prawo Redanii, tłumaczy półgłosem: tego z poparzoną twarzą na barkasie nie ma, a on musi wreszcie zobaczyć się z człowiekiem, który tak uparcie go szuka. Da się więc wziąć.

Abordaż wygląda jednak coraz mniej urzędowo. Krępy łysy dowódca, który żąda wydania „niejakiego Geralda, zwanego Geraldem z Rivii", nie ma nakazu ani pieczęci i przede wszystkim szuka dziewczyny; na propozycję Olsena, by spór rozsądził komendant kordegardy w Oxenfurcie, reaguje wrzaskiem i każe swoim ludziom, Stranowi i Vitkowi, przetrząsnąć szkutę. Gdy celnicy zwierają szyk, łysy chwyta plączącego się pod nogami Everetta, przystawia mu kordelas do gardła i grozi, że urżnie smarkaczowi szyję. Olsen próbuje blefować, że dzieciak nie jego, ale Geralt kończy przedstawienie: rzuca miecz na pokład, powstrzymuje gestem celników i żeglarzy i oddaje się w ręce „łże-strażników" w zamian za chłopca.

W tej samej chwili z Delty upomina się o swoje prawdziwy gospodarz tych wód. Woda eksploduje i dwie długie, kostropate, najeżone kolcami łapy, podobne do odnóży modliszki, wciągają pod powierzchnię strażnika z bosakiem. Łysy z wrzaskiem puszcza zakładnika i Everett chlupie w poczerwieniałą wodę. Geralt wyrywa się dwóm wiążącym go ludziom, jednego ciosem pięści wyrzuca za burtę, drugiego zdejmuje Olsen kordem, i skacze w gęstą od wodorostów toń. Pod wodą trwa chaos: wiedźmin cudem unika ościenia, chwyta broń po zabitym strzałą strażniku i dźga nią pancerz bestii, w której szczękach podryguje już trup Temerczyka. To, że wśród wodorostów trafia palcami akurat na bobrowy kołnierz Everetta, jest czystym przypadkiem; wypływa z chłopcem na wznak i oddaje go w wyciągnięte z pokładu ręce. Łysy, zamiast uciekać, dopada wiedźmina od tyłu i wpycha go pod wodę, a gdy Geralt uwalnia się, wbijając mu kciuk w oko, za nogę chwytają go kleszcze żagnicy. Obok wypryskuje na powierzchnię przepołowione ciało. Z pokładu leci oścień, który z trzaskiem wbija się w pancerz; Geralt odpycha się od drzewca i wyrywa z kolczastych łap, zostawiając w nich but, spory kawał spodni i niemało skóry. Wyciągnięty bosakiem za pas, ląduje na deskach, ociekając szlamem i krwią, podczas gdy Olsen i krasnoludzki kupiec, ten sam, który przed chwilą targował się o cło na lisie futra, szyją do potwora z łuków. Celny strzał kuśnierza prosto w kałdun Olsen nagradza na miejscu ulgą celną.

Bilans jest ponury i groteskowy zarazem. Z fałszywych strażników żyje tylko łysy, który pływa przy wraku barkasu; Geralt charczy, żeby zostawić mu choć jednego żywcem, bo musi go przesłuchać. Linus Pitt tymczasem podskakuje przy burcie w naukowej ekstazie: to nowy, nieznany nauce gatunek, absolutny unikat, który nazwie Geraltia maxiliosa pitti. Wiedźmin, wypluwając wodorosty, prosi tylko, by cholera nazywała się Everetia. I wtedy dywan grążeli przy sąsiedniej wysepce drga. Druga, jeszcze większa żagnica sunie ku pływającemu. Łysy wyje, kotłuje wodę w rozpaczliwej ucieczce, ale kleszcze rozwierają się i zamykają, a woda tętni ciemną czerwienią. Olsen kwituje krótko, że niech mu woda lekką będzie, choć czapki nie zdejmuje. Geralt siada ciężko na pokładzie i mruczy, że jest już na to wszystko wybitnie za stary.

Scena przenosi się do Oxenfurtu, miasteczka, które Jaskier wprost uwielbia. Wokół muru Akademii rozrósł się drugi, gwarny pierścień: drewniane, kolorowe miasteczko o ciasnych uliczkach, żyjące z żaków, wykładowców i wszystkiego, co towarzyszy procesowi poznania. Na kramach sprzedaje się dziesiątki wyrobów niedostępnych w innych zakątkach świata, wyrosłych z odprysków uniwersyteckiej teorii, od maści na krosty po rwanie zębów „prawie bez bólu" za dwa halerze od godziny. Choć zarządzenie rektora zabrania żakom hulanek przed zmrokiem, pije się tu na okrągło, wiadomo bowiem, że nic nie wzmaga pragnienia tak jak przyswajanie wiedzy, chyba że częściowa prohibicja. Poeta jedzie stępa przez ten jarmark cudów, gryząc pieczonego kalmara twardego jak zelówka, i co jakiś czas ogląda się dyskretnie. Od ratusza idą za nim dwaj osobnicy o pospolitych, wyblakłych gębach, którym usilnie próbują nadać mądry wyraz. Jaskier mija z westchnieniem zamtuz „Pod Pączkiem Róży" (rozsądek walczy z chęcią i tym razem triumfuje) i przez Bramę Filozofów wjeżdża na teren uczelni, gdzie wita go inny świat: elfie jeszcze aleje wysypane kolorowym żwirkiem, pałacyki, parki i kanały, spacerujący profesorowie i żacy kujący na trawnikach. Zna to miejsce jak własną kieszeń, bo studiował tu cztery lata, a potem rok wykładał w Katedrze Truwerstwa i Poezji, zdawszy końcowe egzaminy z wynikiem celującym ku osłupieniu profesorów, u których miał opinię lenia, hulaki i idioty.

Na alejce przed Katedrą Medycyny i Zielarstwa Jaskier odnajduje tę, której szukał. Shani, młodziutka medyczka trzeciego roku o ciemnorudych włosach przyciętych tuż pod uszami i wesołych piwnych oczach, na jego prośbę o dyskretne spojrzenie rozpoznaje szpicli od pierwszego zerknięcia, z łatwością, która zawsze wprawia poetę w podziw: awersja żaków do tajnych służb jest przysłowiowa, a teren uczelni pozostaje eksterytorialny i święty, więc służby węszą, ale akademikom naprzykrzać się nie śmią. Udając czułe zaloty, bard szepcze dziewczynie do ucha prośbę o przekazanie komuś wiadomości. Oczy Shani rozszerzają się („Wiedźmin? Prawdziwy wiedźmin?"), po czym medyczka obiecuje dyskrecję z uśmiechem i formułą tajemnicy lekarskiej. Rozstają się wylewnie, a Jaskier rusza dalej, licząc, że zgubił ogon. Nie zgubił. Za zakrętem, przy popiersiu pierwszego rektora Akademii, obaj szpicle już czekają z krótkim „pozdrowienia od Dijkstry, idziemy". Poeta wzdycha i idzie, wielkodusznie ustępując urodzie honorowego miejsca w szyku.

Dijkstra, szef tajnych służb króla Vizimira, w niczym nie przypomina stereotypu szpiega. Mierzy blisko siedem stóp, waży niewiele mniej niż dwa centnary, nosi jasne kolory i wygląda jak świeżo wyszorowany wieprz, a sprawia wrażenie sennego, rozlazłego matoła. To aparycja najbardziej myląca ze wszystkich, jakie Jaskier zna, bo kryje się za nią niebywale żywy umysł: na dworze Vizimira mawia się, że jeśli Dijkstra twierdzi, że jest południe, a dookoła panują nieprzebite ciemności, czas martwić się o losy słońca. Szpieg przyjmuje poetę na najwyższym piętrze rektoratu, w dzierżawionych pomieszczeniach, które sam dowcipnie nazywa Katedrą Historii Najnowszej, w towarzystwie wiecznie zakatarzonego sekretarza Oriego Reuvena i czwartej osoby, która zwykłą osobą nie jest. Filippa Eilhart, ważna postać Rady Czarodziejów i zaufana nadworna magiczka Vizimira, siedzi tym razem bez sukni i makijażu, w męskiej kurtce i wysokich butach, z włosami związanymi tasiemką. Wieść głosi, że jako jedna z niewielu posiadła sztukę polimorfii; wygląda na trzydzieści lat, a ma prawdopodobnie nie mniej niż trzysta. Wśród atrakcyjnych kobiet, które Jaskier dzieli na przemiłe, miłe, niemiłe i bardzo niemiłe, Filippa zajmuje bezapelacyjnie ostatnią kategorię.

Dijkstra zaczyna od besztania. Wiadome jest mu, że poeta ma lat blisko czterdzieści, wygląda na trzydzieści, wyobraża sobie, że ma dwadzieścia, a postępuje, jakby miał dziesięć, i dlatego zwykle otrzymuje precyzyjne wskazówki, których nie wykonuje. Z tyrady wyłania się obraz sytuacji, o jakiej Jaskier dotąd nie wiedział albo wiedzieć nie chciał. Geralt, szukając Rience'a w Temerii i Sodden, znalazł jego ślady „w postaci trupów": zamordowano trzy osoby, które przed dwoma laty miały styczność z wiedźminem i dziewczynką. Wtedy zmienił taktykę i zaciągnął się na szkuty Kompanii z rozmysłem, głośno i widocznie, żeby Rience sam go znalazł. Zasadzka jednak spaliła się, bo Jaskier, wbrew jednoznacznym poleceniom, nie doniósł o niej Dijkstrze, a „niebezpieczny nilfgaardzki agent", który mógłby już siedzieć w najgłębszym lochu w Tretogorze, został spłoszony. Rience, wycedza szpieg, na milę śmierdzi dymem z nilfgaardzkiego komina i czarodziejem renegatem. Na protest barda, że nie jest niczyim podwładnym i pomaga z patriotycznego obowiązku, pada zimna riposta: Jaskier szpieguje dla wszystkich, którzy mu płacą, a Dijkstra ma na niego parę niezłych haków.

Właściwa sprawa wychodzi na stół po chwili. Ci, którzy weszli na szkutę pod Grabową Buchtą, nie byli ludźmi Rience'a ani zwykłymi łotrami. Temerscy „cwaniaczkowie" rzeczywiście planowali capnąć wiedźmina i sprzedać go Rience'owi, ale ich plan przejrzała tajna służba króla Foltesta i to jej agenci dokonali abordażu. Geralt ukatrupił więc pod Grabową Buchtą temerskich agentów i ich szef jest bardzo, bardzo zły. Dijkstra może sprawę załagodzić, lecz nie za darmo: wiedźmin ma przyjść do Katedry i osobiście, bez świadków, odpowiedzieć na pytania, które zaczynają sobie zadawać tajne służby wszystkich Czterech Królestw. Wtedy Filippa, uznana przez Jaskra za niezdolną do pochopności, zadaje pytania zaskakująco wprost, jakby zbyt wcześnie i niewłaściwej osobie: gdzie jest dzieciak, z którym widziano Geralta w Kaedwen, dziewczynka o szarych włosach i zielonych oczach; dokąd pojechała Yennefer po otrzymaniu listu od Geralta; gdzie i dlaczego ukrywa się Triss Merigold. Jaskier zaklina się, że nie zna odpowiedzi na żadne z tych pytań, a Dijkstra macha ręką: poeta może pomóc tylko w jeden sposób, bo gdy wiedźmin się wynurzy, skontaktuje się właśnie z nim, z przyjacielem. Ma go wtedy przyprowadzić. Na odchodne bard prosi o odwołanie łażących za nim agentów, szpieg obiecuje, że odwoła, i obaj wiedzą, że obaj kłamią.

Jaskier gra więc do wieczora rolę beztroskiego gościa Akademii: wysłuchuje wykładu o poezji klasycznej, przesypia seminarium o nowoczesnej i daje się wciągnąć w filozoficzną dysputę „istota i pochodzenie życia", która przed zmrokiem zmienia się w pijacki harmider, idealny do zniknięcia. Wymyka się na poddasze, lufcikiem na dach biblioteki, z dachu na dach prosektorium i przez poszerzaną jeszcze za studenckich czasów dziurę w murze za krzakami agrestu wychodzi do miasteczka. Kluczy zaułkami jak ścigany zając, odczekuje pół godziny w cieniu wozowni i po strzechach oraz omszałych dachówkach domu znajomego piwowara, Wolfganga Amadeusza Kozibrody, dociera do okienka mansardy, w której ukrywa się Geralt. Na proszące „nie wchodź" nie zważa, gramoli się przez parapet, strącając jabłka i cebule, i staje jak wryty. Na podłodze leży jasnozielony strój medyczki, a spod prześcieradła patrzy na niego Shani. Tego akurat poeta się nie spodziewał.

Powód nocnej wizyty ucina żarty. Jaskier melduje krótko: trzeba się pakować i pilnie wyjeżdżać, bo to już nie Rience. Dijkstrze chodzi teraz o dziewczynkę i o Yennefer i zmusi wiedźmina, by wyjawił, gdzie są. W trakcie gorączkowych wyjaśnień na parapet spływa bezszelestnie wielka szara sowa i na oczach całej trójki zmienia się w Filippę Eilhart, która sprytnie leciała śladem poety. Czarodziejka rozsiada się na jedynym zydlu i uprzedza lojalnie: Dijkstra ma w sprawie dziewczynki rozkazy od samego Vizimira i będzie bardzo nalegał. Ona sama, jak twierdzi, zasiada w radzie króla po to, by w takich chwilach uniemożliwiać mu popełnianie pomyłek; Jaskier słucha tego zapewnienia z pełnym przekonaniem, że Filippa łże jak z nut. Na pytanie Geralta, czego właściwie wszyscy chcą od jego podopiecznej, czarodziejka odpowiada gniewnym kontratakiem: skoro wie tak mało, jego kwalifikacje jako opiekuna są żadne, a mimo to odebrał prawo opieki tym, którzy mają i kwalifikacje, i prawo. Niech strzeże dziewczyny jak źrenicy oka, a jeśli sam nie potrafi, niech poprosi innych. Wiedźmin wylicza w odpowiedzi wszystkich, którzy nagle pragną go wyręczyć: Radę Czarodziejów, Dijkstrę z Vizimirem, Temerczyków i niejakiego Rience'a, który w Sodden i Temerii zamordował już trzy osoby i omal nie zamordował Jaskra. Kim jest Rience, pyta wprost. Filippa odpowiada, że nie wie, choć bardzo chciałaby wiedzieć. O tym, że po dziewczynkę wyruszyła już Yennefer, Geralt milczy, a Jaskier rozumie dlaczego: Filippa i tak wie o wszystkim, a jej przybycie jest ostrzeżeniem.

Ciszę, która zapada po tych słowach, przerywa osoba, o której wszyscy zdążyli zapomnieć. Shani, dotąd kryjąca się za plecami wiedźmina, pyta niespodziewanie, czy ten Rience ma na twarzy bliznę po oparzeniu trzeciego stopnia. Bo jeśli tak, to ona wie, kim on jest. I wie, gdzie jest. O rynnę za oknem stukają pierwsze krople deszczu.

Anonimowy pamflet o wiedźminach ostrzega przed bezbożnymi odmieńcami, którzy wydzierają grosz łatwowiernym prostakom. Król Redanii nie ma nic przeciwko wiedźminom, byle płacili podatki. A graffiti na murze oxenfurckiej Katedry Prawa radzi krótko: kto pragnie sprawiedliwości, niech wynajmie wiedźmina.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.

← PoprzedniRozdział czwarty
⭐ Skraj atlasu

Dalej mapy jeszcze nie sięgają: kolejne rozdziały powstają w skryptorium. Wpisz się do Księgi Oczekujących, a wieść o nich dostaniesz pierwszy.

Zapisując się, zgadzasz się na e-maile od Fablarii · prywatność · wypiszesz się jednym kliknięciem.