W noc Midinváerne, Dnia Zimowego Przesilenia, przy stole w wielkiej halli Kaer Morhen Triss Merigold rozprasza obawy gospodarzy. Minęły czasy, gdy czarodzieje polowali na Źródła i siłą lub podstępem odbierali rodzinom magicznie uzdolnione dzieci; Vesemir wie jednak, że na każdym czarodzieju wciąż ciąży obowiązek doniesienia o takim dziecku Kapitule. Triss obiecuje, że o Ciri nie powie nikomu, Kapitule też nie. Zdziwionemu Eskelowi, który pyta o słynną czarodziejską lojalność wobec Rady i Kapituły, odpowiada, że wojna zmieniła wiele, bitwa o Sodden jeszcze więcej, a w tej sprawie potrafi być lojalna wobec obu stron naraz. Geralt, który przez cały wieczór milczy i bawi się swoim medalionem (w tak magiczną noc medaliony wiedźminów muszą drgać bezustannie), kwituje cicho, że podwójna lojalność to diabelnie trudna sztuka i mało komu się udaje. W drugim końcu halli Ciri gra tymczasem z Coënem w łapki; oboje są tak niewiarygodnie szybcy, że żadne nie może trafić drugiego, a Triss widzi po uśmieszku wiedźmina, że ten pozwala małej zdobywać przewagę.
Czarodziejka wykłada szkopuł, dla którego dyskrecja nie wystarczy. Jeżeli przeznaczenie zechce zrobić z Ciri czarodziejkę, zrobi to bez pomocy Kapituły, ale niekontrolowanych zdolności nie wolno zaniedbać, bo Źródło zagraża otoczeniu na wiele sposobów, a sobie na jeden: grozi mu choroba umysłowa, najczęściej katatonia. Lambert parska na te „czary i niewidy": dla niego Ciri to po prostu kolejna bezdomna sierota przywieziona do Warowni. Na pokaz składa Znak Aard, aż ogień bucha z paleniska, i wylicza, że mała mimo setek prób nie umie złożyć tego ani żadnego innego Znaku, choć wystarcza do nich minimum zdolności; jest więc magicznym antytalentem. Triss cierpliwie tłumaczy, że właśnie tak objawia się Źródło. Ono jest medium, przekaźnikiem: energię przetwarza bezwiednie, więc przy świadomym wysiłku nie wychodzi mu nic, nawet po tysiącu prób, za to pewnego dnia, gdy myśli o niebieskich migdałach, staje w płomieniach dom, a czasem pół miasta. Geralt wspiera ją przykładem: na własne oczy widział, jak matka Ciri, królewna Pavetta, której nikt nie podejrzewał o zdolności, omal nie obróciła w perzynę królewskiego zamku w Cintrze. Vesemir przyznaje, że mała jest obciążona dziedzicznie, i urywa, spoglądając na roześmianą dziewczynkę.
Triss żąda wreszcie szczerych zwierzeń: co właściwie widzieli i w jakich okolicznościach? Lambert, za przyzwoleniem Geralta, sporządza z kryształowej karafy i flakonika napój i zachęca czarodziejkę, by łyknęła, bo łatwiej zrozumie. To Biała Mewa, łagodny wiedźmiński „środek na miłe sny" (halucynogenna jest dopiero czarna), z naturalnych składników rozcieńczonych wodą; to od niej oczy wiedźminów świecą wieczorami. Przy musującym eliksirze padają wyznania o trzech transach Ciri. Pierwszego wieczora po przyjeździe spragniona mała wypiła duszkiem mewę stojącą na stole, zanim ktokolwiek zdążył zareagować, i zaczęła mówić nieswoim głosem, bełkotliwie i bez sensu. Drugi raz wpadła w trans po tym, jak pechowo upadła przy ćwiczeniu i straciła przytomność; znowu mówiła obcym głosem, tak, jak mówią obłąkane wyrocznie. Za trzecim razem, po jednym z nocnych koszmarów (Ciri często budzi się z krzykiem, a Geralt obawia się, że w Cintrze i w Angrenie widziała rzeczy, których dziecko oglądać nie powinno, może nawet ktoś ją skrzywdził), przemówiła wyraźnie i z sensem. Wywieszczyła śmierć: Coënowi i Geraltowi. Sama po przebudzeniu nigdy niczego nie pamiętała, a wiedźmini nie zadawali pytań; proroctwo było zagmatwane i nie treść wieszczb ich martwi, lecz to, co dzieje się z dziewczynką.
Około północy Coën przynosi Ciri na barana do stołu, by życzyła wszystkim dobrej nocy, bo Midinváerne się kończy i od jutra z każdym dniem wiosna bliżej. Spragniona mała sięga po puchar Eskela; wiedźmin zręcznie odsuwa naczynie, ale Triss znacząco ściska ramię Geralta i sama podaje dziewczynce swój kielich z niedopitą mewą. Efekt przychodzi szybko: Ciri wypręża się, uśmiecha szeroko i szczęśliwie, po czym z zamkniętymi oczami zaczyna pląsać na paluszkach. Wiedźmini w milczeniu zabezpieczają drogę tańczącej, a Triss wyszarpuje zza dekoltu amulet, oprawny w srebro szafir, i wyjaśnia oniemiałym gospodarzom, że wie, co robi: dziewczynka wpadła w trans, więc ona nawiąże z nią kontakt psychiczny i wejdzie w nią, by sprawdzić, skąd Źródło czerpie aurę i jak ją przetwarza. Midinváerne to noc korzystna dla takich przedsięwzięć, a podobne rzeczy robiła już nie raz. Geraltowi absolutnie się to nie podoba, ale czarodziejka lekceważy sprzeciw. Gdy Ciri osuwa się na klęczki, Triss przyciska amulet do skroni, szepcze formułę i wysyła impuls.
Trans zaczyna się od lotu. Triss jest mewą nad morzem, szybuje wśród stada, niesiona słonym wichrem, i trzeźwo powtarza sobie, że to tylko siła sugestii. Potem krzyk mew cichnie, a morze wody zmienia się w morze traw: czarodziejka z przerażeniem rozpoznaje panoramę ze szczytu Wzgórza pod Sodden, choć wie, że to nie może być Wzgórze. Niebo ciemnieje i po zboczu schodzi w dół niekończący się szereg mglistych postaci o spokojnych twarzach i martwych, niewidzących oczach. Większości Triss nie zna, ale niektóre rozpoznaje: Koral, Vanielle, Yoël, Raby Axel. Obok stoi Ciri, wiatr rozwiewa jej popielate włosy, a po dłoni, wzdłuż linii życia, ścieka jej strużka krwi. Dziewczynka mówi spokojnie, że to nic: ukłuła się różą z Shaerrawedd, a to tylko krew. Krew elfów.
Bezgłośna błyskawica odsłania kolejny obraz: obie stoją na krawędzi bezdennej przepaści, w której kłębi się czerwonawy dym, a w głąb otchłani wiodą długie marmurowe schody. Drżącym głosem Ciri powtarza, że tak trzeba, że nie ma innej drogi, tylko ta, schodami w dół, bo „Va'esse deireádh aep eigean". Ponaglana przez Triss majaczy dalej: Dziecko Starszej Krwi, Feainnewedd, Luned aep Hen Ichaer, Deithwen, Biały Płomień; potem wraca strach, czarny rycerz z piórami na hełmie, pytanie, co jej wtedy zrobił, „Lwiątko musi umrzeć", racja stanu. Nagle twarz dziewczynki tężeje, a z jej ust zaczyna mówić ktoś inny: głos metaliczny, zimny i okrutnie drwiący. Nazywa czarodziejkę Czternastą, oświadcza, że zaszła za daleko i że ją ostrzegał. Triss rzuca Czar Identyfikacji, ale za pękającą magiczną kurtyną otwiera się druga, trzecia, czwarta, niekończący się szereg drzwi prowadzących w nicość. Głos drwi, że Czternasta pomyliła niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu, a na żądanie, by nie dotykał dziecka, odpowiada, że to nie jest dziecko: to Płomień, Biały Płomień, od którego zajmie się i spłonie świat, Starsza Krew, Hen Ichaer, ziarno, które nie wykiełkuje, lecz wybuchnie płomieniem, krew, która będzie skalana, gdy nadejdzie Tedd Deireádh, Czas Końca. Triss krzyczy, czy wieszczenie śmierci to wszystko, co potrafi, i słyszy w odpowiedzi, że ona sama już umarła, że wszystko w niej już umarło. Zaklęcie na moc sfer, na wodę, ogień, ziemię i powietrze, nie wymusza odpowiedzi na pytanie, kim jest mówiący; „dowiesz się, gdy nadejdzie czas". Głos odsyła ją z powrotem na skrzydłach mewy i każe uważnie słuchać krzyku innych mew. W tym krzyku Triss słyszy wołanie: zapomnij o nim, nie torturuj go, zapomnij.
Czarodziejka budzi się we własnej komnacie, na najlepszym łóżku w całym Kaer Morhen, z Geraltem przy boku; była nieprzytomna, jak słyszy, za długo. Ciri śpi. Tuż przed przebudzeniem powiedziała jeszcze „Va'esse deireádh aep eigean", zdanie Starszej Mowy znaczące „coś się kończy", choć nie zna Mowy na tyle, by ułożyć pełne zdanie. Triss odsuwa twarz od kołyszącego się nad nią medalionu (żadna teoria nie zaleca czarodziejom dotykania wiedźmińskich amuletów w noce Przesileń) i wykłada Geraltowi powagę sytuacji. Dziewczyna jest niebywale silnym medium, dla którego chyba nie istnieją granice kontaktu, a coś, co jest od Triss dużo potężniejsze, chce nią owładnąć. Kolejny trans może skończyć się chorobą psychiczną, a ona sama nie umiałaby ani nad tym zapanować, ani, gdyby nie było innego wyjścia, stłumić czy zgasić zdolności małej. Geralt musi zwrócić się do czarodziejki zdolniejszej i bardziej doświadczonej, i oboje wiedzą, o kim mowa: do Yennefer. Ma zwalczyć ambicję, pokonać żal i zawziętość, bo zadręczy się, a przy okazji ryzykuje zdrowie i życie Ciri.
W nocnej rozmowie pada też to, co niewypowiedziane. Triss mówi o sobie, że się nie liczy, że zawiodła go we wszystkim i była tylko jego błędem; Geralt odpowiada z wysiłkiem, że błędy też się dla niego liczą, że nie wykreśla ich z życia ani z pamięci i że Triss nigdy nie sprawiła mu zawodu. Czarodziejka deklaruje, że zostanie w twierdzy do wiosny i będzie czuwać przy Ciri dniem i nocą, a wiosną zawiozą małą do świątyni Melitele w Ellander, bo to, co chce nad nią zapanować, może nie mieć w świątyni przystępu; wtedy Geralt poprosi o pomoc Yennefer. Wymusza jeszcze na wiedźminie wyznanie, co Ciri wyszeptała już po przebudzeniu, bo wie, że tamte słowa były skierowane do niej: „Zapomnij o nim. Nie torturuj go". Odpowiada cicho, że torturować nie będzie, ale zapomnieć nie może. Na jej stwierdzenie, że aż tak kocha Yennefer, Geralt po długim milczeniu przyznaje: aż tak. Mimo to Triss prosi, by był przy niej tej nocy; tylko był. Wiedźmin zostaje.
Wkrótce po Midinváerne śnieg przestaje padać i chwyta mróz. Przez dziesięć kolejnych dni i nocy Ciri budzi się prawie co noc z krzykiem: majaczy, trzymając się za policzek, i płacze z bólu, a Triss uspokaja ją zaklęciami i eliksirami i usypia, tuląc ją w ramionach. Potem sama długo nie może zasnąć, myśląc z rosnącym strachem o tym, co mała mówi przez sen. Po dziesięciu dobach napady mijają bez śladu i Ciri śpi już spokojnie, ale czarodziejka nie odstępuje jej na krok, roztaczając nad nią opiekę widzialną i niewidzialną.
Zima wypełnia się nauką. Lambert gania Ciri po wkopanym w ziemię grzebieniu: wykrok, atak, odskok, piruety na słupkach, a po każdym odskoku parada, wyrzut klingi chroniący głowę i kark, aż stanie się odruchem, bo w prawdziwej walce nigdy nie wiadomo, co jest z tyłu. Trening przeplata zrzędzeniem i docinkami o dziewczynach, którym pozwala sobie tylko dlatego, że „Merigold" nie słyszy, a pochwał skąpi tak, że wyrwane mu „bardzo dobrze" natychmiast odszczekuje jako przejęzyczenie. Dopiero na koniec ćwiczenia okazuje się, że cały układ Ciri wykonywała z opaską na oczach. Triss uczy małą w swojej komnacie Starszej Mowy, klasycznej, nie wyspiarskiego żargonu ze Skellige: sanki to sledd, jazda na sankach to aesledde, a pytanie tworzy się intonacją, nie niegrzeczną końcówką. Na protest, że wszyscy i tak mówią wspólnym, odpowiada, że ten, kto nie zna języków, jest kaleką. Przy okazji daje Ciri pierwszą lekcję makijażu (cienie do powiek to wynalazek elfek; od Starszego Ludu ludzie przejęli wiele pożytecznych rzeczy, cholernie mało dając w zamian) i toleruje wywijanie nowym mieczem tylko do pewnych granic. Miecz jest prawdziwy, wiedźmiński, zrobiony ze stali, która spadła z nieba, co zaświadczył Geralt, „a on nie kłamie nigdy"; wuj Vesemir dopasował go do wagi, wzrostu i długości ręki dziewczynki.
Vesemir prowadzi lekcje przy rycinach potworów. Ciri recytuje wiedzę o ghulu, trupojadzie z cmentarzysk, nekropolii i pobojowisk, który głodny lub w szale napada i żywych; walczy się z nim srebrnym mieczem, a choć jest wrażliwy także na ostre światło i ogień, wiedźmin ich nie używa, bo każde światło rzuca cienie, które utrudniają orientację, i lepiej walczyć w ciemności. Potem stary wiedźmin pokazuje graveira, większą odmianę ghula o trzech kościstych grzebieniach na czaszce, z tępymi pazurami do rozgrzebywania mogił i cienkim ozorem do wylizywania zgniłego szpiku z druzgotanych kości; najmniejsze skaleczenie w walce z nim grozi zakażeniem jadem trupim, które leczy się eliksirem Wilga, dlatego walczy się z dystansu, a cios zadaje z doskoku. Do wykładu należy też nauka o porządku świata: ghule i graveiry, jak inne potwory tej grupy, są reliktami okresu przenikania sfer, nie mają w obecnej sferze własnej niszy ekologicznej i zabijanie ich niczego w przyrodzie nie narusza. Przy opisie pobojowisk Ciri blednie i zieleneje: widziała przecież pola poległych w Sodden i na Zarzeczu, ciała szarpane przez wilki, psy i ptaki. Vesemir tłumaczy jej wtedy, po co ta nauka: to, co znane, przestaje być koszmarem, a z tym, z czym umie się walczyć, nie jest już tak groźnie.
Coën fechtuje z Ciri i uczy ją rzeczy, których nie ma w podręcznikach: że nie istnieje uczciwa walka, bo w walce wykorzystuje się każdą przewagę i sposobność, że wyższy i silniejszy przeciwnik będzie łamał jej parady ciężarem ciosu, więc zamiast się cofać, ma wchodzić w półpiruet i ciąć z dołu, i że zamiast patrzeć na miecz, którym można mylić, ma czytać z rozstawienia stóp przeciwnika. Chwali ją rzadko i rzeczowo, a na pytania, czy będzie kiedyś tak szybka jak on, odpowiada bez ogródek: wątpi. Na pytanie, kim są najlepsi szermierze świata i gdzie ich szukać, odpowiada, że nie wie, kim są; wie za to, gdzie są. Na cmentarzach. Geralt ćwiczy z Ciri na wahadłach i podwiesza jej trzecie, gdy z dwoma daje już sobie radę. Uczy ją, że to walka, nie balet i nie akrobacja: odstępy wahadeł są pomyślane tak, by wymusić ruch arytmiczny, bo poruszając się w rytmie, ułatwia się przeciwnikowi reakcję. Gdy Ciri załamuje się, że nigdy nie zdoła sparować wahadła, bo jest za słaba, bo jest dziewczyną, wiedźmin tłumaczy jej rzecz najważniejszą: wahadeł się nie paruje i żaden mocarz by ich nie sparował, tak jak nikt nie sparuje ogona oszluzga ani kleszczy gigaskorpiona. Od wahadła trzeba się odbić, przejąć jego energię i z tego odbicia natychmiast uderzyć. Szybkość, nie siła; siła jest niezbędna drwalowi. Przy kolejnej próbie Ciri przechodzi wszystkie wahadła i trafia worek, a Geralt, skąpy w pochwały jak wszyscy tutejsi nauczyciele, mówi jej wreszcie: brawo, dziewczyno.
W połowie lutego śnieg znika, zlizany ciepłym wiatrem z południa, od przełęczy. Wieczorami w halli Triss uparcie kieruje rozmowy na politykę i za każdym razem trafia w mur: Geralt milczy, Vesemir wzdycha, że za jego czasów wszystko było zdrowsze, Eskel pozoruje grzeczne zainteresowanie, Coën ziewa, a Lambert nie kryje lekceważenia. O tym, co dzieje się za tonącymi w śniegu przełęczami i za niosącą krę Gwenllech, wiedźmini nie chcą wiedzieć; istnieje dla nich tylko samotne Kaer Morhen, a rozmawiać potrafią godzinami wyłącznie o wiośnie i o szlaku, o wampirach, wyvernach i bazyliszkach. Wreszcie Eskel zadaje pytanie, na które czarodziejka czekała: jak naprawdę jest na Południu, nad Jarugą, i czy warto się tam kierować, bo Triss opowiadała przecież o możliwości nowej wojny, o ciągłych walkach na pograniczu, o rebeliach na zajętych przez Nilfgaard ziemiach i o tym, że Nilfgaardczycy mogą ponownie przekroczyć rzekę. Lambert zbywa temat: tłuką się i rżną od setek lat, a on już zdecydował, że rusza na dalekie Południe, do Sodden, Mahakamu i Angrenu, bo tam, którędy szły wojska, zawsze mnożą się straszydła i najlepiej się zarabia. Coën i Eskel przytakują: wyludnione wsie, bezdomne dzieci i zajęci wojną panowie baronowie to dla wiedźminów czas żniw.
Sarkazm Triss wybucha wtedy z całą siłą. Owszem, wiedźmini bronią sierot: przed wilkołakiem, który zabija dwoje lub troje ludzi rocznie, podczas gdy nilfgaardzki podjazd potrafi w godzinę wyrżnąć i spalić całą osadę. Ona walczy o to, by sierot było jak najmniej, z przyczynami, nie ze skutkami; dlatego zasiada w radzie królewskiej Foltesta z Temerii, razem z Fercartem i Keirą Metz, i radzi, jak nie dopuścić do wojny, a gdyby przyszła, jak się obronić. Dla wiedźminów to awantura; dla niej gra o przetrwanie, więc ich obojętność boli ją i obraża. Geralt odpowiada wprost: jest wiedźminem, sztucznie stworzonym mutantem, zabija potwory za pieniądze i broni dzieci, gdy rodzice zapłacą; gdyby zapłacili rodzice nilfgaardzcy, broniłby dzieci nilfgaardzkich. Nie nadaje się na żołnierza ani bohatera, bo żołnierzowi strach pomaga przełamać motywacja, a on motywacji nie ma i mieć nie może; tego stosunku do świata nie wybrał sam, zrobiono to za niego. Śmierci boi się jak każdy, ale oswoił się z nią dawno i bez złudzeń: jeszcze żaden wiedźmin nie umarł ze starości w łóżku, dyktując testament. Umrze w jakiejś śmierdzącej jamie, rozszarpany przez gryfa albo mantikorę, ale na wojnie umierać nie chce, bo to nie jego wojna.
Wtedy Triss opowiada o Wzgórzu. Jej, czarodziejce, też mogło się wydawać, że kłopoty królestw to nie jej wojna, a jednak stanęła wtedy na Wzgórzu obok Vilgefortza, Artauda Terranovy, Fercarta, Enid Findabair, Filippy Eilhart i Yennefer, obok tych, których już nie ma: Koral, Yoëla, Vanielle. Ze strachu zapomniała wszystkich zaklęć oprócz jednego, którym mogła teleportować się do domu, do maleńkiej wieżyczki w Mariborze; rzygała z przerażenia, a Yennefer i Koral podtrzymywały ją za kark i włosy. Potem był huk i płomień, świetliste groty i kule ognia, i nagle zrozumiała, że kupa zwęglonych szmat obok to Yoël, a makabrycznie krzyczący kadłub bez rąk i nóg to Koral, i że krew, w której leży, wcale nie jest krwią Koral, lecz jej własną. Dopiero teraz Geralt poznaje też historię pomyłki z pomnika: pod obeliskiem na Wzgórzu jest czternaście grobów, ale tylko trzynaście ciał, bo większość zwłok była w nierozpoznawalnych kawałkach i nikt ich nie segregował, a żywych trudno było się doliczyć. Z tych, którzy znali Triss dobrze, przeżyła tylko Yennefer, wówczas niewidoma; inni rozpoznawali czarodziejkę po jej pięknych włosach, a ona ich już nie miała. Okaleczonym bohaterom ze Wzgórza nie pożałowano potem najsilniejszych czarów, eliksirów i artefaktów: wyleczono ich, przywrócono im dawny wygląd, włosy i wzrok, i śladów prawie nie widać. Prawie; Triss już nigdy nie założy wydekoltowanej sukni. Zanim stanęli na Wzgórzu, Kapituła powiedziała im po prostu „tak trzeba", i Triss do dziś nie wie, czego tam broniła: ziemi, granic, interesów królów czy Ładu przed Chaosem. Wie za to, że jeśli zajdzie konieczność, stanie na Wzgórzu jeszcze raz, bo inaczej tamto okazałoby się niepotrzebne i nadaremne.
Nikt nie zauważył, kiedy do halli wśliznęła się Ciri. Teraz dziewczynka krzyczy cienko, że ona też stanie na Wzgórzu, że Nilfgaardczycy zapłacą jej za babkę i za wszystko, bo niczego nie zapomniała. Tupie na uciszającego ją Lamberta, a w jej oczach rozgorzewa zielony ogień: po to przecież uczy się walczyć mieczem, żeby zabić tego czarnego rycerza z Cintry, tego ze skrzydłami na hełmie, za to, co jej zrobił, i za to, że się bała. Odpowiedź Geralta jest zimniejsza niż mury Kaer Morhen: skoro tak, to Ciri przestanie się uczyć. Dopóki nie pojmie, czym jest miecz i czemu służy w dłoni wiedźmina, nie weźmie go do ręki: nie uczy się go, by zabijać i być zabitym, nie uczy się zabijać ze strachu i nienawiści, ale po to, by ratować życie, własne i cudze. Zapytana, czy zrozumiała, dziewczynka rzuca hardo, że nie; słyszy, że w takim razie nie zrozumie nigdy, i dostaje rozkaz wyjścia. Wybiega, trzaskając drzwiami. Vesemir gani Geralta, że postąpił o wiele za ostro, i to przy Triss; na wzmiankę o emocjach wiedźmin wybucha, że ma dość gadania o emocjach, i wtedy czarodziejka uderza w niego całą prawdą. Ciri jest normalna: odczuwa normalną miłość, nienawiść, strach i radość, a to Geralta drażni do tego stopnia, że zaczyna myśleć o podziemiach Kaer Morhen i butlach z mutagennymi truciznami. Kogo chce oszukać? Emocji nie zabiły w nim eliksiry i Trawy; on zabił je w sobie sam, ale niech nie waży się zabijać ich w tym dziecku. Geralt zrywa się z krzykiem „Milcz, Merigold!", po czym bezbronnie opuszcza ręce i cicho prosi o wybaczenie. Rusza ku schodom, ale Triss przypada do niego i obejmuje go: nie pozwoli, by w takiej chwili był sam.
Ciri odnajdują po śladach stóp na świeżym, cienkim śniegu. Dziewczynka stoi na samym szczycie zrujnowanego muru, nieruchoma jak posążek, z mieczem uniesionym nad prawym barkiem, a na prośbę Geralta, by zeszła, odpowiada skokiem i piruetem w lustrzaną pozycję; księżycowy odblask klingi zdradza na jej twarzy smugi łez. Krzyczy, że miecza nie odbierze jej nikt, nawet on. Przy następnym skoku luźna cegła osuwa się jej spod stopy. Ciri traci równowagę, a Triss, choć zaczyna unosić dłoń do formuły lewitacji, wie, że nie zdąży, i wie, że Geralt też nie zdąży, bo to niemożliwe. Geralt zdąża. Skok przygina go do ziemi i rzuca na kolana, ale wiedźmin nie wypuszcza dziewczynki z ramion. Oboje długo szepczą do siebie słowa, których Triss nie rozróżnia, choć rozumie ich znaczenie. W szczelinach muru wyje ciepły wiatr. Wiosna: na przełęczach leży jeszcze śnieg, ale w dolinach już zawitała. Padają ostatnie słowa rozdziału, pytanie Triss, czy wyjeżdżają, ona, Geralt i Ciri, i odpowiedź wiedźmina: tak, najwyższy czas.
„Kronika spisana do wyłącznego wglądu Kapituły opisuje tajną Próbę Traw: trzeciego dnia po podaniu eliksirów umierają wszystkie dzieci prócz jednego, dziesięcioletniego chłopca. Siódmego dnia chłopiec budzi się jak ze snu, a jego oczy są odtąd oczami żmii.”
Co warto zapamiętać z tego rozdziału
- Proroctwo Białego Płomienia: W noc Midinváerne, Dnia Zimowego Przesilenia, Triss Merigold świadomie podaje Ciri kielich Białej Mewy i przez szafirowy amulet nawiązuje kontakt psychiczny z dziewczynką pogrążoną w transie. W wizji czarodziejka widzi Wzgórze pod Sodden i schodzący po zboczu szereg zmarłych, a Ciri z krwawiącą od róży z Shaerrawedd dłonią mówi o marmurowych schodach w otchłań, o Dziecku Starszej Krwi i o czarnym rycerzu z piórami na hełmie. Potem ustami dziewczynki zaczyna mówić ktoś inny: metaliczny, zimny głos, który nazywa Triss Czternastą i drwi z jej Czaru Identyfikacji, rozbijającego się o niekończące się kurtyny. Głos oświadcza, że Ciri nie jest dzieckiem: jest Białym Płomieniem, od którego zajmie się i spłonie świat, Starszą Krwią, Hen Ichaer, ziarnem, które nie wykiełkuje, lecz wybuchnie płomieniem, krwią, która będzie skalana, gdy nadejdzie Tedd Deireádh, Czas Końca. Wcześniejsze transy, o których wiedźmini opowiedzieli Triss tego samego wieczora, wywieszczyły śmierć Coënowi i Geraltowi. Wnioski z nocy Przesilenia wyznaczają dalszą drogę: Triss zostaje w twierdzy czuwać przy Ciri do wiosny, wiosną mała ma trafić do świątyni Melitele w Ellander, a Geralt, za radą Triss, ma zwrócić się o pomoc do zdolniejszej i bardziej doświadczonej czarodziejki: do Yennefer.
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.