👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom III · Krew elfów

Rozdział 4 Rozdział czwarty

Rozdział 4 z 5 w tomie·23/24 w sadze·~15 min czytania
Tom III · rozdz. 4/5
23/24 w sadze

Nieszczęście czeka na podróżnych jak jastrząb i uderza w najgorszym możliwym momencie. Geralt, Triss i Ciri zdążyli już minąć nieliczne osady nad Gwenllech i Górną Buiną, ominęli Ard Carraigh i zagłębili się w bezludny, pocięty wąwozami przedsionek puszczy, gdy Triss rozchorowała się gwałtownie. To, co z początku wygląda na zwykły rozstrój żołądka, w kilka godzin zwala czarodziejkę z konia. Geralt otwiera szkatułkę z jej magicznymi eliksirami, ale Triss jęczy, że żadnego wziąć nie może, bo od zawsze jest na eliksiry uczulona. Innych leczy nimi bez przeszkód, siebie może leczyć wyłącznie amuletami, a swój amulet zostawiła w Kaer Morhen albo zgubiła po drodze. Zaklęcia też zawodzą, bo skurcze nie pozwalają jej się skoncentrować. Wiedźmin podaje jej więc zwykłe zioła uśmierzające, w których magii jest tyle, co kot napłakał. Triss, na wpół przytomna, każe im myć ręce, bo boi się, że to czerwonka albo paratyfus. Wkrótce zaczyna dygotać w konwulsjach i płonąć gorączką, a Geralt przestaje się łudzić, że to tylko reakcja na śladową magię jego wiedźmińskich ziół.

Najbliższa strażnica przy moście, zwykle obsadzona trzema żołnierzami, roi się od wojska w barwach Kaedwen. Setnik Unist wita podróżnych złą nowiną, bo poprzedniej nocy strażnicę napadnięto i odsiecz zdążyła w ostatniej chwili. Na podwórzu leżą ranni, a pod workowym płótnem sześć ciał, dwóch ludzi z miejscowej stróży, dwóch żołnierzy i dwa elfy. Geralt słyszy po raz pierwszy nazwę Scoia'tael, po naszemu Wiewiórki. Jedni mówią, że noszą wiewiórcze ogony przy kołpakach, inni, że mieszkają po borach i karmią się orzeszkami; pewne jest, że utrapienie z leśnych band rośnie.

W chacie mytnika trwa kłótnia. Krótko ostrzyżony rycerz w żółtej tunice zakazuje komukolwiek ruszać się ze strażnicy, dopóki nie wrócą podjazdy, choć włodarz wiezie powód wołów i musi za dwa dni być w Daevon. Rycerz zna nazwisko Geralta z dobrych ust, ale nowin ma tylko złe. W okolicy trwa obława na komando Scoia'tael, z którym ścięto się wczoraj. Z rozmowy wyłania się obraz tej wojny. Pierwsze bandy pojawiły się dwa lata temu, ledwo wybuchła wojna z Nilfgaardem: elfia młodzież uznała wtedy, że Nilfgaard zmiażdży ludzkie królestwa, i pod hasłem powrotu dawnych porządków zaczęła na tyłach wojnę podjazdową. Ludzi do morza, tak brzmi ich zawołanie. Rycerz przekonuje, że Nilfgaard Wiewiórkom płaci, dzikie elfy z gór dostarczają im broń, a prawdziwe oparcie mają w nieludziach żyjących wśród ludzi. Kupiec o szlachetnych rysach oponuje: większość nieludzi potępia Wiewiórki i płaci za lojalność wysoką cenę, jak burgrabia z Ban Ard, półelf zabity skrytobójczą strzałą za nawoływanie do pokoju. Poraniony mytnik dorzuca swoje, bo zbójom szło o łup, a elfom idzie o ludzką krew; od ich strzał giną drwale na wyrębach i chłopi z podpalanych siół, którzy z nieludźmi żyli po sąsiedzku. Rycerz kończy program krótko. Wziąć za kark wszystkich nieludzi, z miast i z wiosek, do kopalń i ogrodzonych obozów, kobiety i dzieci też, bo zawieszenie broni z Nilfgaardem jest kruche jak skorupka jajka, a po przegranej wojnie lojalni natychmiast dołączą do band. Albo oni, albo my, trzeciej drogi nie ma. Przysłuchuje się temu niezauważona Ciri, która bezszelestnie stanęła za plecami wiedźmina, a jej spojrzenie, gdy chce, przypomina spojrzenie babki, królowej Calanthe.

Chorej Triss strażnica pomóc nie umie, a rycerz nie może ryzykować epidemii wśród wojska. Radzi za to Geraltowi dogonić karawanę, którą przepuścił przez most: dziwny konwój jednakowych, zakrytych wozów, zbyt porządny jak na kupców, idący szlakiem na południe, ku brodom na Likseli. Nocą wiedźmin dogania biwakujące wozy i ku swojemu zaskoczeniu poznaje w dowódcy eskorty starego znajomego. To Yarpen Zigrin, krasnolud znany mu z łowów na złotego smoka, a przy ognisku siedzą jego brodaci „chłopcy": Yannick Brass, Xavier Moran oraz bracia Paulie i Regan Dahlbergowie. Szósty z dawnej kompanii, Lucas Corto, ożenił się, osiadł w Mahakamie i odpadł od drużyny. Konwojem komenderuje jednak kto inny: Vilfrid Wenck, komisarz w służbie króla Henselta z Ard Carraigh, człowiek o ruchach zawodowego żołnierza, choć nosi prosty strój komornika. Yarpen nie waha się ani chwili. Każe siodłać konie i brać płachtę z żerdziami, a na chrząknięcie Wencka odpowiada twardo, że na szlaku nie odmawia się pomocy.

Przy ognisku krasnolud własnoręcznie kręci lekarstwo według receptury swojej babki, gałki ze spleśniałego chleba obtaczane w miażdżonym czosnku z gorzką solą. Ciri pomaga mu je ugniatać, krzywiąc się od smrodu, i przy okazji ucina sobie z Yarpenem pierwszą utarczkę słowną, bo na pytanie „jak cię zwą, gąsko" odpowiada hardo „Inaczej". Rozbrojony krasnolud przeprasza szlachetną pannę, a między tą dwójką zaczyna się przyjaźń, przypieczętowana wspomnieniami o babkach, które biły wnuki czym popadło. Obrzydliwe gałki, ku zdumieniu Ciri, Triss łyka z miną męczennicy i przyznaje, że taki lek naprawdę powinien pomóc. Na osobności Geralt pyta wprost, co to za konwój. Yarpen z kamienną twarzą recytuje, że wiozą solone ryby, paszę i uprząż dla wojska, a Wenck jest kwatermistrzem. Wiedźmin kwituje, że taki z Wencka kwatermistrz, jak z niego druid, ale w cudze tajemnice nosa nie wtyka; prosi tylko o miejsce na wozie dla chorej, bo do Likseli dziesięć dni drogi, a Triss potrzebuje ciepła i odpoczynku. Pada też pytanie, kim właściwie jest dla niego ta czarodziejka, zbyte wzruszeniem ramion, i drugie, o dziewczynkę. Na nie Geralt odpowiada bez namysłu, że Ciri jest jego.

O szarym świcie Wenck wyraża zgodę, choć rozmowa z nim wymaga przywyknięcia do długich pauz między zdaniami. Odpowiada głową za to, by transport dotarł na miejsce bezpiecznie i w terminie, więc proponuje układ: król Henselt dał mu prawo zaciągania ochotników, a wiedźmin w eskorcie rozwiązałby problem chorej. Geralt stawia sprawę jasno. Za pomoc dla Triss odwdzięczy się pracą, może oporządzać konie, nosić wodę i drwa, nawet gotować, ale do królewskiej służby w charakterze najemnego żołdaka nie wstąpi. Nie zamierza zabijać „niedobrych stworzeń" na rozkaz innych stworzeń, których wcale nie uważa za lepsze. Yarpen syczy na tę przemowę, ale Wenck przyjmuje odmowę spokojnie, bo lubi jasne sytuacje, a biorąc panią Merigold na wóz, bierze też odpowiedzialność za jej zdrowie. Podziękowanie wiedźmina i skinienie komisarza są odrobinę głębsze, niż wymagałaby zdawkowa uprzejmość.

Konwój toczy się przez lasy, a Triss śpi na czołowym wozie pod opieką Ciri. Geralt i Yarpen na koźle rozprawiają przy antałku piwa o polityce, o planach króla Henselta i o sekretnej pomocy dla zagrożonego wojną sąsiada, króla Demawenda z Aedirn. Na drwinę, w jaki sposób pięć wozów solonych ryb zwiększy obronność Aedirn, krasnolud odpowiada z powagą, że niektóre gatunki ryb są tak cenne, że kilka wozów opłaci roczny żołd chorągwi pancernej. Wspominają też dawne łowy na złotego smoka, który zamiast dać się złowić, porachował łowcom kości, a szewca Kozojeda po prostu zjadł. Yarpen dopytuje o Yennefer i żali się, że czarodziejka wciąż żywi do niego urazę: na jarmarku w Gors Velen parsknęła na jego widok jak kocica, obraziła jego nieboszczkę mamę i obiecała, że kiedyś sprawi, iż wyrośnie mu trawa z zadka. Majacząca przez sen Triss każe jakiemuś Kevynowi trzymać ręce przy sobie, oznajmia, że przeznaczenia nie da się uniknąć, i konkluduje, że wszyscy są w jakimś stopniu mutantami.

Sielanka kończy się kłótnią. Geralt ostrzega po przyjacielsku, że tych, którzy siedzą okrakiem na palisadzie, nienawidzą obie strony, i Yarpen wybucha. Nie siedzi okrakiem, zadeklarował się jednoznacznie po jednej ze stron; niech wiedźmin powie wprost, że ma go za zdrajcę i psa na ludzkiej smyczy, gotowego za garść srebra dać się poszczuć na pobratymców walczących o wolność. Geralt niczego takiego nie mówi, tłumaczy tylko, że chce zachować neutralność, na co krasnolud krzyczy, że neutralności zachować się nie da, i wygania go z wozu. Chwilę później omal nie najeżdża zaprzęgiem na tarasujący drogę pniak, przed którym w ostatniej chwili ostrzega go Ciri. Dziewczynka pakuje się na kozioł, dostaje lekcję trzymania lejców i zadaje pytania, na które nikt nie ma dobrych odpowiedzi. Yarpen tłumaczy jej po swojemu, że Scoia'tael to smarkateria, gówniarze, którzy nie rozumieją, że ich podpuszczono: hasło o wolności podsunęli im nilfgaardzcy emisariusze i jest ono obliczone nie na zapał elfiej młodzieży, lecz na wzbudzenie ludzkiej nienawiści. Opowiada też historię świata z krasnoludzkiej perspektywy. Pierwsze w tej części świata były gnomy, potem krasnoludy, a elfy przypłynęły na białych okrętach dobre tysiąc lat przed ludźmi i też są tu przybłędami, choć dziś, wobec ludzkiej nawały, nagle prawią o pobratymstwie Starszych Ludów. Nikt zaś nie wie, co leży za Ognistymi Górami i Wielkim Morzem, choć elfy chwalą się, że wiedzą wszystko. Światem włada ten, kto sprawniej rozłupuje czaszki i szybciej się mnoży, a z ludźmi w jednym i drugim konkurować trudno. Wykład ucina Geralt, upominając krasnoluda za dobór słów, ale Triss, która od dawna nie śpi, prosi z głębi wozu, by jej ciekawej konwersacji nie przerywano.

Na biwakach karawana żyje swoim rytmem. Krasnoludy pieką ustrzelonego przez Xaviera zająca, kręcą nosem na kaszę i suszone mięso, a gdy Ciri wypatrzyła w strumieniu „chore ryby w czarne i czerwone plamy", Paulie z rykiem „pstrągi!" pędzi całą piątkę robić sak z portek Regana. Ciri nosi wodę do mycia dla Triss i słucha krasnoludzkich teorii, że częste mycie szkodzi, bo stary Schrader umarł wkrótce po tym, jak żona kazała mu się umyć. Geralt i Ciri nabrali wprawy w pielęgnacji: on trzyma osłabioną czarodziejkę, mała ją myje, wyciera i czesze. Ciri zaczyna jednak drażnić, że Triss tuli się do wiedźmina mocniej, niż wymaga tego choroba. Pewnego wieczoru czarodziejka, łkając, wyznaje Geraltowi, jak żałuje tego, co było między nimi; gdyby zdarzyło się teraz, byłoby zupełnie inaczej. Mówi wprost, że zazdrości mu Yennefer. Odesłana z wozu Ciri wpada na Yarpena, który podsłuchał to samo i daje jej radę na przyszłość: jeśli ktoś zadziwi ją współczuciem i poświęceniem, ma to cenić, ale nie mylić z czymś innym.

Tego samego wieczoru Ciri zadaje krasnoludowi pytanie, które nie daje jej spokoju. Kto ma słuszność, Wiewiórki czy wy? Yarpen odpowiada z wysiłkiem, że nie pojadł wszystkich rozumów i robi to, co uważa za dobre. Wiewiórki złapały za broń, choć nawet ich chwytne hasełko wymyślili im obcy; on to zrozumiał, więc ma ich walkę za zbrodniczą głupotę, choć może za kilka lat to jego okrzykną zdrajcą, a ich bohaterami. Wspomina imię Elireny i mówi rzecz, którą Ciri zapamięta: jeśli to, co zrobiła Elirena, nazywa się bohaterstwem, to on woli być tchórzem. Trzeba żyć tak, by później nie musieć nikogo prosić o wybaczenie. Krasnoludy, gnomy i niziołki od ponad stu lat pracują na wspólne życie z ludźmi i tej pracy nie wolno zmarnować. Ciri odpowiada prosto, że przecież wcale się nie różnią: myślą i czują tak samo, jedzą z jednego kociołka, oboje mieli babki. Jej babkę zabili Nilfgaardczycy w Cintrze. Babkę Yarpena zabili ludzie, w Brugge, w czasie pogromu.

Na szlaku zatrzymuje ich patrol lekkiej jazdy z Ban Gleán, zwanej Burą Chorągwią. Dowodzący nim dziesiętnik Zyvik nie daje wiary ani deklaracjom, ani pokazanemu przez Wencka pierścieniowi, bo po drogach nie brakuje łotrów sprzedających niewolnych Nilfgaardowi. Kontrola wozów przebiega jednak osobliwie. Nad leżącą pod płachtą Triss czarodziejka wykonuje dłonią krótki, zawiły gest i pyta cichutko, jak żołnierz może o nią pytać, skoro wcale jej nie widzi; Zyvik mruga, wzdryga się i z przekonaniem oznajmia, że na wozie są solone ryby. Zagadnięta Ciri odpowiada bezczelnie „suszone grzyby". Przed odjazdem dziesiętnik ostrzega: dwa dni temu silne komando Scoia'tael wyrżnęło w pień konny patrol przy Borsuczym Jarze, a łowić elfa w lesie to jakby łowić wiatr. Yarpen klnie, że czuje na plecach cudzy wzrok, jakby ktoś już mierzył mu z łuku w krzyże, i przekonuje, że konwój nie może dłużej jechać na oślep. Trzeba wiedzieć, co jest przed nimi.

Tak Ciri zostaje strażą przednią. Prawie trzynastoletnia, z szybkim kasztankiem i ostrym mieczem na plecach, wyrywa się w galop przed kolumnę, szczęśliwa, że nikt jej nie strofuje, i pilnie notuje w pamięci stan drogi: powalone brzózki, kupa gałęzi, rozmyta rozpadlina, wielka polana dobra na popas. Z wysokiego wzgórza nad wąwozem rozgląda się po okolicy i rozmyśla o tym wszystkim, czego nie umie poskładać. Pamięta zwłoki elfa ze strażnicy, z nieludzko drobnymi białymi zębami i sznurowanymi butami. Pamięta też, choć bardzo chciałaby zapomnieć, rzeź Cintry i czarnego rycerza w skrzydlatym hełmie, tułaczkę, głód i ból, a z Zarzecza osmalone kominy, kota liżącego oparzelinę przy studni i wiadro pełne krwi. Wiedźmin, myśli, ma bronić ludzi przed każdym złem, a ona widziała na Zarzeczu, czym jest zło. Postanawia twardo: będzie wiedźminką i będzie bronić bezbronnych, takich jak ci z Sodden i Zarzecza. Nigdy nie będzie neutralna ani obojętna. W tej samej chwili instynkt każe jej paść na ziemię i wczołgać się pod jałowiec. Przeciwległą granią przechodzi bezszelestnie, gęsiego, liczne komando Scoia'tael, pół pieszo, pół konno; znikają w kniei jak duchy, bez tupnięcia kopyta i brzęku broni. Gdy las się uspokaja, Ciri wstaje prosto w ramiona Geralta, który widział to samo. Wiedźmin każe jej milczeć przed wszystkimi, także przed Yarpenem i Wenckiem. Jutro odłączą się od konwoju, bo Triss jest już prawie zdrowa. Wyjaśnia też, dlaczego transport złota i srebra, sekretną pomoc Henselta dla Aedirn, eskortują akurat krasnoludy: on sam już wczoraj widział elfa obserwującego ich z drzewa i słyszał, jak nocą przechodzili obok obozu. Scoia'tael krasnoludów nie zaatakują.

Zamiast wracać na trakt, Geralt prowadzi Ciri w knieję i pokazuje jej Shaerrawedd. Wśród drzew piętrzą się ociosane bloki granitu i marmuru, złamane kolumny, arkady i fryzy oplecione bluszczem: ruiny elfiego pałacu, bo elfy nie budowały zamków. Nie zniszczyli go ludzie. Elfy zniszczyły go same, odchodząc po drugim starciu z ludźmi ponad dwieście lat temu, gdy zrozumiały, że tu nie wrócą. Wcześniej, wycofując się, zostawiały swoje miasta nietknięte, a ludzie budowali na elfich fundamentach; tak powstały Novigrad, Oxenfurt, Wyzima, Tretogor, Maribor, Cidaris, a także Cintra. Starszyzna elfów chciała wtedy przeczekać ludzi jak suszę albo plagę szarańczy, ukryta w dzikich górach, bo elfy są długowieczne i wydawało im się, że mają czas. Ale Aelirenn, przez ludzi i krasnoludów zwana Elireną, poderwała wbrew starszyźnie całą elfią młodzież na ostatni, rozpaczliwy bój. Zmasakrowano ich bezlitośnie, a ginęli z jej imieniem na ustach, godnie i z honorem, tak jak obiecała. Ocalili honor i zgubili własny lud, bo u elfów tylko młodzież jest płodna i tylko ona mogła mieć potomstwo. Przy dawnej fontannie, w sercu pałacu, z rumowiska wyrasta wielki krzak róż o dziesiątkach białoliliowych kwiatów, oplatający kamienną płytę ze smutną, urodziwą twarzą wykutej w marmurze elfki. To były jej kwiaty; kwitną tu cały rok, choć powinny dawno zdziczeć. Do Shaerrawedd wciąż przychodzą elfy, jedne zapalczywe, dla których symbolem jest spękany kamień, i te rozumne, dla których symbolem są wiecznie odradzające się kwiaty. Geralt tłumaczy: nie wolno dopuścić, by elfia i krasnoludzka młodzież znów dała się zmasakrować, i ani jemu, ani Ciri nie wolno przyłożyć do tego ręki. Być neutralnym nie znaczy być obojętnym i nieczułym. Nie trzeba zabijać w sobie uczuć, wystarczy zabić nienawiść. Ciri rozumie i prosi o jedną różę na pamiątkę.

Wpinając kwiat pod sznurowania kubraczka, dziewczynka kłuje się w palec. Patrzy na krew wypełniającą linię życia jej dłoni i nagle, nieswoim głosem, zaczyna wymieniać imiona: Yarpen, Wenck, Paulie, Triss. Krzyczy przenikliwie, że oni umierają, i żąda koni. Galopują z powrotem co koń wyskoczy, a naprzeciw nich pędzą już oszalałe konie z ułamanym dyszlem i słychać wrzask oraz swąd dymu. Karawana płonie, ostrzelana zapalonymi strzałami, a Scoia'tael właśnie rzucili się do ataku.

Ciri, głucha na krzyki Geralta, pędzi wprost na łuczników, ku przewróconemu wozowi Yarpena, u którego stóp leży nieruchoma Triss. Gdy strzała trafia kasztanka, dziewczynka skacze z siodła na pudło przewróconego furgonu i dalej na ziemię, po czym wlecze ciężką, półprzytomną czarodziejkę pod wóz; Triss przy upadku z wozu uderzyła się w głowę. Wokół kipi bitwa. Yarpen wiruje z toporem między dwoma konnymi elfami, Regan na rozkaz „kołem, dookoła!" gna zaprzęgiem po ciasnym kręgu, tworząc z płonącego wozu ruchomą zaporę wokół rannej, a Yarpen nadziakiem zdejmuje z siodła ścigającego go Wiewiórkę. Yannick Brass odcina się dwóm elfom z kozła rozpędzonego, płonącego furgonu; zeskakuje na rozkaz Yarpena, ale trafia wprost pod konia trzeciego Scoia'tael i ginie od cięcia mieczem. Wenck z dwiema strzałami w ciele walczy dalej i wraz z Geraltem zmiata z siodeł elfów przy zaprzęgach. Paulie Dahlberg, odciągając rannego komisarza, staje nagle oko w oko z Wiewiórką-krasnoludem, czarnobrodym, z brodą zaplecioną w dwa warkocze. Paulie na widok pobratymca waha się. Czarnobrody nie waha się ani sekundy i rozrąbuje mu obojczyk toporem. Ciri wrzeszczy. Yarpen zeskakuje z wozu i straszliwym ciosem od dołu zabija czarnobrodego.

Wtedy za plecami Ciri wyrasta śmierć. Piękna, długonoga elfka tnie mieczem; dziewczynka wychwytuje cios ukośną paradą wyuczoną w Kaer Morhen, ale impet ciska nią o pudło wozu i wytrąca jej broń. Elfka unosi miecz do ostatniego ciosu i nagle nieruchomieje, bo jej wzrok pada na białą różę przypiętą do kubraczka Ciri. Krzyczy „Aelirenn!", jakby chciała krzykiem przełamać wahanie, lecz nie zdąża. Geralt odpycha Ciri i rozcina elfkę mieczem przez pierś; krew bryzga na twarz dziewczynki i czerwonymi plamkami znaczy białe płatki róży. Umierająca elfka osuwa się na klęczki i z rozpaczliwym, przeciągłym krzykiem „Shaerrawedd!" pada na twarz.

Bitwę kończy odsiecz wojska z Ban Gleán. Ciri budzi się z odrętwienia przy klęczącym nad nią Geralcie i mówi mu cicho, że nie był neutralny. Nie był; ale ona żyje i Triss żyje. Dookoła leżą rozbite skrzynie i beczki konwoju, a z nich wysypują się zwykłe, szare polne kamienie. Sekretna, niezwykle ważna pomoc dla Demawenda okazuje się pułapką, i to wcale nie na Wiewiórki, jak wycedza przez zęby Yarpen. Zabitych układają w jednym szeregu, elfy, ludzi i krasnoludów obok siebie: jest wśród nich Yannick Brass, ciemnowłosa elfka w wysokich butach, czarnobrody i Paulie Dahlberg, nad którym szlocha Regan, pytając, co powie matce. Nieopodal umiera Wenck. Triss, na nogach mimo rozbitej głowy, zrobiła, co mogła, ale Scoia'tael strzelali strzałami o grocie rozpadającym się w ranie na cztery haczykowate igły. Ostatkiem sił komisarz melduje dowódcy odsieczy, rycerzowi Fredegardowi, że wszyscy się mylili i że niesłusznie posądzali: Yarpen nie zdradził, on za niego ręczy. Fredegard tłumaczy się nad ciałami, że to była wojna i rozkaz, że musieli mieć pewność, i szepcze „wybaczcie". Yarpen patrzy na zabitych i pyta z goryczą, co ludzie z nimi zrobili; co zrobili z nich, krasnoludów. Nikt mu nie odpowiada. Geralt odpina od kubraczka Ciri białą różę upstrzoną ciemnymi plamkami i bez słowa kładzie ją na ciele elfki. Ciri żegna Różę z Shaerrawedd, a wiedźmin dopowiada za nią ostatnie słowa: i wybacz nam.

Stary elfi uczony wspomina lud, który w nowym, odrodzonym świecie odnajdywał nazwy dla wszystkiego, od smoków i gryfów po białe jednorożce, i tylko dla obcości istot tak bardzo do siebie podobnych długo nie umiał znaleźć imienia. Ludzki marszałek ujął rzecz krócej. Dobry elf to dla niego elf martwy.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.