👁 Czytasz bez zakładki — widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom I · Ostatnie życzenie

Rozdział 5 Głos rozsądku 3

Rozdział 5 z 13 w tomie·5/13 w sadze·~4 min czytania

Do świątyni Melitele przyjeżdżają dwaj rycerze w zbrojach i karminowych płaszczach ze znakiem Białej Róży na lewym ramieniu: starszy Falwick, hrabia Moen, i młodszy Tailles z Dorndal. Geralt dziwi się na ich widok, bo w okolicy nie ma żadnej komandorii tego zakonu. Zagadkę rozwiązuje Nenneke, przyjmująca gości z pozorną swobodą, rozparta w fotelu przypominającym tron: kapituła zakonu Białej Róży zabiega właśnie u władającego tymi ziemiami diuka Herewarda o nadania — dlatego wielu rycerzy Róży wstąpiło na książęcą służbę, a niemało miejscowych, jak obecny tu Tailles, złożyło śluby i przyjęło czerwony płaszcz. Tailles z wrogością w jasnych, niebieskich oczach poprawia kapłankę, że Hereward to „książę", nie „diuk" — na co Nenneke drwi, że za jej czasów księciem tytułowano wyłącznie ludzi królewskiej krwi. Cel wizyty wykłada bez ogródek sama, zanim zdążą to zrobić rycerze: przyjechali wypędzić Geralta z tych ziem. Ona nie uważa tego za zaszczyt dla gościa, lecz za obelgę.

Geralt wzrusza ramionami: rycerze trudzili się bez powodu, bo on i tak zamierza niebawem wyjechać, bez dodatkowych ponagleń. Taillesowi to nie wystarcza — żąda wyjazdu natychmiast, z rozkazu księcia. Wtedy Nenneke ucina zimno: na terenie świątyni rozkazy wydaje ona, a z polityką Herewarda liczy się tylko o tyle, o ile ta polityka jest logiczna — Geralt z Rivii jest jej gościem i pozostanie w świątyni tak długo, jak zechce. Młody rycerz krzyczy o czelności wobec władzy, pręży zdobiony mosiądzem napierśnik i chwali się dwunastoma żołnierzami czekającymi na podwórcu. Kapłanka w odpowiedzi wyjmuje z mieszka przy pasku nieduży porcelanowy słoiczek i głośno się zastanawia, co też się stanie, jeśli rozbije mu to naczynie pod nogami: może pękną mu płuca, może porośnie sierścią — a może jedno i drugie, to wie chyba tylko Melitele. Żołnierzom zaś przypomina groźbę zupełnie przyziemną: jeśli którykolwiek z nich tknie kapłankę Melitele, zawiśnie na akacjach wzdłuż drogi do miasta, nim słońce dotknie horyzontu — i oni wiedzą o tym doskonale. Na koniec odbiera smarkaczowi resztę animuszu jednym zdaniem: odbierała jego poród i żal jej jego matki.

Znudzony całą awanturą Geralt próbuje ugody z Falwickiem, który wygląda mu na bardziej zrównoważonego: zaręcza, że opuści okolicę za kilka dni i że nie zamierza tu przyjmować żadnych zleceń — jest w świątyni osobą prywatną, nie wiedźminem. I wtedy popełnia pomyłkę: patrzy rycerzowi w oczy i widzi w nich czystą, niczym nieskażoną nienawiść. Rozumie w tej chwili, że to wcale nie Hereward go przepędza, lecz Falwick i jemu podobni. Hrabia odpowiada grzecznie, spokojnie i logicznie — a Geralt wie, że łże jak pies: książę nie będzie tolerował wiedźmina w swych włościach, bo wiedźmin osobą prywatną nie bywa i przyciąga kłopoty jak magnes opiłki; czarodzieje piszą już petycje, a druidzi wręcz grożą. Gdy Nenneke pyta kpiąco, od kiedy to Herewarda obchodzi zdanie czarodziejów i druidów, Falwick odsłania karty do końca: ani książę, ani kapituła zakonu nie życzą sobie ani jednego dnia dłużej tolerować w Ellander wiedźmina Geralta z Rivii, znanego jako Rzeźnik z Blaviken. Skąd ten przydomek — rozdział nie wyjaśnia ani słowem; nikt też o to nie pyta. Nenneke zrywa się z fotela: tu nie Ellander, tu świątynia Melitele — i to ona, główna kapłanka, nie życzy sobie ani chwili dłużej obecności obu panów.

Konflikt gasi sam Geralt — ustępstwem. Prosi Falwicka, by posłuchał głosu rozsądku: wyjedzie najdalej za trzy dni i o więcej nie prosi. Nenneke natychmiast przechwytuje inicjatywę i zamienia ustępstwo w upokorzenie posłów: wiedźmin zostanie trzy dni, bo taka jest jego zachcianka, a ona będzie mu udzielać gościny, bo taka jest jej zachcianka. Wiadomość każe przekazać nie Herewardowi, lecz jego małżonce Ermelli — z dopiskiem, że jeśli szlachetnej pani zależy na nieprzerwanych dostawach afrodyzjaków ze świątynnej apteki, niech uspokoi humory i fanaberie swojego diuka, coraz bardziej przypominające objawy zidiocenia. Tailles wybucha łamiącym się w falset głosem: nie będzie słuchał, jak „szarlatanka" znieważa jego seniora — niedługo zakon Białej Róży zaprowadzi tu rządy i skończy z gniazdami ciemnoty i zabobonu. Geralt, uśmiechając się paskudnie, radzi mu pohamować język wobec kobiety, której należy się szacunek — i wbija szpilę w sam zakon: rycerzem Róży można ostatnio zostać, wpłacając do skarbca kapituły tysiąc novigradzkich koron, toteż zrobił się on pełen synów lichwiarzy i krawców. Tailles drżącymi rękami ciska wiedźminowi pod nogi żelazną rękawicę i wyzywa „odmieńca" na udeptaną ziemię. Geralt rękawicy nie podnosi i wyzwania nie przyjmuje — zapowiada za to Falwickowi rzeczowo, że jeśli chłopak dobędzie miecza, on mu ten miecz odbierze, opłazuje nim gówniarza po tyłku, a potem wybije nim drzwi. Puentuje Nenneke, spokojnie: „Coś ci upadło, synku. Podnieś to — tu nie wolno śmiecić, tu jest świątynia". Falwickowi każe zabrać durnia i zapowiedzieć Herewardowi list — posłańcy nie wyglądają jej na godnych zaufania. Odjeżdżając, hrabia obiecuje, że to nie była ich ostatnia wizyta. „Tego się właśnie obawiałam" — odpowiada zimno kapłanka.

Tu nie Ellander, tu świątynia Melitele — a na terenie świątyni rozkazy wydaje Nenneke: jej gość zostanie tak długo, jak zechce.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto — notatki są prywatne i wracają przy powtórce.