👁 Czytasz bez zakładki — widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom I · Ostatnie życzenie

Rozdział 7 Głos rozsądku 4

Rozdział 7 z 13 w tomie·7/13 w sadze·~5 min czytania

Cała ta część ramy jest monologiem: Geralt mówi, a Iola — związana ślubem milczenia — tylko słucha, więc jej pytania i reakcje znamy wyłącznie z tego, jak wiedźmin na nie odpowiada. Geralt przyszedł do najdalszego zakątka świątynnego parku ćwiczyć z mieczem: chce wypalić z mięśni „paskudne, wredne drętwienie" i krążące w nim zimno. Tam odnajduje go Iola — zabawne, bo to on przez ostatnie dni rozglądał się za nią po świątyni. Prosi ją, by usiadła: potrzebuje tej rozmowy. Od milczenia zaczyna. Mówią, że milczenie jest złotem — on nie wie, czy jest aż tyle warte, ale wie, że ma swoją cenę, którą trzeba płacić. Ioli jest łatwiej: ona milczy z wyboru, uczyniła z milczenia ofiarę dla swojej bogini. Geralt nie wierzy w Melitele ani w żadnych innych bogów, ale wybór Ioli ceni i szanuje — bo jej wiara może ją uczynić lepszą istotą, a jego niewiara nie może nic. Na domyślne pytanie, w co w takim razie wierzy, odpowiada: w miecz. Przy okazji rozbraja obiegowy mit o wiedźmińskim orężu. Nieżyczliwi mawiają, że srebrny miecz jest na potwory, a żelazny na ludzi — to nieprawda: są potwory, które można ugodzić wyłącznie srebrem, ale są i takie, dla których zabójcze jest tylko żelazo, i to nie byle jakie, lecz pochodzące z meteorytu, czyli — tłumaczy Ioli — ze spadającej gwiazdy. Pozwala dziewczynie wziąć miecz do ręki (jest tak lekki, że i ona unosi go bez trudu), ostrzega tylko przed dotykaniem ostrza, ostrzejszego niż brzytwa.

Potem przedstawia się — inaczej niż komukolwiek dotąd. Zaczyna „Geralt z..." — i urywa, odcinając rodowe „z Rivii". Tylko Geralt. Geralt znikąd. Jego dom to Kaer Morhen, Wiedźmińskie Siedliszcze — warownia, z której niewiele zostało. Tam „produkowało się" takich jak on, ale już się tego nie robi i w Kaer Morhen nikt już nie mieszka. Nikt oprócz Vesemira. Vesemir jest jego ojcem — nie prawdziwym, ale co z tego: prawdziwego ojca Geralt nie znał, matki też nie, nie wie nawet, czy żyją, i niewiele go to obchodzi. W Kaer Morhen przeszedł zwykłą wiedźmińską mutację: Próbę Traw, a potem hormony, zioła i zakażanie wirusami — od nowa i jeszcze raz, do skutku. Zmiany zniósł podobno nad podziw dobrze, chorował krótko — uznano go więc za wyjątkowo odpornego gówniarza i wybrano do dalszych, bardziej skomplikowanych eksperymentów. Z tymi było znacznie gorzej. Przeżył jako jedyny ze wszystkich wybranych. Od tamtego czasu ma białe włosy: pełny zanik pigmentu, skutek uboczny. Potem długo go uczono, aż wreszcie opuścił Kaer Morhen i ruszył na szlak — z medalionem Szkoły Wilka na szyi, z dwoma mieczami i z wiarą, że jest potrzebny: świat miał być przecież pełen potworów, a jego zadaniem było chronić ludzi.

Opowieść o pierwszym potworze wywraca tę wiarę na nice. Pierwszy potwór Geralta był łysy, miał wyjątkowo brzydkie, popsute zęby — i był człowiekiem: maruderem z jakiejś armii, który z koleżkami zatrzymał na gościńcu chłopski wóz i wywlekał z niego może trzynastoletnią dziewczynkę, wrzeszcząc, że czas, by poznała prawdziwego mężczyznę. Geralt — choć w Kaer Morhen wbijano mu do głowy, żeby w takie zajścia się nie mieszać i nie bawić się w błędnego rycerza — wmieszał się, nim ujechał pięćdziesiąt mil od podnóża gór. Zabił łysego dwoma mało czystymi, ale bardzo widowiskowymi cięciami. Zrobił to — przyznaje uczciwie — bo chciał, żeby uratowana dziewczyna całowała go po rękach, a jej ojciec dziękował mu na kolanach. Zamiast tego ojciec uciekł razem z maruderami, a dziewczynka, opryskana krwią napastnika, zwymiotowała, dostała histerii i zemdlała ze strachu, gdy wybawca do niej podszedł. Od tamtej pory Geralt wtrącał się w podobne historie bardzo rzadko. Robił swoje: podjeżdżał pod opłotki wsi i palisady grodów i czekał; jeśli pluto na niego i rzucano kamieniami — odjeżdżał; jeśli ktoś wychodził ze zleceniem — wykonywał je. Szukał na rozstajnych słupach orędzi „wiedźmin potrzebny pilnie", a potem było uroczysko, loch albo grota pełna kości — i coś, co żyło tylko po to, by zabijać. Mantikora, wyvern, wilkołak, strzyga, kikimora i dziesiątki innych. I był taniec w ciemnościach, cięcie miecza — i strach i wstręt w oczach tego, kto wręczał mu potem zapłatę.

Błędy popełniał — przyznaje — ale trzymał się zasad. Nie kodeksu: żadnego wiedźmińskiego kodeksu nie ma i nigdy go nie ułożono. Geralt zwykł się nim zasłaniać, bo ludzie lubią i szanują tych, którzy kierują się kodeksami — więc swój po prostu sobie wymyślił. I trzymał się go. Zawsze. Po chwili poprawia się: nie zawsze. Był raz w sytuacji, w której należało powiedzieć sobie „co mnie to obchodzi, jestem wiedźminem" i posłuchać głosu rozsądku, instynktu, doświadczenia — a choćby zwykłego strachu. Nie posłuchał. Myślał, że wybiera mniejsze zło — i wybrał mniejsze zło. Podsumowuje to zdaniem, które spina klamrą dwa poprzednie rozdziały — przydomek rzucony przez rycerza Białej Róży z historią opowiedzianą w Blaviken: „Jestem Geralt z Rivii. Zwany także Rzeźnikiem z Blaviken".

Finał monologu robi się dziwny i urywany — i celowo niedopowiedziany. Gdy Iola próbuje dotknąć jego ręki, Geralt gwałtownie się cofa: dotyk mógłby wyzwolić w niej wizje, a on nie chce, by zobaczyła — i sam nie chce wiedzieć. Zna swoje przeznaczenie, które kręci nim jak wir; przeznaczenie idzie za nim krok w krok, ale on nigdy nie ogląda się za siebie. Potwierdza półgłosem to, co czuje Nenneke: że zaplątany jest w zaciskającą się pętlę. Po raz pierwszy pada przy tym nazwa, która wróci: Cintra. „Co mnie wtedy podkusiło, tam w Cintrze? Jak mogłem tak głupio ryzykować?" — pyta sam siebie i zarzeka się, że do Cintry nie wróci nigdy, że będzie ją omijał jak gniazdo dżumy. Zaraz potem liczy coś w myślach: jeśli liczy dobrze, „ten dzieciak" musiał urodzić się w maju, gdzieś koło święta Belleteyn — a to byłby ciekawy zbieg okoliczności, bo Yennefer też urodziła się w Belleteyn. O jakie dziecko chodzi, co zaszło w Cintrze i kim jest Yennefer — rozdział nie wyjaśnia ani słowem. Zmierzcha. Geralt wstaje, dziękuje Ioli, że zechciała z nim „porozmawiać", i na jej nieme pytanie odpowiada, że nic mu nie jest. Czuje się dobrze. Całkiem dobrze.

Przeznaczenie idzie za wiedźminem krok w krok — ale on nigdy nie ogląda się za siebie.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto — notatki są prywatne i wracają przy powtórce.