Opowiadanie rozwija wspomnienie, na którym urwała się poprzednia część ramy: pierwszą wspólną wyprawę Geralta i Jaskra na kraniec świata. W Górnej Posadzie, osadzie pod górami, Geralt bezskutecznie tłumaczy staroście, czym zajmuje się wiedźmin, i pyta o robotę w okolicy. Zachęceni osadnicy wyliczają całą menażerię „żywiołaków": morę, bladą dziewicę chodzącą o brzasku po chałupach, od której mrą dzieci; chochliki plączące koniom grzywy; wiły, od których człowieka obsypuje krostą; latawicę spijającą krowom mleko; biegającą po lesie głowę na pajęczych nogach; wreszcie groźnego szczupaka, który wyrywa piorącym babom bieliznę z rąk. Przy okazji donoszą też na sąsiadów: stara Naradkowa lata nocą na ożogu, młynarz fałszuje mąkę prochem z żołędzi, a niejaki Duda nazwał królewskiego włodarza złodziejem. O górach na horyzoncie starosta wie jedno: tam leży królestwo elfów ze szczerozłotymi pałacami, a kto tam pójdzie, ten nie wraca. Geralt wysłuchuje wszystkiego spokojnie, wypytuje jeszcze o drogi i topografię terenu — po czym żegna się i odjeżdża.
Jaskier nie rozumie: z tego, co słyszał, wynikałaby robota do zimy, i to bez wytchnienia — czemu więc jadą dalej? Geralt wyjaśnia: nie zarobiłby tu ani szeląga, bo w tym, co opowiadali osadnicy, nie było słowa prawdy. Żaden z wymienionych stworów nie istnieje; z całą pewnością żyją tu jedynie nietoperze. Osadnicy przy tym nie kłamali — oni we wszystko to głęboko wierzą. Na pytanie poety, czemu ludzie wymyślają potwory, których nie ma, i jeszcze w nie wierzą, wiedźmin odpowiada gorzko: ludzie lubią wymyślać potwory i potworności, bo sami sobie wydają się wtedy mniej potworni. Gdy piją na umór, kradną, biją żony i morzą głodem staruszki, lżej im myśleć, że potworniejsza od nich jest mora wchodząca o brzasku do chat — wtedy łatwiej im żyć. Jaskier obiecuje dobrać do tego rymy i ułożyć balladę.
Za linią zalesionych wzgórz otwiera się widok, od którego poecie miękną kolana: równe pola pocięte mozaiką upraw, pośrodku trzy jeziora okrągłe i regularne jak listek koniczyny, w tle zamglona, sina linia gór nad czarną połacią boru. Wszędzie widać ślady gospodarnej ręki — zadbane, obłożone faszyną groble, stawy pełne ptactwa, czółna i zastawione sieci. Podróżnych dogania pusty wóz: powożący nim chłop w kożuchu na gołą skórę przedstawia się jako Pokrzywka. Przysłuchiwał się rozmowie ze starostą, wie, że Geralt to wiedźmin — i w przeciwieństwie do gadających brednie sąsiadów z Górnej Posady ma dla niego prawdziwą, porządną robotę. Jaka — tego na gościńcu nie powie: o interesach źle się gada w drodze, a do jego Dolnej Posady i tak im po drodze. Po drodze objaśnia też urodzaj: rodzi się tu wszystko na potęgę, dlatego mówią na te strony Dolina Kwiatów — dziadowie dzisiejszych osadników posiedlili się tu, „elfów wprzód wyżenąwszy". Jaskier trąca wiedźmina łokciem: elfów wygnali, ale elfiej nazwy Dol Blathanna nie uznali za konieczne zmienić. Z elfami, które mieszkają w górach za miedzą, osadnicy się nie mieszają: oni sobie, my sobie.
W świetlicy, po poczęstunku, sprawę wykłada Dhun — ogromny, ponury starszy Dolnej Posady. Na świeżo zaoranym polu, gdzie osada sadzi konopie, chmiel i len, grasuje… diaboł. Wypytywany przez cierpliwego wiedźmina „po kolei" Dhun odgina po jednym palcu: wygląda — wypisz wymaluj diaboł; wziął się — znikąd („bęc, trzask, prask i patrzym: diaboł"); a przeszkadzać właściwie nie przeszkadza, bywa nawet, że pomaga — użyźnia grunt, tępi krety, płoszy ptaki, dogląda rzepy i buraków, tyle że przy okazji sam żre, co popadnie. Zaraz po tym zapewnieniu z Dhuna wylewa się litania diablich występków: paskudzi w studnię, goni dziewki i grozi im sprośnie, kradnie ziarno i chudobę, ryje doły w grobli (z jednego stawu uciekła cała woda i karpie posnęły), a paląc lulkę w stogu, puścił z dymem całe siano. Podsumowanie brzmi jednak niewzruszenie: „Nie przeszkadza. Psoci jeno". Za usunięcie stwora osada zapłaci, ile trzeba — ale stawia warunek, który Geralt nazywa niecodziennym: diabła nie wolno zabić. Dlaczego — tego kmiecie powiedzieć nie chcą („nie lza i już"). Wiedźmin chce najpierw obejrzeć zwierzynę: diaboł nocami hula po okolicy, a za dnia siedzi w konopiach albo wśród starych wierzb na bagnisku. Po wyjściu gospodarzy Jaskier traci cierpliwość: przecież diabły nie istnieją, co ma znaczyć ten niespodziewany zapał? Geralt przyznaje mu rację — i właśnie dlatego się zgadza: nigdy nie mógł się oprzeć pokusie popatrzenia na coś, co nie istnieje.
Już pod polem widać, że „głupi ten diabeł nie jest": ogromny łan konopi emituje silną aurę antymagiczną, a pyłki chmielowych szyszek działają podobnie — łajdak wybrał sobie kryjówkę, w której większość zaklęć byłaby bezużyteczna. Miecza Geralt nie bierze wcale. Wydeptaną ścieżką docierają z Jaskrem do polanki z dużym płaskim kamieniem: stoją na nim gliniane miseczki, dopalona łojowa świeczka, do placków tłuszczu przykleiły się ziarna kukurydzy i bobu. Wniosek nasuwa się sam — osadnicy składają diabłu ofiary. Wtedy z gęstwiny, becząc groźnie, wyłania się najdziwniejszy stwór, jakiego Geralt widział: nieco ponad sążeń wzrostu, wyłupiaste oczy, kozie rogi i broda, miękkie, żujące usta, od pasa w dół gęsty ciemnorudy włos aż po rozdwojone racice, do tego ogon zakończony pędzlem. Stwór każe im się wynosić, a docinki Jaskra doprowadzają go do furii: skądś spomiędzy konopi na „żartownisiów" spada grad żelaznych kulek calowej średnicy, ciskanych zatrważająco celnie i najwyraźniej z niewyczerpanego zapasu. Poeta obrywa w czoło, kolano i potylicę, wiedźmin w ramię i łopatkę — i obaj salwują się ucieczką, ścigani triumfalnym beczeniem.
Wieczorem, przykładając Jaskrowi schłodzoną podkowę do guza, Geralt bierze kmieci w krzyżowy ogień pytań: pytał przed wyprawą, czy sami czegoś już względem diabła nie próbowali — zełgali, że nie. Skąd więc diaboł ma żelazne kulki? Zawstydzeni Pokrzywka i Dhun przyznają się i pokazują źródło swojej wiedzy: wielką księgę, którą ród Dhuna ma „od niepamiętnych czasów", a w której spisano sposoby na wszystkie potwory, czary i cudactwa, jakie były, są albo będą. Księga pisana jest Pierwszymi Runami — najstarszym pismem, jakiego używano przed nowoczesnym alfabetem. Jaskier, uczony poeta, ocenia zabytek fachowo: takie rzeczy widuje się w bibliotekach świątynnych, nie po wsiach na krańcu świata. Czytać runów nie umie tu nikt. Treść zna na pamięć najstarsza babka w osadzie — „podle obrazka" — a gdy przychodzi jej pora, uczy wszystkiego młodą następczynię; teraz uczy przygarniętej Lille, jasnowłosej, przeraźliwie chudej dziewczyny. Na dowód babka recytuje z pamięci hasła, które babka pokazuje jej w księdze: o turze rogatym, o płanetnikach — i, ku uciesze Jaskra, o „wiedźmaku" (wzywać go niebezpiecznie, wżdy trzeba; nie dotykać, bo można oparszywieć; dziewki przed nim kryć, bo chutliwy; i nie płacić więcej niż srebrny grosz za utopca). Jest i przepis na diabła, zwanego też rokitą albo silvanem: częstować go po kolei orzechami, żelaznymi kulkami, miodem, dziegciem, twarogiem i szarym mydłem, którego łakomy diaboł „nie zdzierży" i sobie pójdzie. Kmiecie doszli w realizacji ledwie do kulek — a że zamiast przepisanej przygarści wsypali diabłu cały wór, sami zafundowali mu, jak grzmi Jaskier, amunicję na dwa lata.
Zostaje sprawa Lille. Geralt zauważa, że dziewczyna — jedyna w izbie — nie spuszcza przed nim wzroku, a jej jasne, wściekle niebieskie oczy przyprawiają go o dreszcz. Zauważa też, że osadnicy gapią się na nią jak na posąg bogini i w lot zgadują jej życzenia. Pyta więc wprost: dlaczego nie poszliście na diabła z kłonicami i widłami? To Lille tego zabroniła, prawda? Dhun wyprasza dziewczynę z babką i przyparty do muru wyznaje: Lille to wieszczka, Mądra — wiejska doradczyni, jakiej chłopi słuchają ślepo, bo na dłuższą metę Mądre zawsze mają słuszność, a jaką trzeba ukrywać, bo panowie tępią „zabobon" — rady Mądrych bywają sprzeczne z polityką włodarzy. Skąd się wzięła — nie wiadomo: zjawiła się znikąd, jak niegdyś obecna babka u poprzedniej; starsi mówią, że babka odradza się tym sposobem jak miesiąc na niebie. Lille nie mówi do nikogo prócz babki, ale wiedźmina „uznała" — inaczej w ogóle nie weszłaby do świetlicy. I to ona nie pozwala skrzywdzić żadnego stworzenia. Geralt stawia sprawę uczciwie: ten diaboł to silvan, stworzenie niezwykle rzadkie i rozumne — jego kodeks zabrania zabijać takie istoty. Kmiecie podchwytują: skoro rozumny, to kradnie ziarno „wedle rozumu" — przecież tyle nie zżre. Niech wiedźmin dowie się, czego diaboł chce, i wygoni go jakimś wiedźmińskim sposobem. Geralt się podejmuje, uprzedzając, że jego pomoc będzie kosztować więcej niż srebrny grosz albo półtorak z przestarzałej księgi.
Pertraktacje z diabłem idą po diablemu. Stwór wynieść się nie zamierza — jemu się tu podoba — a rozstrzygnięcie proponuje przez „współzawodnictwo", bo życie to zawody i wygrywa lepszy: najpierw wyścig do starej wierzby na grobli (której Geralt nie zna), potem grę „kto głośniej huknie" polnym kamieniem (z hukaniem diabła pierwszego i zamkniętymi oczami przeciwnika), wreszcie zagadkę — z warunkami ułożonymi tak, by nie mógł przegrać: kto nie odgadnie, ten się wynosi, a rewanżu nie przewidziano. Zagadka o „różowych listeczkach i pełniutkich strączeczkach" ma jakoby rozwiązanie „kapusta"; Geralt, który odpowiedział „pnący groszek", formalnie przegrywa. Kończy więc zabawę grą własnego pomysłu — „Nie rób drugiemu, co tobie niemiło" — i ciska diabłu między rogi jedną z jego własnych żelaznych kulek. Ogłuszonego stwora łapie za nogę; wywiązuje się długa, kretyńska szamotanina (diabeł kopie z siłą złośliwego muła, pluje jak wielbłąd i wyje), która kończy się pościgiem przez konopie w chmiel. Tam, zamiast wołanego na pomoc Jaskra, na wiedźmina najeżdżają konni: stratowany dwukrotnie, dostaje w potylicę czymś twardym i traci przytomność.
Geralt ocyka się związany, na leśnej ściółce, obok leży spętany Jaskier. Nieopodal trwa rozmowa prowadzona Starszą Mową, w którą wplatają się słowa wspólnego: „kukurydza", „fasola", „rzepak", „len", „trójpolówka". Diaboł — który, jak się okazuje, nosi dźwięczne imię Torque — zdaje sprawę wysokiemu mężczyźnie zwanemu Galarrem i ładuje z nim na konie worki nasion i sadzonek. Gdy Geralt zdoła się obrócić, widzi resztę: Galarr ma granatowoczarne włosy i szpiczaste uszy — to elf, czystej krwi Aén Seidhe, a na skraju polany siedzi ich jeszcze sześcioro, łapczywie pożerając surową rzepę i marchew. Układanka składa się w całość: silvan wypełnia w Dolinie Kwiatów misję — na polecenie elfów kradnie ziarno, sadzonki i wiedzę rolniczą. Elfy w górach głodują, zwłaszcza zimą; o uprawie ziemi nie mają pojęcia, a na naukę od podstaw — jak beczy Torque — nie mają już czasu. Czarnooka elfka Toruviel — ta sama, która rozjechała Geralta koniem i ogłuszyła — znęca się nad związanymi: syczy o „małpoludach", kopie wiedźmina, a gdy słyszy, że Jaskier to muzyk, wyrywa Vanadáinowi jego lutnię i roztrzaskuje ją o pień sosny („na krowim rogu ci grać, dzikusie"). Na widok śmiertelnie pobladłego przyjaciela w Geralcie wzbiera zimna wściekłość: przyciąga wzrokiem pochyloną elfkę, chwyta zębami jej naszyjnik, ściąga ją na siebie i z całej siły uderza czołem w twarz. Od sztyletu Vanadáina ratuje go wrzask Torque'a — i tętent śnieżnobiałego konia, na którym wjeżdża białowłosy elf z opaską wysadzaną szafirami.
Przybysz przedstawia się: Filavandrel aén Fidháil ze Srebrnych Wież, z rodu Feleaornów z Białych Okrętów — „obecnie, wygnany i wyszczuty na kraniec świata, Filavandrel z Krańca Świata". Rozmowa związanego skazańca z władcą wygnańców jest ideowym sercem opowiadania. Filavandrel oskarża: to ludzie nienawidzą wszystkiego, co różni się od nich choćby kształtem uszu; odebrali elfom ich ziemię i Dol Blathanna, wyparli ich w dzikie góry, a świat — który zmieniali siłą — zaczął się do nich w końcu sam dopasowywać. Elfy głodują: słońce świeci inaczej, dawne pożywienie karłowacieje i ginie, a ziemi elfy nigdy nie uprawiały — ziemia rodziła dla nich z miłości, żadna miłość jednak nie trwa wiecznie. Propozycję Geralta, by kupować ziarno i handlować, elf zbywa pogardą: kupcy to forpoczta, dobrze wiadomo, kto przychodzi za nimi. Na propozycję współżycia odpowiada pytaniem: współżyć na waszych warunkach, jako niewolnicy i pariasi, zza murów, którymi się od nas odgradzacie? Geralt odbija: sam różni się od bliźnich i jakoś sobie radzi — bo zmógł w sobie pychę i dumę z inności, zrozumiawszy, że są obroną żałosną. Słońce świeci inaczej i nikt nie jest osią tych zmian; fakty trzeba zaakceptować. I dodaje rzecz, którą elf zapamięta: żal mu Filavandrela. Garstka kradzionego ziarna nie uratuje elfów przed zagładą — ale są długowieczni, więc będą trwać w arogancko wybranej izolacji, coraz mniej liczni i coraz bardziej zgorzkniali, aż w końcu zrozpaczeni młodzieńcy o oczach stuletnich starców zejdą w kwitnące doliny, żeby umrzeć godnie, w walce, a nie na barłogach ze szkorbutu. Filavandrel odpowiada spokojnie: czas pokaże, kto miał rację — i w tym tkwi przewaga długowieczności; wiedźmin tej szansy mieć nie będzie, bo umrze za chwilę. To nie zemsta, lecz konieczność: nikt nie może się dowiedzieć, dla kogo pracuje Torque, a jeńcy widzieli za dużo. Prośbę Geralta o oszczędzenie chociaż Jaskra (o wiedźmina nikt się nie upomni, poetę zechcą pomścić) unieważnia sam Jaskier, wygrażając blady jak śmierć, że w innym razie poderwie przeciw elfom cały świat.
Egzekucję zatrzymują dwie interwencje. Najpierw między łuczników a skazańców wskakuje Torque: umawiał się z Filavandrelem, że jeńcy zostaną wywiezieni w góry i przetrzymani w jaskiniach — mordować na jego ziemi, tuż obok jego osady, elfom nie pozwoli, choćby mieli zabić i jego. Elfy mimo to wyciągają strzały. A potem na polanę wchodzi Lille — i nie jest to już chuda wiejska dziewczyna w zgrzebnej sukience. Przez trawy płynie ku nim promienna, złotowłosa, płomiennooka Królowa Pól, przybrana girlandami kwiatów, kłosów i ziół, z jelonkiem u lewego i wielkim jeżem u prawego boku. Filavandrel wymawia z czcią jej prawdziwe imię — Dana Méadbh — i klęka; za nim, jeden po drugim, klękają wszystkie elfy, ostatnia Toruviel z twarzą w bandażach. Lille nie wydaje najmniejszego dźwięku, ale między nią a Filavandrelem odbywa się wymiana myśli, którą wiedźmin wyraźnie wyczuwa; Torque tymczasem, także zgięty w ukłonie, rozcina jeńcom więzy. Elf prosi jeszcze: chodź z nami, Odwieczna, nie pozbawiaj nas swej miłości — zginiemy bez niej. Lille wolno kręci głową i wskazuje na wschód, w stronę gór. Elfy siodłają konie. Na pożegnanie Toruviel bez słowa wręcza Jaskrowi własną lutnię — wspaniały, kunsztownie intarsjowany instrument — a Filavandrel żegna „dziwnego człowieka": po zastanowieniu przyznaje mu słuszność. Wtedy, gdy było mu elfów żal. „Do zobaczenia wkrótce, w dniu, w którym zejdziemy w doliny, by umierać z godnością. Będziemy się wówczas rozglądać za tobą. Nie zawiedź nas". — „Postaram się".
Opowieść zamyka nocny obóz nad jeziorem. Jaskier nie może się nacieszyć elfią lutnią („to drewno samo śpiewa"), a Torque — który dostał nauczkę i obiecuje na nowych terenach „figlować powściągliwiej" — piska na fujarce z trzcin i żałuje swoich konopi. Geralt odczytuje na głos z wyłudzonej od kmieci księgi hasło o Żywii: Pannie Jasnowłosej, całej we kwiatach, którą prastarzy zwą Danamebi, a Brodaci — Bloëmenmagde. Kędy stąpnie, ziemia kwitnie i rodzi; wszystkie ludy składają jej ofiary w płonnej nadziei, że to ich dziedzinę odwiedzi — ale mędrcy powiadają, że Żywia kocha jedynie ziemię i wszystko, co na niej rośnie i żyje, a ludy znaczą dla niej nie więcej niż najlichszy robak: przeminą, a po nich przyjdą inne plemiona. Ona zaś jest wieczna. Jaskier postanawia, że w balladzie o wyprawie nie wspomni ani o elfach, ani o ich biedzie — nie zabrakłoby mętów chętnych ruszyć w góry, a tego, co nieuchronne, nie trzeba przyspieszać. O treści niemej rozmowy Lille z Filavandrelem Geralt zdradza tylko tyle: mówiła o nadziei — o tym, że wszystko się odnawia i nie przestanie się odnawiać. Czy Dana Méadbh zostanie wśród ludzi w Dol Blathanna? Może — jeżeli ludzie okażą się tego godni. Jeżeli kraniec świata pozostanie krańcem świata i granica będzie respektowana. Balladzie brakuje jeszcze tylko tytułu: „Kraniec świata" poeta odrzuca jako banalny i zasypia, szukając metafory, która nie chce przyjść.
„Ludzie lubią wymyślać potwory i potworności: sami sobie wydają się wtedy mniej potworni — i lżej im się żyje.”
Co warto zapamiętać z tego rozdziału
- Objawienie Dany Méadbh — Gdy łucznicy Filavandrela mierzą już do związanych skazańców (a Torque zasłania ich własnym ciałem), na polanę wchodzi Lille — i nie jest to chuda wiejska dziewczyna w zgrzebnej sukience, lecz promienna, złotowłosa Królowa Pól w girlandach kwiatów i kłosów, z jelonkiem i jeżem u boku. Elfy klękają jeden po drugim, wymawiając z czcią imię Dana Méadbh. Po niemej wymianie myśli z Odwieczną Filavandrel daruje Geraltowi i Jaskrowi życie, elfy odchodzą w góry na wschodzie, a Toruviel oddaje poecie własną lutnię w miejsce roztrzaskanej. Lille zostaje wśród ludzi — a Geralt zdradza z niemej rozmowy tylko tyle, że mówiła o nadziei: wszystko się odnawia i nie przestanie się odnawiać.
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto — notatki są prywatne i wracają przy powtórce.