👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom VII · Pani Jeziora

Rozdział 12 „Rozdział dwunasty”

Rozdział 12 z 12 w tomie·63/63 w sadze·~18 min czytania
Tom VII · rozdz. 12/12
63/63 w sadze

Szóstego dnia po czerwcowym nowiu Geralt i Jaskier wyjeżdżają z lasów na wzgórza i widzą w dole lustrzaną taflę jeziora Loc Eskalott, wypełniającego kotlinę kształtem runy, od której wzięło nazwę. W wodzie przeglądają się porośnięte jodłą i modrzewiem wzgórza Craag Ros, wysunięta rubież masywu Mahakam, oraz czerwone dachówki pękatego zamku Rivia, zimowej siedziby królów Lyrii; u zatoki jaśnieje słomianym podgrodziem sam gród rivski. Na żadnej z wież nie wisi biało-błękitny proporzec, więc królowej Meve na zamku nie ma, a Geralt ucina rozważania barda o dawnej dezercji stwierdzeniem, że jest mu głęboko obojętne, kto i co mu pamięta. Pod rogatkami stoi kolorowy namiot błędnego rycerza z białą tarczą w czerwoną krokiew; Geralt lodowatym głosem uprzedza wyzwanie formułką, że dama rycerskiego serca, kimkolwiek jest, jest najpiękniejszą i najcnotliwszą dziewicą od Jarugi po Buinę, i rycerz z honorem przyznaje mu rację.

Umówionym miejscem spotkania jest zajazd „Pod Kogutem i Kwoczką", o którym mówiła tabliczka na Drzewie Wiadomości. Przed wejściem pijana w sztok jasnowłosa dziewczyna w nabijanej ćwiekami skórze wymiotuje, trzymając się strzemienia, a jej koledzy z mieczami na plecach i opaskami na trądzikowatych czołach lżą przechodniów. W środku wita gości napis o zatrudnieniu kucharza oraz szyld z brodatą poczwarą i podpisem głoszącym, że krasnolud to zapluty karzeł zdrady. Oberżysta przekazuje wiadomość, że czekają na nich w gospodzie „U Wirsinga" na Wiązowie, i wzrusza ramionami, że to krasnoludzki kwartał, a czyja komu kompania milsza, tego już on nie osądza; o rozwrzeszczanej młodzieży poucza z naciskiem, że musi się wyszumieć, bo wojna ją ukrzywdziła i ojce polegli. Geralt dopowiada lodowato, że matki zaś się puszczały, a na odchodne, zapytany, który napis mu przeszkadza, odpowiada, że ten o kucharzu. Trójka smarkaczy z błyszczącymi od fisstechu oczami próbuje zastąpić im drogę, ale w ostatniej chwili rozstępuje się przed zimną, całkowicie obojętną twarzą wiedźmina. Trzeba się przyzwyczajać, mówi Geralt na ulicy, trzeba się dostosowywać.

Jasnowłosa dziewczyna spod zajazdu myje się tymczasem w korycie i bełkocze, że musi się napić, a potem pójdzie dla krotochwili przewracać stragany. Nazywa się Nadia Esposito. Imię to zostanie odnotowane w annałach i przejdzie do historii, ale o tym nie wie jeszcze nikt, z samą dziewczyną włącznie.

Uliczki grodu tętnią handlem, w którym wszyscy próbują zamienić wszystko na cokolwiek więcej; wśród ofert trafiają się astrolabium, akcje kopalni miedzi, słój pijawek i eliksir na potencję. Wisi nad tym wszystkim jednak zła krew. Czarnobrodemu krasnoludowi, wciskającemu przechodniom tandetne lusterko jako magiczne zwierciadło Cambuscana, celnie ciśnięty kamień wytrąca towar z ręki; ulicznik ucieka z wrzaskiem o parszywym koboldzie i nieludziu, krasnolud odpowiada wiązanką przekleństw, a ludzie przyglądają się temu w ponurym milczeniu.

Kwartał Wiązowo, cichy i zielony, leży nad samym jeziorem wśród olch, wierzb i wiązów. Na ganku gospody „U Wirsinga", spowitym groszkiem i dziką różą, czekają z kuflami Yarpen Zigrin i Zoltan Chivay. Na pytanie, gdzie Ciri, Geralt odpowiada krótko, że przyjedzie, że tylko jej patrzeć.

Karczmarz Wirsing, szpakowaty i chudy jak szczapa, jest wbrew pozorom kuchmistrzem nad kuchmistrze: nim owdowiał, prowadził z żoną traktiernię w Mariborze, w której sam król podejmował gości. Na stół idą świeżo uwędzona sieja z bezdennej otchłani jeziora, zimna siwucha i micha za michą ślimaków winniczków w czosnkowym maśle, nałapanych przez podpitych krasnoludów w nadjeziornej olszynce. Najpierw opowiada Jaskier, kwieciście i z fantazją przysłaniającą konfabulacje, potem Geralt, samą prawdę, sucho i bezbarwnie. Po długiej ciszy Zoltan wznosi kubek za Milvę łuczniczkę, za Nilfgaardczyka Cahira, za Regisa zielarza, który ugościł kiedyś wędrowców bimbrem z mandragory, i za nieznaną mu Angoulême; niech im ziemia będzie lekka i niech imiona ich żyją w pieśniach.

Wieści z kraju są takie, że z żarciem jest kryzys jak to po wojnie, farmy popalone, składy pograbione, obrót leży, a funkcjonują tylko lichwa, handel zamienny i spekulanci; jeśli dołoży się nieurodzaj, zimą ludzie zaczną mrzeć z głodu. Jaskier kojarzy wreszcie, czego brakowało mu w mijanych wsiach, bo nigdzie nie było słychać szczekania psów. U krasnoludów zaś nowiny różne. Yarpen wybrany został podstarościm i zamierza robić karierę w polityce, bo w każdym innym interesie duża konkurencja, a w polityce dureń na łapowniku i złodziejem pogania. Zoltan do spółki z Figgisem Merluzzo i Munro Bruysem zakłada w Novigradzie hamernię parową, choć Yarpen wróży mu, że mimo kombatanctwa będzie tam pariasem z gównem na drzwiach. Yazon Varda poległ całkiem głupio w jednej z ostatnich potyczek nad Jarugą, a Regan Dahlberg pod Mayeną i stara Dahlbergowa została sama. Percival Schuttenbach wykręcił się od zaciągu prastarymi gnomimi prawami, jakoby religia zabraniała mu wojować, i prowadzi w Novigradzie warsztat jubilerski, którego żywą reklamą jest odkupiona od Zoltana papuga Feldmarszałek Duda, wyuczona wołać o brylantach; interes kwitnie. Pije się za poległych.

Yarpen zdradza też, że Zoltan jest po słowie z Eudorą Breckenriggs i ślub planuje może we wrześniu, o ile w takich czasach można cokolwiek planować, po czym przechodzi do wykładu o babskiej wszechmocy. Drugim przykładem jest dla niego Geralt, który cudem odzyskawszy swoją Ciri, znowu pozwala jej odjechać samej w niespokojne czasy, a wszystko dlatego, że tak chce kobieta znana ogółowi jako Yennefer z Vengerbergu, i żeby chociaż coś z tego miał. Geralt z przemiłym uśmiechem proponuje napić się i zmienić temat.

Przy kolejnych michach do dyskursu zakrada się filozofia. Geralt wykłada, że Zło, z którym walczył, było przejawem Chaosu, a dziś przestało być ślepą żywiołową siłą: rządzi się prawami, bo prawa mu przysługują, i działa w myśl zawartych traktatów pokojowych, bo pomyślano o nim, gdy je zawierano. Krasnoludy domyślają się, że widział pędzonych na południe osadników, a Jaskier dodaje ponuro, że nie tylko. Yarpen odpowiada teorią postępu jako stada świń, z którego istnienia płyną rozliczne korzyści, jest golonka, kiełbasa i nóżki w galarecie, nie ma więc co kręcić nosem, że wszędzie nasrane; postęp będzie na dłuższą metę rozjaśniał mroki, choć nie od razu i nie bez walki.

Wtedy Geralt oznajmia spokojnie, że ciemność to stan ducha, do walki z którym trzeba by wyszkolić całkiem innych wiedźminów, i że najwyższy czas zacząć, ale bez niego, bo on kończy z wiedźmiństwem i przechodzi w stan spoczynku. Doszedł do wniosku, że głupotą jest sikanie pod wiatr i nadstawianie karku za kogokolwiek, nawet jeśli ten ktoś płaci, a własna skóra stała mu się nagle nad wyraz miła; na pytanie, czy Yennefer i Ciri mają z tą decyzją coś wspólnego, odpowiada, że wiele. Zdejmuje z oparcia krzesła sihill i zwraca go Zoltanowi z podziękowaniem, bo miecz służył, pomagał, ratował życie i odbierał życie. Zoltan unosi ręce, gdyż podarunków się nie odbiera, więc rozjemcą zostaje Yarpen: skoro obdarowany miecza nie chce, a darowującemu przyjąć zwrotu nie wolno, karczmarz ma go przymocować nad kominem i przemianować lokal na „Pod Wiedźmińskim Mieczem", żeby w zimowe wieczory nastrajał bajarzy do opowieści o potworach, wojnie, wielkiej miłości i niezłomnej przyjaźni. Po czym, nalawszy sobie do pełna, Yarpen wygłasza mowę: przyjdzie może dzień, w którym ludzie przestaną wierzyć, że w ciemności coś czyha, i będą się takich lęków wstydzić, ale ciemność będzie istniała zawsze, zawsze będą w niej kły, pazury, mord i krew, i zawsze będą potrzebni wiedźmini.

Zasłuchani, za późno zauważają, że szum miasta narasta jak buczenie rozdrażnionych os. Nadjeziornym bulwarem przemykają pierwsze uciekające postacie, a do gospody wpada młody krasnolud, czerwony z wysiłku, z dzikimi oczami, i nie mogąc złapać tchu, wskazuje ręką w stronę śródmieścia.

O tym, co zaczęło się tego dnia w Rivii, mówiło się potem różnie. Wedle wersji, którą podaje w swej pracy profesor Emmerich Gottschalk z Oxenfurtu, była to spontaniczna, niemożliwa do przewidzenia eksplozja słusznego gniewu: krasnoludzki przekupień miał obrazić i napastować sierotę wojenną, młodą szlachciankę Nadię Esposito, w jej obronie stanęli przyjaciele, przekupień skrzyknął rodaków, a bitka na bazarze w mgnieniu oka przerodziła się w rzeź i zmasowany atak na dzielnice nieludzi; w ciągu niecałej godziny, nim interweniowali magowie, zginęły sto osiemdziesiąt cztery osoby, z czego blisko połowę stanowiły kobiety i dzieci. Byli jednak i tacy, którzy pytali, skąd w kilka minut po zajściu wzięły się na ulicach wozy, z których rozdawano broń, dlaczego prowodyrami byli ludzie nieznani nikomu, przybyli do Rivii na kilka dni przed zajściami i rozpłynięci potem bez śladu, i czemu wojsko interweniowało tak późno i tak opieszale. Jedni naukowcy doszukiwali się prowokacji nilfgaardzkiej, inni twierdzili, że wszystko uknuły same krasnoludy do spółki z elfami, które pozabijały się nawzajem, by oczernić ludzi. Śmiała teoria pewnego młodego magistra, głoszącego, póki go nie uciszono, że do głosu doszły nie spiski, lecz zwyczajna ciemnota, ksenofobia i dogłębne zbydlęcenie miejscowej ludności, zagubiła się wśród poważnych głosów. A potem sprawa znudziła się wszystkim i przestano o niej mówić.

W gospodzie Geralt komenderuje krótko: krasnoludy do piwnicy, bez głupiej bohaterszczyzny. Zoltanowi, który ściska stylisko topora i jęczy, że tam giną jego bracia, przypomina o Eudorze i pyta, czy chce, by owdowiała przed ślubem; argument działa. Wejście do loszku zakrywają rogóżką, a blady jak twaróg Wirsing wspomina pogrom, który widział w Mariborze. Zza okien dobiega ryk, w którym brzmią już pojedyncze nuty podnoszące włosy na głowie. Uciekający brzegiem jeziora krasnoludzcy zbiegowie giną w oczach: jednego tłum rozszarpuje dosłownie na sztuki, kobietę zadźgują widłami, a dziecko, którego broniła, rozdeptują obcasami. Gdy troje następnych pędzi wprost ku gospodzie, Geralt bierze głęboki wdech, wstaje i zdejmuje znad komina sihill. Dobra, mówi do przerażonych Jaskra i Wirsinga, ale to już ostatni raz, niech go szlag, naprawdę ostatni. Skacze z ganku, rozpłatuje draba zamierzającego się kielnią na kobietę, odrąbuje rękę wczepioną we włosy drugiej i idzie w tłum, wirując w półobrotach; tnie celowo szeroko i widowiskowo, bo nie chce zabijać, chce tylko porządnie pokaleczyć. Z tłuszczy pada wrzask, że to elf i że zabić elfa. Rozczochranemu młodzikowi, który pada na kolana z krzykiem o litość, Geralt daruje, wstrzymuje cięcie w pół zamachu, a wtedy kątem oka widzi, jak ułaskawiony zrywa się i co trzyma w rękach. Chce wywinąć się w odwrotny unik, ale na ułamek sekundy grzęźnie w ciżbie. Może już tylko patrzeć na lecące ku niemu trójzębne ostrze wideł.

Ogień przygasa w wielkim kominie Kaer Morhen, a od gór wieje wicher, wyjący w szczelinach murów Wiedźmińskiego Siedliszcza. Eskel nie wytrzymuje i sięga do kredensu po wódkę, Vesemir z cienia wyzywa wszystkich od kapuścianych łbów, a Lambert broni się, że to był wypadek, bo mała radziła już sobie na grzebieniu. Coën uspokaja, że dziewczynka śpi głęboko i zdrowo i o transie nie będzie pamiętała. To już trzeci taki trans, ale pierwszy, w którym mówiła artykułowanie, więc Vesemir każe powtórzyć wszystko słowo w słowo. Geralt, zapatrzony w żar, streszcza sens, jeżeli w ogóle jest sens szukać w tym sensu: on i Coën umrą, obu zabiją zęby. Jego dwa. Mnie trzy. Lambert i Eskel kpią, że chyba pokąsają ich wyjątkowo szczerbate monstra albo dobije zgorzel od zepsutych zębów, których wiedźmini przecież nie miewają, ale stary Vesemir mówi cicho, że on by sobie z tej sprawy nie kpił. Wicher wyje w murach.

Rozczochrany młodzik, jakby przerażony tym, co zrobił, puszcza stylisko. Widły wbite w brzuch przeważają wiedźmina, a gdy pada na kolana, same wysuwają się z ciała; krew leje się z pluskiem godnym wodospadu. Geralt chce wstać, zamiast tego przewraca się na bok. Dźwięki nabierają pogłosu, jakby słuchał spod wody, ale jeszcze widzi, jak tłuszcza pierzcha przed odsieczą, przed Zoltanem i Yarpenem z toporami, Wirsingiem z tasakiem i Jaskrem zbrojnym w miotłę. Chce krzyknąć, że wystarczy, że to on zawsze sika pod wiatr, ale głos dławi mu fala krwi.

Tego samego dnia, gdy ma się ku południowi, do Rivii docierają czarodziejki. Wraz z Yennefer i Ciri jedzie Triss Merigold, która uprosiła, by pozwolono jej towarzyszyć. Yennefer, w której złość kipi tym mocniej, im bliżej miasta, odsyła Ciri do przodu i wykłada rudowłosej przyjaciółce, czemu naprawdę uległa jej prośbie: nie na omdlewająco rozkoszne spotkanie z niegdysiejszym ukochanym, bo nie jest ani tak szlachetna, ani tak głupia, lecz dla słodkiej, perwersyjnej przyjemności patrzenia, jak Geralt, który wie o roli Triss, podziękuje jej swoim słynnym spojrzeniem, a ona będzie bełkotać kulawe usprawiedliwienia. Triss przyjmuje, że zasłużyła, ale radzi nie liczyć na widowisko, bo Geralt umie wybaczać i nie zniży się do znęcania. Kłótnia skręca ku rękoczynom, Yennefer krzyczy, że to jest jej mężczyzna, jej i tylko jej, i że ma przestać o nim myśleć, gdy nagle obie widzą pędzącą ku nim w kurzawie Ciri, a nad dachami miasta czerwone jęzory płomienia i kłęby dymu. Ciri, biała jak welinowy papier, unosi dłoń, po której linią życia ścieka krew, i mówi z zamkniętymi oczami, że koło się zamknęło: zranił ją cierń róży z Shaerrawedd, a wąż Uroboros zatapia zęby we własnym ogonie. Jadę, Geralt, woła, jadę do ciebie, nie zostawię cię samego. I rusza cwałem, którego wierzchowce czarodziejek nie mają szans dotrzymać; Kelpie przesadza spanikowane tłumy i grupkę halabardników jak parkany.

W mieście trwa pogrom. Yennefer widzi trupy w rynsztokach, wisielców na belkach, krasnoludów katowanych kijami i tłuczonym szkłem, ciżbę zwierającą się nad wyrzuconą z okna kobietą. Wśród uliczek zostaje ściągnięta z siodła, bita, kopana; ma dosyć takich, którzy kopią, więc z jej palców strzela syczący ogień, tnący jak bicz twarze i ręce motłochu, a napastnikowi z siekierą wypala oczy. Tłum wyje o elfiej wiedźmie i czarownicy. Wyrwana z chwytu Triss, która ciągnie ją ku ucieczce, Yennefer staje jak wcielona furia i smaga tłuszczę płomiennym biczem, dopóki z tłumu nie padają kamienie. Pierwszy świszcze koło ucha, drugi trafia w ramię, trzeci prosto w twarz, a ból owija wszystko czarnym aksamitem.

Jest w tej czerni wspomnienie. Młodziutka Yennefer budzi się z obandażowanymi przedramionami, a przy łóżku siedzi Tissaia de Vries. Nie udało się, mówi rzeczowo, choć cięłaś dobrze i głęboko, poważnie, i właśnie dlatego jestem tu teraz przy tobie; gdyby to były jasełka, miałabym dla ciebie wyłącznie pogardę. Zapowiada, że się dziewczyną zajmie, bo chyba warto, że wyprostuje jej kręgosłup i łopatkę i wyleczy pocięte ścięgna, bo ręce czarodziejki to ważne instrumenty. Będziesz żyła, mówi surowo, jeszcze nie nadszedł twój czas, a gdy nadejdzie, przypomnisz sobie ten dzień. A potem, delikatnie dotykając jej włosów, pozwala jej wypłakać się ostatni raz, bez świadków, bo nie ma paskudniejszego widoku niż płacząca czarodziejka.

Yennefer ocyka się, wypluwając krew, wleczona po bruku przez Triss; zamiast górnej wargi ma wielki kartofel, a ułamany ząb kaleczy język. Opodal rycerz w białej jace z czerwoną krokwią, ten sam, który pod rogatkami wypatrywał okazji do sławy, okłada tłum bykowcem z wysokości kopijniczego siodła, aż motłoch ściska i obala konia, po czym wpełza na jeźdźca jak wszy, zakrywając go ruchliwą warstwą. Na błaganie o teleport Triss odpowiada spokojnie i zimno, że nie ucieknie, że nie schowa się za kiecką loży i nie zemdleje ze strachu jak pod Sodden, bo to w sobie właśnie złamała. Wciąga Yennefer na piętrzącą się w załomie murów okazałą kupę kompostu, można rzec, wzgórze, i z wściekłością wykrzykuje inkantację, do której Yennefer dołącza; próbują skandować Piorun Alzura, choć obie wiedzą, że pokaleczonymi ustami nie wyskandują nic o takiej mocy. I wtedy niebo nad Rivią czernieje, kłębią się chmury i wieje zimnem.

Wiele wieków później Nimue objaśni Condwiramurs, że nazwy Niszczące Gradobicie Merigold używa się w zasadzie nielegalnie, bo zaklęcia nigdy nie zarejestrowano: nikomu po Triss Merigold nie udało się go powtórzyć, z prozaicznego powodu, gdyż Triss miała wówczas skaleczone usta i mówiła niewyraźnie, a złośliwcy dodają, że język plątał jej się ze strachu. Adeptka broni czarodziejki, którą kroniki zwą przecież Nieulękłą, i pyta o wersję legendy, wedle której na Rivijskim Wzgórzu Triss nie stała sama, bo była tam z nią Yennefer. Nimue długo patrzy na akwarelę przedstawiającą czarne, ostre jak nóż wzgórze na tle granatowych chmur i samotną smukłą sylwetkę z rozpostartymi rękami. Jeśli ktokolwiek był tam z Triss, odpowiada, to nie przetrwał w wizji artysty.

Z czarnej chmury runie na miasto grad, graniaste kulki wielkości kurzego jaja, bijące tak mocno, że rozwalają dachówki. Ciżba kotłuje się i pierzcha, ludzie wpełzają jedni pod drugich, a niektórzy zostają na bruku jak ryby na lodzie, który gęsto farbuje krew. Yennefer w ostatniej chwili wyczarowuje nad głowami obu czarodziejek tarczę i wie, że rozpętanego żywiołu nie da się już zatrzymać, że siła musi się przesilić. Gdy grad wreszcie ustaje, jak nożem uciął, na place wpadają zbrojni: ochłodzone gorące głowy pierzchają przed nahajami i płazami mieczy, bo dopiero eksplozja żywiołu poskromiła wielogłową bestię na tyle, by wojsko odważyło się uderzyć. W Rivii zapada spokój, po którym zostają blisko dwieście zmasakrowanych trupów, kilkanaście spalonych domostw i strzaskane gradem dachy, opłakiwane przez tych samych ludzi, którzy chwilę wcześniej mordowali. Nad Loc Eskalott rozpina się przepiękny łuk tęczy, wierzby ślicznie odbijają się w gładkiej wodzie i wszystko wygląda sielankowo. Nawet leżący w kałuży krwi wiedźmin, nad którym klęczy Ciri.

Geralt jest nieprzytomny i biały jak wapno, dygocze i pluje krwią. Yennefer klęka przy nim i drżącymi rękami powtarza zaklęcia, po twarzy rannego tańczą sine iskierki, ale magia nie działa. Jest za późno, mówi Triss, dziwiąc się spokojowi własnego głosu, on kona. Ciri pyta z rozpaczą, co w takim razie warta jest ta cała ich magia, a gdy Yennefer, wyczerpana do cna, urywa zaklęcie w pół formuły i osuwa się na bruk obok wiedźmina, dziewczyna przypomina jej ostro jej własną naukę, że nie ma nic bardziej żałosnego niż płacząca czarodziejka. Robi się przeraźliwie zimno. Znad jeziora wychodzi na ląd gęsta mgła, w której cichną dźwięki i rozmazują się kształty. Ciri, klęcząc na skrwawionym bruku, mówi wolno, że kiedyś wyrzekła się swojej mocy, a gdyby się nie wyrzekła, teraz by go ocaliła; jest tak, jakby to ona go zabiła.

Wtedy z mgły wyłania się biały jednorożec, biegnący leciutko i bezszelestnie po powierzchni jeziora, po której nie idzie nawet zmarszczka. Ihuarraquax. Miałam nadzieję, że przyjdziesz, mówi Ciri. Jednorożec pochyla łeb, jego róg płonie nagle ostrym blaskiem rozpraszającym mgłę, a gdy Ciri go dotyka, jej oczy rozjarzają się mlecznym żarem i całą postać otacza płomienna aureola. Jedną ręką trzymając róg, drugą kieruje ku nieruchomemu wiedźminowi wstęgę migotliwej, żarzącej się jak lawa jasności. Nikt z patrzących nie potrafi potem ocenić, jak długo to trwało, bo wszystko jest nierealne. Jak sen.

Jednorożec wskazuje rogiem ciemny kształt pod baldachimem wierzbowych gałęzi: przy brzegu czeka prymitywnie sklecona łódź, niezgrabna jak wielkie koryto. Ciri odsyła Kelpie, każąc jej iść z jednorożcem, i klacz posłusznie znika za nim we mgle, jakby się rozpłynęła. Potem dziewczyna prosi o pomoc. Pierwszy rozumie Jaskier, który zna legendę i czytał kiedyś jej upoetycznione wersje: bierze na ręce nieprzytomną Yennefer, dziwiąc się, jaka jest drobna, i przysiągłby, że ktoś pomaga mu ją nieść, że czuje obok ramienia bark Cahira, że kątem oka łowi mignięcie płowego warkocza Milvy, a burtę przytrzymują dłonie Angoulême. Krasnoludy z Triss unoszą wiedźmina; Yarpen przez sekundę widzi obu braci Dahlbergów, Zoltan przysiągłby, że pomaga mu Caleb Stratton, a Triss dałaby głowę, że czuje perfumy Lytty Neyd i widzi wśród oparu żółtozielone oczy Coëna. Takie figle płata zmysłom mgła znad Eskalott. Ciri prosi Triss, by przeprosiła panie z Montecalvo, ale nie może być inaczej: nie może zostać, gdy Geralt i Yennefer odchodzą, one powinny to zrozumieć. Żegna wszystkich; na szept Triss, nazywającej ją siostrzyczką i proszącej, by pozwoliła płynąć z nimi, odpowiada, że Triss sama nie wie, o co prosi, a na urwane pytanie, czy jeszcze się kiedyś zobaczą, rzuca zdecydowanie, że na pewno. Łódź odpływa bez plusku, jak widmo; przez krótką chwilę widać jeszcze, jak Ciri odpycha się długą tyką, a potem zostaje tylko mgła. Skłamała mi, myśli Triss, nie zobaczę jej już nigdy. Coś się skończyło, mówi zmienionym głosem Jaskier. Coś się zaczyna, odpowiada Yarpen. Od strony miasta pieje kogut i mgła zaczyna się unosić.

Geralt otwiera oczy pod grą światłocienia w liściach, nad sobą ma ciężkie od jabłek gałęzie, a na skroni czuje dotyk palców, które kochał tak, że aż bolało. Ciasny gorset bandaża dowodzi, że Rivia i widły nie były sennym koszmarem. Leż spokojnie, mój ukochany, mówi łagodnie Yennefer. Na pytanie, gdzie są, odpowiada pytaniem, czy to ważne, skoro są razem; na pytanie o Ciri mówi krótko, że odeszła. Kładzie się obok na trawie, by patrzeć mu w oczy, zachłannie, na zapas, na całą wieczność. Geralt pamięta łódź, jezioro, rzekę o silnym nurcie i mgłę. Nieważne, gdzie byliśmy, mówi Yennefer, jestem przy tobie i nigdy już cię nie opuszczę. Kocham cię, Yen. Wiem. Tym niemniej Geralt chciałby wiedzieć, gdzie właściwie są. Ja też, odpowiada Yennefer, cicho i nie od razu.

I to jest koniec tej historii, upewnia się Galahad nad brzegiem zaczarowanego jeziora. Skądże znowu, protestuje Ciri, przecież takiego końca nikt by nie chciał. Było huczne weselisko, na które zjechali wszyscy, Jaskier, matka Nenneke, Iola i Eurneid, Yarpen, Vesemir, Eskel, Coën, Milva, Angoulême i jej Mistle, a Geralt i Yennefer mieli później własny dom i byli bardzo, bardzo szczęśliwi, jak to w bajce. Na pytanie, czemu wobec tego płacze, odpowiada, że wcale nie płacze, tylko oczy łzawią jej od wiatru. Milczą długo, patrząc na czerwoną kulę słońca nad szczytami gór, a gdy Galahad próbuje zabawić ją opowieścią o panu Borsie, panu Tristanie i pani czarniejszej niż czerń, Ciri każe mu zamilknąć, a potem, skoro już klęczy, rozetrzeć jej zziębnięte stopy, które kończą się na kostkach. Rycerz prosi, by pojechała z nim do Kamelotu, gdzie król Artur okaże jej honory, a on sam będzie ją zawsze kochał i czcił. Ciri patrzy na jego rumieniec i całkiem niebrzydką twarz, czuje dziwny ucisk w żołądku i podbrzuszu i myśli, co się z nią właściwie dzieje. Każe kulbaczyć konie. Już w siodłach wyciąga do Galahada rękę, a on wyciąga swoją; jadą bok w bok, dłoń w dłoni, wprost w zachodzące słońce. Do czarta, myśli Ciri, czemu nie; założy się o każde pieniądze, że i w tym świecie znajdzie się zajęcie dla wiedźminki, bo nie ma takiego świata, w którym nie byłoby zajęcia dla wiedźminki. Za nimi zostaje ciemniejąca dolina i jezioro gładkie jak oszlifowany szafir. To wszystko jest za nimi. A przed nimi jest wszystko.

„Potem czarodziejka i wiedźmin pobrali się i huczne wyprawili weselisko. I ja tam byłem, miód i wino piłem. A żyli później szczęśliwie, tyle że bardzo krótko. On umarł zwyczajnie, na atak serca, ona wkrótce po nim, a na co, o tym bajka nie wspomina; mówią, że z żalu i tęsknoty. Ale któż by tam dawał wiarę bajkom. (Flourens Delannoy, „Bajki i klechdy", parafraza)”

Co warto zapamiętać z tego rozdziału

  • Odpłynięcie we mgle: Nad konającym po pogromie Geraltem zawodzi magia Yennefer, która wyczerpuje się do utraty przytomności, a Ciri gorzko wypomina sobie wyrzeczenie się mocy na pustyni. Znad Loc Eskalott wychodzi wtedy na ląd gęsta mgła, a z niej wyłania się Ihuarraquax, biegnący po powierzchni jeziora, jakby na niego czekano. Ciri dotyka płonącego rogu jednorożca, jej oczy rozjarzają się mlecznym żarem i ku wiedźminowi płynie z jej palców wstęga żarzącej się jasności; nikt z patrzących nie umie potem ocenić, jak długo to trwało, bo wszystko jest nierealne jak sen. Jednorożec wskazuje rogiem czekającą pod wierzbami łódź. Rannych składają w niej żywi, którym zmysły podpowiadają, że pomagają im umarli: Jaskier czuje bark Cahira i widzi warkocz Milvy oraz dłonie Angoulême, Zoltan przysiągłby, że dźwiga z nim Caleb Stratton, Yarpen widzi braci Dahlbergów, a Triss czuje perfumy Lytty Neyd i widzi żółtozielone oczy Coëna. Ciri prosi Triss o przeproszenie pań z Montecalvo, bo nie może zostać, gdy Geralt i Yennefer odchodzą; na pytanie, czy jeszcze się zobaczą, odpowiada „na pewno", i oboje z Triss wiedzą, że to kłamstwo z litości. Łódź odpływa bez plusku i niknie we mgle, pieje kogut, a nad brzegiem zostają słowa: coś się skończyło, coś się zaczyna. Geralt budzi się potem obandażowany w sadzie pod ciężkimi od jabłek gałęziami, przy nim czuwa Yennefer, która obiecuje nigdy już go nie opuścić, i żadne z nich nie wie, gdzie właściwie są. Ciri, opowiedziawszy całą historię Galahadowi nad zaczarowanym jeziorem, rusza z nim ku Kamelotowi, dłoń w dłoni, wprost w zachodzące słońce; bo nie ma takiego świata, w którym nie byłoby zajęcia dla wiedźminki.
  • Pogrom w Rivii: W kilka dni po czerwcowym nowiu iskra rzucona na rivskim bazarze, wedle oficjalnej wersji obraza młodej szlachcianki Nadii Esposito przez krasnoludzkiego przekupnia, rozpala bitkę, która w mgnieniu oka przeradza się w rzeź i zmasowany atak ludności na dzielnice nieludzi; późniejsi badacze będą pytać, skąd w kilka minut wzięły się wozy z rozdawaną bronią i kim byli nieznani nikomu prowodyrzy. W niecałą godzinę ginie sto osiemdziesiąt cztery osoby, blisko połowa to kobiety i dzieci. Geralt, który chwilę wcześniej ogłosił koniec swojego wiedźmiństwa i zwrócił sihill, zdejmuje miecz znad komina gospody „U Wirsinga" z zapowiedzią, że to już naprawdę ostatni raz, i staje w obronie mordowanych, tnąc szeroko, by kaleczyć, nie zabijać. Rozczochranemu młodzikowi błagającemu o litość daruje życie, a ułaskawiony zrywa się i wbija mu w brzuch trójzębne widły. Do miasta docierają w tym czasie Yennefer, Ciri i Triss; kamienowana Yennefer pada bez przytomności, a Triss, która pod Sodden mdlała ze strachu, łamie w sobie tchórzostwo na zawsze: z kupy kompostu, którą legenda nazwie Rivijskim Wzgórzem, sprowadza na miasto niszczące gradobicie, jakiego nikt po niej nie zdoła powtórzyć. Grad chłodzi gorące głowy, spóźnione wojsko rozpędza motłoch i nad Rivią rozpina się tęcza, pod którą na skrwawionym bruku kona wiedźmin.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.

← PoprzedniRozdział jedenasty
⭐ Skraj atlasu

Dalej mapy jeszcze nie sięgają: kolejne rozdziały powstają w skryptorium. Wpisz się do Księgi Oczekujących, a wieść o nich dostaniesz pierwszy.

Zapisując się, zgadzasz się na e-maile od Fablarii · prywatność · wypiszesz się jednym kliknięciem.