👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom VII · Pani Jeziora

Rozdział 11 „Rozdział jedenasty”

Rozdział 11 z 11 w tomie·62/62 w sadze·~15 min czytania
Tom VII · rozdz. 11/11
62/62 w sadze

Przez tętniące wiosną dni i mokre od ciepłego deszczu noce lecą na złamanie karku trzej jeźdźcy. Ludzie prostują karki znad roli, zrywają się z posłań, przywierają twarzami do błon w oknach i nie są pewni, co właściwie widzieli, jeźdźców czy zjawy. Po Ebbing zaczynają krążyć opowieści o trzech demonach.

Pod Zazdrością, w porze sjesty, która trwa tam od przedpołudnia do wieczora, trójka konnych osacza miejscowego żebraka i filozofa, Arystotelesa Bobecka zwanego Kulasem. Mężczyzna ma białe włosy i miecz na plecach, dojrzalsza z kobiet loki czarne jak krucze pióra, a młodsza, na przepięknej karej klaczy, popielate włosy i paskudną szramę na lewym policzku. Kulas rozpoznaje i klacz, i te zielone oczy: to ta sama dziewczyna, która rok temu wyła przywiązana do koniowiązu, patrząc, jak Bonhart odrzyna głowy zabitym Szczurom, tyle że całkiem odmieniona. Ciri każe się prowadzić do miejsca, gdzie zakopano szóstkę zamordowanych. Okazuje się, że nie ma czego szukać pod płotem ani na gnojowisku: na zazdroskim żalniku stoi ładny, obmurowany piaskowcem kurhanik, o który zadbali przede wszystkim wdowa Goulue i młody Nycklar, syn trumniarza, któremu straszne sny nie dawały spokoju, póki zabitym nie sprawił porządnego pochówku. Podziękować nie ma już komu, bo wdowa zimą umarła na zapalenie płuc i leży za krzywą brzózką, a Nycklar zaciągnął się do wojska i wedle tego, co bają, poległ gdzieś w obcej stronie. Ciri długo klęczy przy kurhanie z czołem prawie przy kamieniach. Gdy Kulas tytułuje ją panienką Falką, prostuje go ostro, bo nazywa się Ciri, a Yennefer zimnym głosem oznajmia osadzie, że za kurhanik, za ludzką godność i przyzwoitość spotka ją łaska, podzięka i nagroda, o jakiej nawet nie wie.

Dziewiątego kwietnia, krótko po północy, mieszkańców Claremont budzi łuna. Płonie tylko jeden budynek: dawna świątynia zamieniona w amfiteatr, w którym Houvenaghel wyprawiał hece i walki. Straż ogniowa, którą kupiec sam wyposażył i utrzymuje, gasi wytrwale i daremnie, bo to nie jest zwyczajny ogień; komendant nazywa go wprost diabelskim, a strażacy mówią o czarnej magii. Dach z hukiem zapada się na arenę, ściany runą, a ogień przerzuca się na browar i spichlerz, z których udaje się ocalić ledwie część. O śmierdzącym świcie Houvenaghel siedzi w błocie w osmolonej szlafmycy i kwili jak dziecko: teatr, browar i spichlerz były wprawdzie ubezpieczone, ale towarzystwo ubezpieczeniowe też należy do niego, więc strat nie zrekompensuje nic.

Patrząc z oddali na słup dymu paprzący różowiejące niebo, Geralt pyta, komu jeszcze Ciri chce się odwdzięczyć. Plan jest gotowy. Najpierw osada Goworożec, której mieszkańcy mają dostać w miejsce słomianego jednorożca totem godniejszy tego, co się tam stało, do czego przyda się magia Yennefer. Potem bagna Pereplutu i chata wśród moczarów, gdzie leżą resztki człowieka, które trzeba złożyć w przyzwoitym grobie. Na koniec Dun Dâre, gdzie z winy zaślepionej nienawiścią Ciri spalono pewnie karczmę i zamordowano karczmarza; naprawić się tego nie da, więc Ciri chce stanąć przed jego rodziną z pokorą i zapamiętać wyraz ich oczu, żeby ta pamięć ustrzegła ją przed podobnym błędem. Geralt milczy, tłumiąc pragnienie, by ją objąć i nigdy nie pozwolić, by spotkało ją coś, co znów każe jej pragnąć zemsty; odpowiada za nich oboje Yennefer, która rozumie córeczkę bardzo dobrze.

Konie niosą jak magiczny wicher, a po Ebbing i Geso krążą już opowieści o Dzikim Gonie i o Trzech Jeźdźcach Upiorach. Wieczorami w karczmach i smolarniach ludzie bają o wojnie, wiernym kochaniu i sprawiedliwości, ciesząc się fikcją, bo dookoła wszystko dzieje się na odwrót. W ludziach kiełkuje legenda o wiedźminie i czarodziejce, o Wieży Jaskółki, o wiedźmince z blizną na twarzy i zaczarowanej karej klaczy Kelpie. Opowieści o Pani Jeziora przyjdą później, po wielu latach, ale nasionko już pęcznieje.

Nie wiedzieć kiedy przychodzi maj i noce rozbłyskują dalekimi ogniami Belleteyn. Gdy dziwnie podniecona Ciri wskakuje na Kelpie i cwałuje ku ogniskom, Geralt i Yennefer wykorzystują chwilę samotności i kochają się na rzuconym na ziemię kożuchu, w pośpiechu i milczeniu, byle jak i byle więcej, a potem, scałowując sobie łzy, dziwią się, ile szczęścia dało im takie byle jakie kochanie. Nocą Yennefer wypytuje, czy w czasie rozłąki Geralt był z innymi kobietami. Słyszy, że ani razu, że myślał zawsze tylko o niej, i najpierw nie wierzy właśnie dlatego, że głos mu nawet nie drgnął, a potem wierzy.

Którejś nocy w kotlince wśród wierzb wiedźmina budzi koszmar, w którym sparaliżowanemu wielka szara sowa orze pazurami twarz. Budzi się w drugi koszmar: nad biwakiem kłębi się jasność, a w niej widać podpartą czarnymi kolumnami salę zamkową i dziesięć kobiet przy wielkim stole. Ze strzępów słów wynika, że rozkazują Yennefer przyprowadzić Ciri, że zbierają się pierwszego czerwca, na nowiu, i że nieposłuszeństwo ukarzą. Yennefer odpowiada, że nad Ciri nie mają żadnej władzy, po czym prosi Filippę o kilka dni zwłoki dla dziewczyny, żeby Geralt nie został sam; ona sama przybędzie natychmiast, jako zakładniczka dobrej woli. Nazajutrz, po długiej rozmowie z Ciri na uboczu, Yennefer potwierdza obawy Geralta sucho i bez wstępów. Odchodzi, bo temu imperatywowi nie sposób się przeciwstawić, a robi to także dla niego i przede wszystkim dla dobra Ciri; dziewczyna zostanie z nim jeszcze jakiś czas, potem zostanie wezwana, a potem wszyscy znów się spotkają. Geralt ma dość milczącego potakiwania wszystkim jej decyzjom, ale kiwa głową, bo bądź co bądź ją kocha. Yennefer obiecuje, że gdy się spotkają, wynagrodzi mu wszystko, także tę całą ciszę, każe się objąć i pocałować, po czym znika w rozbłysku owalnego teleportu.

Geralt, przemagając ból za mostkiem, oznajmia Ciri, że rzeka, w górę której jadą, to Sansretour, i że prowadzi do kraju z bajki, który koniecznie chce jej pokazać. Ciri cedzi, że wszystkie bajki kończą się źle, a krain z bajki nie ma, ale widok skąpanego w zieleni i słońcu Toussaint robi swoje: zamki są jak lukrowe dekoracje na torcie, aż korci, żeby polizać. Po drodze Ciri wypytuje o tutejszą księżnę, podejrzliwie sprawdzając, czy nie ma ona przypadkiem zielonych oczu i krótkich czarnych włosów, a Geralt wyjaśnia, że księżnę zna słabo, za to bardzo dobrze zna kandydata na księcia małżonka, którego zostawili tu przy jego ukochanej: Jaskra. Myśl o obiecanych odwiedzinach uwiera go, bo Jaskier zapyta o kompanię, a on będzie musiał odpowiedzieć: Milva, Cahir, Regis, Angoulême. W Beauclair wiedźmin załatwia w filii banku Cianfanellich przelew, akredytywę, czek bankierski i listy do szybkiej poczty kurierskiej za Jarugę, a Ciri obiecuje zakupy u krawców i modystek, bo na zabijaniu zarobił tyle, że wystarczy choćby na gronostaje i trzewiczki z bazyliszka.

Na ulicach robi się tłoczno, ale to nie jarmark, tylko najpopularniejsza z powojennych rozrywek: egzekucja. Po suknie na rusztowaniu i czystym kapturze kata Ciri poznaje, że tracić będą kogoś znacznego. Z zaułka wytacza się drabiniasty wóz, a na nim, z trudem trzymając równowagę, stoi Jaskier. Geralt czuje, że świat nie musiał mu aż w taki sposób udowadniać, jak niewiele od niego zależy; Ciri powtarza, że muszą coś zrobić, ale zrobić nie ma czego, bo tłum i mur halabardników zamykają rynek na głucho. Żałobnie odziany urzędnik odczytuje, że Julian Alfred Pankratz wicehrabia de Lettenhove, alias Jaskier, został uznany winnym obrazy majestatu i zdrady stanu, a nadto splugawienia godności szlacheckiej przez paszkwilanctwo, birbanctwo i debosz, za co sąd orzekł uszczerbienie herbu, konfiskatę mienia oraz karę główną, którą Anna Henrietta w swej łaskawości złagodziła z włóczenia końmi i ćwiartowania na ścięcie toporem. Skazany drwi z konfiskaty zamków, których nie ma, żąda naprawy trzeszczących schodków, bo ktoś się jeszcze na nich zabije, i wygłasza do ludu przemowę złożoną z pytania, co słychać.

Potem zaczyna się widowisko, jakiego rynek nie widział. Kat wedle starodawnego obyczaju klęka i prosi skazańca o wybaczenie, a Jaskier oznajmia, że nie wybaczy w życiu, bo niby z jakiej racji ma odpuszczać komuś, kto za chwilę utnie mu głowę. Kat bez rozgrzeszenia ścinać nie chce, urzędnik sypie mu więc do garści monety, żeby ściął bez odpuszczenia, na co kat zapowiada mściwie, że upartego pana będzie ścinał na dwa razy, a jak się uda, to na trzy. Jaskier błyskawicznie wybacza, urzędnik żąda zwrotu pieniędzy, a kat odpędza go od narzędzia przestrogą, że gdzie głowy rąbią, tam uszy lecą. Na pytanie klęczącego już poety, czy zetnie od jednego machu, pada złowieszcze „niespodzianka". Wtedy w tłum wdziera się jeździec na spienionym koniu z obwieszonym pieczęciami rulonem: dla uczczenia pokoju zawartego w mieście Cintra jej miłość księżna daruje wicehrabiemu przewiny, rozkazując mu jednocześnie bez zwłoki opuścić granice Toussaint i nigdy nie wracać, albowiem patrzeć na niego nie może. Kat mruczy, że te ciągłe ułaskawienia robią się nudne, Jaskier rozczula się nad kochaną Łasiczką i dobrym serduszkiem, po czym upomina się o skonfiskowaną lutnię, konia i sakiewkę. Geralt roztrąca koniem ciżbę, każe bałwanowi natychmiast wsiadać, i we trójkę cwałem opuszczają miasto, póki księżna nie zmieniła zdania.

Niemal na granicy księstwa, w miejscu, skąd widać już Gorgonę, dogania ich goniec książęcy z osiodłanym Pegazem, lutnią, płaszczem i pierścieniem; pytanie o sto czterdzieści talarów zbywa milczeniem, a całusków dla księżnej nie przyjmuje. Jadą w górę Sansretour, mijają Belhaven i obozują w dolinie Newi, w miejscu, które wiedźmin i bard pamiętają. Jaskier bardzo długo wytrzymuje bez pytań, ale w końcu trzeba mu o wszystkim opowiedzieć, a potem towarzyszyć mu w ciężkiej, zropiałej jak wrzód ciszy.

W południe następnego dnia są na Stokach pod Riedbrune, gdzie panują spokój, ład, porządek i bezpieczeństwo, a wszędzie stoją ciężkie od wisielców szubienice. Geralt dopiero teraz zauważa, że goniec nie przywiózł bezcennego tubusa z „Pół wieku poezji". Jaskier przyznaje obojętnie, że rękopis został w garderobie księżnej pod stertą sukien i gorsetów, i niech tam leży po wieczne czasy, bo w Toussaint zdążył dokładnie przeczytać, co napisał, i napisze wszystko jeszcze raz, od nowa. Na drwiny, że okazał się równie marnym pisarzem jak faworytem, odpowiada niezmąconą wiarą, że Łasiczka ochłonęła po tym, jak przyłapała go z młodą baronówną Nique, zrozumiała, że mężczyzna nie jest stworzony do monogamii, i pewnie już czeka na przeprosinowy sonet. Boleśniejsza jest inna wieść: Geralt nie zdąży poznać Ciri z Reynartem de Bois-Fresnes, bo rycerz poległ pod koniec lutego w utarczce z grasantami na przełęczy Cervantesa, koło strażnicy Vedette, a księżna uhonorowała go pośmiertnie orderem.

Maj rozwija się, mlecze ustępują dmuchawcom, a dwudziestego szóstego maja trójka przekracza Jarugę po nowiutkim, pachnącym żywicą moście przy Czerwonej Bindudze; osmolone bale starego mostu wciąż widać w wodzie. Ciri robi się niespokojna, a Geralt wie dlaczego, bo zna jej umowę z Yennefer i jest przygotowany na rozstanie, choć myśl o nim kłuje jak zbudzony w piersi mały wredny skorpion. Na rozstaju za wsią Koprzywnica rośnie stuletni dąb zwany Drzewem Wiadomości Złego i Dobrego, obwieszony deszczułkami z ogłoszeniami całej okolicy: poszukiwaniami rozłączonych rodzin, miłosnymi listami, donosami i filozofią pijaków, a nawet ofertą dla wiedźmina na zamku Rastburg, z której Geralt stanowczo nie skorzysta. Wiadomość, której szukali, znajduje Ciri. Oznajmia to, czego wiedźmin od dawna się spodziewał: jedzie do Vengerbergu, bo Yennefer ją wezwała, a on niech jedzie do Rivii, na spotkanie, z którego robi niespodziankę; załatwi co trzeba, zabierze Yennefer i obie stawią się w Rivii za sześć dni. Prosi, żeby nie żegnać się, jakby to było na wieki, i rusza z kopyta. Jaskier wylicza, że to blisko dwieście pięćdziesiąt mil i że nawet na czartowskiej klaczy to niewykonalne, na co Geralt, z zaciśniętymi ustami, odpowiada, że dla Ciri nie ma rzeczy niewykonalnych; to już nie jest ta dziewczyna, którą bard znał.

Do Rivii jadą przez typowo powojenny krajobraz: kurhany i czerepy wśród bujnej trawy, wisielcy na przydrożnych drzewach, nędzarze czekający przy drogach na śmierć głodową i wilki czekające, aż nędzarze osłabną, odbudowujące się wsie i baby ciągnące pługi w parcianych szlejach. Jaskrowi nie daje spokoju niejasne odczucie, że czegoś tu brakuje, że coś nie jest normalne; Geralt odpowiada, że normalne nie jest tu nic. Nocą łuna pożaru wykwita na zachodzie tak blisko, że wiatr niesie swąd dymu, ryk mordowanych i triumfalny wrzask bandy; wiedźmin nawet nie odwraca głowy, a twarz ma jak ze spiżu. Nazajutrz napotykają idącą w zupełnej ciszy kolumnę ludzi z tobołkami, z krzykiem i rozpaczą zamkniętymi w pustych oczach. To nilfgaardzcy osadnicy wymiatani z zajętych ziem, jak zapisano w traktacie pokojowym. Osiemnastoletni podnamiestnik chełpi się, że żywcem by padalców nie wypuścił, siwowąsy wachmistrz mruczy, że dobrych rolników zostawiłby w spokoju na farmach, a wiele mijających ich kobiet trzeba podtrzymywać, żeby mogły iść. Gdy zza kolumny dobiegają rozpaczliwe krzyki kobiety, Jaskier błaga, żeby się nie mieszać, i widzi twarz, której nie zna. Mieszać się, interweniować, nadstawiać karku za szlachetne pryncypia, powtarza Geralt. O nie, Jaskier. Już nie.

Którejś niespokojnej nocy wiedźmina znów budzi rozjaśniająca biwak pulsująca jasność. W zamczysku z czarnymi kolumnami przy stole zasiadają kobiety, a dwie stoją przed nimi: czarno-biała i czarno-szara. Yennefer i Ciri.

W sali kolumnowej Montecalvo Ciri, ustrojona wbrew własnym planom nie po męsku, lecz w kombinację czerni i szarości z brylantową broszką w kształcie róży, staje przed lożą w komplecie. Filippę Eilhart, pamiętaną z Thanedd, w myślach od razu tytułuje Panią Sową. Protokół kończy się dla niej w okamgnieniu, gdy Filippa każe siadać tylko jej, bo Yennefer nie jest tu gościem, lecz wezwaną do osądzenia winowajczynią i będzie stać, dopóki loża nie zadecyduje o jej losie. Ciri oznajmia, że wobec tego również będzie stać, bo los Yennefer to jej los i tego się nie da rozerwać. Za wstawiennictwem Sheali obie siadają przy okrągłym stole, a Francesca głośno gratuluje Yennefer wybitej próby tego złota: to szkoła Tissai de Vries. Gdy Ciri warczy, że swoją rolę w wielkich przemianach zna, bo wytłumaczył jej to Vilgefortz, szykując szklaną szprycę, głos zabiera Sheala i wygłasza lodowaty wykład: dziewczyna nastroszona jak dziki kotek nie umie rozpoznać tych, którym idzie o jej dobro, więc zostanie po prostu wzięta za karczek, by kiedyś, jako mądra kocica, zasiąść przy tym stole jako jedna z nich.

Filippa oznajmia dziewczynie jej los. Pojedzie z nią i z Shealą do Koviru, do letniej stolicy w Pont Vanis, gdzie jako adeptka magii i podopieczna loży pozna króla Esterada Thyssena, królową Zuleykę i królewicza Tankreda, na którym przede wszystkim ma zrobić wrażenie: zostanie jego kochanką i urodzi mu dziecko. Gdyby wciąż była Cirillą z Cintry, uczyniono by ją ślubną żoną, księżną i królową, ale los wyzuł ją ze wszystkiego, więc formalnie będzie tylko faworytą, choć loża postara się, by w praktyce miała status księżnej. Szpetną szramę zamaskuje iluzja, a do imienia Cirilla trzeba będzie dobrać nazwisko; Sheala i Filippa wspaniałomyślnie proponują własne. Ciri, gładząc rzeźbione sfinksy na poręczach krzesła, dziękuje i oświadcza, że skoro nazwisko to jedyna rzecz, której jej się nie narzuca, wybierze sama: chce się nazywać Ciri z Vengerbergu, córka Yennefer. Sabrina z błyskiem zębów komentuje, że Tankred okaże się durniem, jeśli nie poślubi jej morganatycznie, bo brylant wśród szkiełek trzeba umieć rozpoznać.

Gdy Filippa uznaje sprawę za załatwioną, pada ciche „nie". Ciri musi rzecz przemyśleć i poukładać w sobie, a potem wróci do Montecalvo i powie, co postanowiła. Jest umówiona z wiedźminem Geraltem w Rivii i dotrzyma obietnicy z ich zgodą albo bez niej, bo obecna tu pani Rita wie, że gdy Ciri idzie do Geralta, zawsze znajdzie dziurę w murze. Musi mu też powiedzieć, że zmądrzała: gdy po wyjeździe z zamku Stygga, zostawiwszy za sobą trupy i groby wszystkich pogrzebanych tam przyjaciół, spytała go, czy zwyciężyli i czy dobro zatriumfowało nad złem, uśmiechnął się dziwnie i smutno, a ona dopiero teraz rozumie, że było to politowanie nad naiwnością dziecka. Spróbuje go przekonać, że to, co chce jej zrobić loża, różni się zasadniczo od tego, co chciał zrobić Vilgefortz, choć obu stronom idzie przecież o dobro świata. Sheala odpowiada, że dziewczyna przechodzi właśnie od smarkatego tupania nóżkami do smarkatej arogancji, i dla pryncypium żąda odmowy. Filippa zarządza głosowanie.

Przeciw są Sheala, Sabrina, którą ubodło to, że pannica ośmieliła się grozić loży, Keira, przekonana, że wiedźminka próbuje ich po wiedźmińsku przechytrzyć i zwiać, oraz Assire, która nie kieruje się pryncypiami, lecz strachem o życie Ciri, bo na gościńcach dziewczyna będzie łatwym celem, a są tacy, którym odebranie jej imienia i tożsamości wciąż nie wystarcza. Za głosują Triss, która ręczy za Ciri i chce jej towarzyszyć w drodze oraz w rozmowie z Geraltem, Margarita, robiąca to dla Tissai de Vries, która żachnęłaby się na pomysł utrzymywania jedności loży przymusem, Francesca, która powodów wyjawiać nie musi, Ida Emean, bo tak każe jej serce, oraz Fringilla Vigo, blada przez całe posiedzenie, której Sabrina jadowicie wypomina zamek Rhys-Rhun; Fringilla oddaje głos z szacunku dla Ciri, a nade wszystko dla Geralta, który szedł ratować tę dziewczynę na koniec świata, walcząc nawet z samym sobą, i podłością byłoby odmówić mu teraz spotkania. Robi się pięć do pięciu, licząc Filippę po stronie przeciwnych. Yennefer oznajmia wtedy, że formalnie wciąż jest członkinią loży i jej głos przeważa szalę, ale zostaje ostro przywołana do porządku: wystąpiła z loży, nie ma praw, ma za to długi i wyrok do wysłuchania, a Sheala radzi jej milczeć z pokorą przed głosowaniem, którego wkrótce sama będzie przedmiotem.

Wtedy wstaje Filippa Eilhart i oznajmia, że jeszcze nie głosowała. Patrząc w oczy Ciri, wraca na moment do obrazu sprzed lat: mała ciemnooka dziewczynka przewieszona przez cembrowinę basenu fontanny próbuje schwytać złote i czerwone rybki, nieuchwytne jak zjawy, jak sama woda, a najukochańszy głos woła ją po imieniu. Wyrwana z zamyślenia zimnym wiosennym wiatrem z okna, myśli, że śmierć właśnie przeszła obok niej. Głośno mówi o loży, która ma decydować o losach świata i dlatego jest jak świat: w równowadze stają w niej rozsądek, który nie zawsze oznacza zimną podłość, i sentymentalizm, który nie zawsze jest naiwny, żelazna dyscyplina i serce. Oddając głos jako ostatnia, bierze pod uwagę rzecz, która nie równoważąc się z niczym, równoważy wszystko. Wszystkie oczy idą za jej wzrokiem ku mozaice, na której wąż Uroboros chwyta zębami własny ogon. Tą rzeczą jest przeznaczenie, w które Filippa Eilhart od niedawna zaczęła wierzyć: nie wyroki opatrzności i nie fatalizm, lecz nadzieja. Oddaje głos Ciri, dziecku przeznaczenia, dziecku nadziei. W ciszy słychać krzyk rybołowa znad jeziora, a Yennefer mówi cicho: chodźmy, córeczko, Geralt na nas czeka, a droga przed nami daleka.

Geralt budzi się i podrywa, mając w uszach krzyk nocnego ptaka.

„Jako i inne Wierne, tak i Świętą Filipę spotwarzono, jakoby zdradę królestwa knuła i lud do przewrotu burzyła. Wilmeryusz, heretyk i sekciarz, arcykapłanem samozwańczo się mianujący, do ciemnicy ją wtrącił i mękami przymuszał, by wiary swej i Bogini się wyrzekła. Ale ona, nieśmiertelną cierpliwość w śmiertelnym ciele pokazawszy, nic nie wyznała i w mękach dokonała. Z czego Świętej Filipie chwała i męczeńska korona, a nam nauka i przestroga, Amen. (Żywot Ś. Filipy Męczenniczki z Mons Calvus, Brewiarz Tretogorski, parafraza)”
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.

← PoprzedniRozdział dziesiąty
⭐ Skraj atlasu

Dalej mapy jeszcze nie sięgają: kolejne rozdziały powstają w skryptorium. Wpisz się do Księgi Oczekujących, a wieść o nich dostaniesz pierwszy.

Zapisując się, zgadzasz się na e-maile od Fablarii · prywatność · wypiszesz się jednym kliknięciem.