👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom V · Chrzest ognia

Rozdział 1 „Rozdział pierwszy”

Rozdział 1 z 5 w tomie·34/38 w sadze·~17 min czytania
Tom V · rozdz. 1/5
34/38 w sadze

W parowie na skraju Brokilonu darzą się ptaki, a w zasadzce od dwóch godzin tkwi łuczniczka Milva. Panująca od miesięcy susza wysłała las trzeszczącym chrustem, więc polować można tylko z bezruchu; zięby dzwonią na deszcz, choć na niebie nie ma ani chmurki. Czekając na zwierzynę, Milva cieszy oko swoim najnowszym nabytkiem, łukiem z dalekiej Północy o mahoniowym majdanie i ramionach klejonych ze szlachetnego drewna, warzonych ścięgien i wielorybich kości. Przez lata strzelała z elfich refleksyjnych zefarów, w końcu za zerrikański egzemplarz, pęk sobolich skórek i elfi medalionik z koralową kameą kupiła na Morskim Bazarze w Cidaris to cudo warte czterysta novigradzkich koron. Lekka wielorybia pięćdziesiątka piątka posyła strzałę na dwieście stóp między dwoma uderzeniami serca, a nieopancerzonego człowieka przeszywa na wylot. Strzały Milva opierza sama, wyłącznie spiralnie. Gdy nic nie wychodzi na strzał, łuczniczka opiera się o pień i zabija czas wspominaniem.

Do pierwszego spotkania z wiedźminem doszło w lipcu, dwa tygodnie po rebelii na wyspie Thanedd i wybuchu wojny w Dol Angra. Milva wróciła wtedy do Brokilonu z resztkami komanda Scoia'tael, rozbitego w Temerii w drodze do elfiego powstania w Dolinie Kwiatów, i zaraz po przyjeździe wezwano ją do Col Serrai, głębokiej kotliny gorących źródeł, gdzie driady leczą rannych. Na widok leżącego w jaskini mężczyzny wpadła w szał: ranny widział jej twarz, a w świecie pełnym szpiegów i an'givare samo to może zaprowadzić człowieka do kata. Przełożona uzdrowicielek Aglais tłumaczyła spokojnie, że to Gwynbleidd, Biały Wilk, przyjaciel Brokilonu, który leży tu od nowiu i prosi tylko o wieści o swoich bliskich. Milva odmówiła i wyszła wściekła, bo wiedziała aż za dobrze, o kogo chodzi. Driady ze wschodniej rubieży opowiadały o kasztanowłosej czarodziejce, która zjawiła się w błysku magii z połamanym kaleką, o jej płaczu i o rozkazie, jaki nadszedł z Duen Canell od samej władczyni lasu. Czarodziejkę odprawić, wiedźmina leczyć. Leczono go więc w niecce pełnej wody z magicznych źródeł, w szynach, pnączach conynhaeli i pędach purpurowego żywokostu, a on, wbrew naturze tego zielska, pozostawał przytomny.

W drodze przez las Milva podsumowuje sobie w duchu świat, który stanął na głowie. Na Thanedd polała się krew czarodziejów, armie Nilfgaardu jakby na sygnał uderzyły na Lyrię i Aedirn, a w Redanii, Temerii i Kaedwen wszystko skrupiło się na Wiewiórkach, bo zbuntowanym magom pomagało podobno komando elfów i podobno to elf albo półelf zasztyletował redańskiego króla Vizimira. Ludzie wzięli się za Scoia'tael tak, że elfia krew płynie rzeką. A wiedźmin, który jak świat światem trzymał się z dala od polityki niczym bohater bajki o głupim królu, co chciał zająca uczynić gońcem, a wiedźmina wojewodą, kryje się po rokoszu przed karą w Brokilonie. Iście koniec świata. Z zamyślenia wyrywa ją Eithné. Srebrnowłosa i srebrnooka Pani Brokilonu, ze złotym sierpowatym nożykiem za łykowym paskiem, zwraca się do niej prawdziwym imieniem, Mario, i prosi o jeszcze jedną przysługę. Milva wylicza z goryczą, że od pół roku co nów stawia głowę w hazard, przeprowadzając niedobitki komand przez obławy, że słońca boi się już jak nietoperz i że temu, kto ją rozpozna, kat czerwonym żelazem zaświeci. Wtedy pada słowo „dług". Pod powiekami Milvy wraca noc, w której zawisła w kłusowniczej pułapce głową w dół, ból dartych stawów, własny rzężący krzyk i srebrzysty śmiech driad, które o świcie odcięły ją z powroza. Eithné, nie przyjmując sprzeciwu, wykłada swoją filozofię rachunków: każdy dług spłacamy w istocie samym sobie i rzecz w tym, by rachunek się zgodził. Na pytanie, czy ten wiedźmin jest jej bliski, odpowiada, że tak, choć on sam o tym nie wie. I każe Milvie wrócić do Col Serrai.

Wspomnienie przerywa chrzęst w kotlince. Na wprost zasadzki wychodzi ładny, przeszło czterdziestofuntowy koziołek. Milva zakłada strzałę, czeka z łukiem w pełnym naciągu, aż zwierz odsłoni bok, mierzy na komorę i miękko wypuszcza cięciwę. Nie słyszy jednak trzasku łamanego żebra: kozioł wyskakuje w górę i znika w gąszczu. Doświadczona kłusowniczka, która pierwszą sarnę położyła jako jedenastolatka, wie, że za strzelonym zwierzem nie wolno gnać od razu, siada więc pod pniem i ma pół godziny na dalsze wspominki.

Gdy po dwunastu dniach wróciła do Brokilonu, wiedźmin już chodził, ledwie utykając: leśna woda, conynhaela i wiedźmińska wytrzymałość zrobiły swoje. Milva celowo kazała mu na siebie czekać, a przy spotkaniu na cedrowej polanie zdawała raport tonem złośliwym i zaczepnym. Wojna ma się ku końcowi, Nilfgaard pogromił Lyrię i Aedirn, Verden się poddało, król Temerii ułożył się z cesarzem, a elfy dostały własne królestwo w Dolinie Kwiatów. Potem przeszła do zleconej jej wyprawy do Dorian: Codringher, o którego wiedźmin kazał się wypytać, spłonął razem ze swoją sadybą, z której został komin i pół frontowej ściany. Miasto huczy od plotek, a Milvie nie umknęła wymowna zbieżność dat, bo pożar wybuchł dokładnie w noc rebelii na Thanedd, jakby ktoś zawczasu chciał zasznurować usta komuś, kto wiedział za dużo. Ostrzega więc wiedźmina wprost: jego przeszpiegi są niebezpieczne i mogą kosztować życie kolejnych ludzi. Gdy Geralt zaczyna przepraszać, że naraził ją, kobietę, Milva ucina galanterię po swojemu: choć do sikania musi kucać, jej kapota jest wilkiem podszyta, a tchórza niech jej nie zadaje.

Dopiero potem wykłada wieści naprawdę ważne. Po ruchawce trwają łowy na zdrajców: część czarodziejów ujęto, część przepadła jak kamień w wodę i nietrudno zgadnąć, pod czyje skrzydła uciekli. Szukają też elfa Faoiltiarny, który dowodził komandem Wiewiórek na Thanedd, i każdy schwytany elf idzie na męki, by wydać jego kryjówkę, oraz jakiegoś nilfgaardzkiego rycerza z wyspy. A an'givare wypytują o wiedźmina imieniem Geralt z Rivii i o dziewczynę imieniem Cirilla, oboje przykazano brać żywcem, pod gardłem, tak by włos im z głowy nie spadł. Kpina Milvy, że widać drodzy są komuś sercu, więźnie jej w ustach na widok jego twarzy. Kończy więc pocieszeniem, że pościg to daremny zachód, bo dziewczyny żywej nie dostaną, skoro w przekopanych gruzach zawalonej magicznej wieży niczego nie znaleziono. Wiedźmin robi się kredowobiały i osuwa się pod cedr, a przerażona Milva woła uzdrowicielki, nim zrozumie swój błąd: on pojął jej słowa jako wieść o śmierci Ciri. Odprawia gestem nadbiegające driady, chwyta go za ramiona i tłumaczy nieskładnie, że w rumowisku nie znaleziono niczego, żadnego ciała, choć każdy kamień obejrzano i czary rzucano; dziewczyna przepadła bez śladu jak tamci czarodzieje. Zawstydzona, obiecuje wyruszyć za trzy dni, gdy tylko księżyc pójdzie na uszczerbek, i do dziesięciu dni przywieźć wszystko, co da się wywiedzieć. Na pożegnanie on podaje jej rękę i przedstawia się imieniem. Ona, odwzajemniając szczerość, mówi swoje prawdziwe: Maria Barring. Ostrzeżony, by uważała, komu zadaje pytania, odpowiada, że nie ufa nikomu.

W tym samym czasie w Tretogorze wywiadowca Lennep melduje Dijkstrze, że wiedźmin jest w Brokilonie, i z gorliwością pyta, czy ma go wywabić żywego, czy dostarczyć martwego. Szef redańskich tajnych służb mrozi go uwagą, że nadgorliwość w ich fachu nigdy nie popłaca i zawsze jest podejrzana, po czym rozkazuje zostawić w spokoju i wiedźmina, i Milvę. Na razie. Zostawszy sam z sekretarzem Orim Reuvenem, Dijkstra pozwala sobie na chwilę szczerości: nogi, którą wiedźmin skręcił mu na Thanedd, nie zapomni, bo przez dwa tygodnie nie mógł chodzić i musiał skamleć o leczące czary u Filippy, ale do prywatnej zemsty ludzi służby używać mu nie wolno. Za oknem tymczasem opłaceni przez służby żacy obrzucają kamieniami rezydencję nilfgaardzkiego posła; nazajutrz Dijkstra chętnie posłałby ich pod filię banku Giancardiego, który odmówił ujawnienia kont, ale krasnolud jak na złość przekazał znaczną sumę na fundusz wojenny.

Dijkstra dyktuje Oriemu list do przebywającej w Montecalvo Filippy. Niech pani Triss Merigold przestanie się martwić o wiedźmina, którego w sekrecie, nawet przed nim, teleportowała z Thanedd do Brokilonu: pacjent ma się dobrze i już rozsyła emisariuszki szukające śladów księżniczki Cirilli. Najwyraźniej nie wie, że Cirilla jest w Nilfgaardzie i sposobi się do ślubu z cesarzem Emhyrem, a ponieważ Dijkstrze zależy, by wiedźmin spokojnie siedział w Brokilonie, postara się, by ta wieść do niego dotarła. Dalej list robi się jadowity: Dijkstrę zastanawia, czemu wiedźmin nie szuka kontaktu z Yennefer, i gdyby istniały dowody, że to ona dostarczyła Cirillę Emhyrowi, chętnie podsunąłby je wiedźminowi, a problem wiarołomnej czarodziejki rozwiązałby się sam, bo jak dowodnie przekonał się na Thanedd Artaud Terranova, wiedźmin nie lubi, gdy ktoś dotyka jego dziewczynki. List kończy uprzejma groźba, że Dijkstrę bardzo by zabolało, gdyby Filippa ukrywała przed nim dowody zdrady Yennefer albo miejsce jej pobytu.

Od sekretarza Dijkstra wyciąga za to wszystko o samej Milvie. Maria Barring pochodzi z zapadłej wsi w Górnym Sodden, z rodu myśliwych; gdy łoś zatratował syna starego Barringa, ojciec wyuczył leśnego rzemiosła córkę, a po jego śmierci szesnastolatka uciekła od ojczyma i żyła z kłusownictwa, szczuta przez leśników baronów jak zwierzyna. W końcu zapuściła się w Brokilon i tam dopadły ją driady, ale zamiast ją zabić, przygarnęły ją i uznały za swoją, a ona spłaciła to paktem ze starą Eithné. Przydomek Milva, nadany przez driady, znaczy w Starszej Mowie „kania". Cztery razy prowadziła potem ochotnicze ekspedycje łowców dziwożonich skalpów, w sumie blisko setkę najzajadliwszych, i wszystkie cztery zawiodła wprost pod strzały czekających w zasadzce driad, sama niekiedy wynosząc z rzezi na plecach jedynego ocalonego, który potem pod niebiosa wychwalał jej męstwo. Dopiero w Verden ktoś się połapał, czemu przewodniczka jako jedyna zawsze uchodzi z życiem, i od tamtej pory trudno tam o ochotników na driady. Dijkstra kwituje, że Maria Barring umarła, niech żyje Milva, i dodaje zimną puentę o elfach, które od ludzi nauczyły się wreszcie prowokacji.

Wspomnienia znów przerywa łowiecka proza: przy wylocie kotlinki nie widać farby, a kozioł ruszył się przecież w chwili strzału. Milva klnie w duchu na hańbę strzału w brzuch, ale znaleziona strzała jest po lotki pokryta ciemną, bogatą czerwienią bez śladu treści żołądka czy płucnej piany. Grot przeszył serce: zdobycz leży martwa najdalej sto kroków stąd i wystarczy iść po znaczonym farbą tropie.

Danego słowa dotrzymała z nawiązką, bo wróciła pięć dni po Lammas, wcześniej, niż obiecywała. Z dziewięciu elfów przeprowadzanego komanda przeprawę przeżyło pięciu: żołdacy z Brugge deptali im po piętach aż po samą Wstążkę, gdzie odpuścili tylko ze strachu przed Brokilonem. Wiedźmin, który jak duch wyłonił się z porannej mgły, nie dał jej nawet się położyć. Wieści były głośne, więc przyszły łatwo, i Milva wygarnia mu je z przekąsem, wypominając, że nie uprzedził, jaka to persona ta jego „pannica". Cirilla, cintryjska królewna, uciekła z Thanedd prosto do Nilfgaardu, pewnie razem ze zdrajcami magikami, a cesarz przyjął ją z pompą i zamyśla się z nią żenić; w wianie dostanie Cintrę i ziemie po tej stronie Jarugi, przez co panią Milvy zostanie, bo całe Sodden to podobno jej lenno. Za „Cirillą z pompą przyjętą przez cesarza" stoi jednak pokazana w Loc Grim fałszywka, a rozgłosowi dopomaga list Dijkstry; Milva po prostu powtarza to, co powtarza cały świat. Na pytanie o ujętych zdrajców odpowiada, że nie ujęto nikogo, ale jedna magiczka odebrała sobie życie wkrótce po upadku Vengerbergu; imienia nie zna, lecz to echo śmierci Tissai de Vries. Wiedźmin słucha tego wszystkiego w milczeniu, po czym pyta tylko, czy elfy odstąpią mu jednego z luźnych koni. Milva, zła i coraz bardziej zdezorientowana, bo dopiero teraz pojmuje, że jej „fortunne wieści" wcale fortunne nie były, każe mu brać którego chce, byle nie jej karego, i iść precz, bo musi się wyspać. Na jej wybuch odpowiada spokojnie, że spłaci, co winien: gdyby kiedyś potrzebowała pomocy, oparcia, ramienia, niech krzyknie w noc, a on przyjdzie.

Kozioł leży na skraju źródliskowego zbocza. Milva sprawia go wprawnie, patroszy, rozcina żołądek i pęcherz w poszukiwaniu bezoarów, w których magiczną moc sama nie wierzy, ale durniów gotowych za nie płacić nie brakuje. Potem siada przy zdobyczy i mówi na głos, do wiszących sto stóp nad nią koron sosen, wszystko to, czego nie powiedziała wiedźminowi w oczy. Że opętany szaleniec rusza na koniec świata stojącego w ogniu, nie pomyślawszy nawet o prowiancie. Że nie dojedzie nie tylko do Nilfgaardu, ale nawet do Jarugi, nawet do Sodden. Że śmierć ma wypisaną na zaciętej gębie i że spoziera mu z oczu. No, ale dzięki temu koziołkowi nie będzie to przynajmniej śmierć głodowa. A to chyba też coś.

W Tretogorze tymczasem Dijkstra przyjmuje nilfgaardzkiego ambasadora. Shilard Fitz-Oesterlen uwielbia dyplomatyczny żargon i łacińskie wtręty, których Dijkstra, niedoszły magister Akademii Oxenfurckiej, szczerze nie znosi. Za uprzejmościami kryje się twardy układ sił: królewicz Radowid jest małoletni, królowa Hedwig przybita śmiercią męża, arystokracja skłócona i zastraszona, więc Redanią faktycznie rządzi Dijkstra, który mógłby wziąć każdą godność, ale żadnej nie chce. Minister spraw zagranicznych „zrezygnował ze względu na stan zdrowia", co obaj rozmówcy rozumieją tak samo: siedzi w lochu, gdzie na sam widok narzędzi wyznał wszystko o swych konszachtach z wywiadem Vattiera de Rideaux, a rozbita siatka nilfgaardzka wiedzie nitkami wprost do chronionego immunitetem ambasadora. Dijkstra oznajmia mu, że został uznany za personę non grata. Ambasador ubolewa i odbija każdy zarzut: blokadę ujścia Jarugi i Skellige, zbrojenie band Scoia'tael, koncentrację wojsk w Verden i Cintrze, rajdy na Sodden i Brugge, wreszcie rebelię na Thanedd i zamach na Vizimira nazywa insynuacjami lub prywatnymi porachunkami czarodziejów, a przebywającą na cesarskim dworze „Cirillę, królową Cintry" osobą, która poszukała w Cesarstwie azylu. Na żądanie wydania Vilgefortza i Yennefer, o których mniema się, że zbiegli do Nilfgaardu, odpowiada, że ich tam nie ma, a ekstradycja do kraju nieprzyjaznego byłaby bezprecedensowa. Chyba żeby precedens stworzyć: gdyby Redania wydała cesarzowi jego poddanego, ujętego tu pospolitego zbrodniarza, rada cesarska miałaby podstawy odwzajemnić gest. Z safianowej teczki pada nazwisko: Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach, poszukiwany za morderstwo, dezercję, porwanie panny, gwałt, kradzież i fałszowanie dokumentów. Dijkstra, udawszy długie szukanie w pamięci, odpowiada, że nikogo takiego nie ujęto, i żegna się z „chytrusem" pod nosem. Zaraz potem dyktuje drugi list do Filippy: cudak w hełmie z piórami, który zniknął z Thanedd równie tajemniczo, jak się pojawił, nazywa się Cahir Mawr Dyffryn, jest synem seneszala Ceallacha i szukają go służby Vattiera oraz ludzie „tej kanalii" Stefana Skellena. Rzecz w tym, że wywiad Emhyra ściga zawzięcie tylko tych, którzy zdradzili i rozkazu nie wykonali, a rozkazy Cahira dotyczyły przecież pojmania Cirilli i dostarczenia jej do Nilfgaardu. Dziwne, acz uzasadnione podejrzenia, które ta sprzeczność budzi, Dijkstra chce omówić z Filippą w cztery oczy.

Milva rusza tymczasem na południe, prosto jak strzelił: brzegiem Wstążki przez Wypalanki, potem przez rzekę i podmokłe wąwozy wysłane jaskrawozielonym płonnikiem. Liczy, że ścinając wielki łuk rzeki, dogoni nieznającego terenu wiedźmina w okolicy kaskady Ceann Treise, a może nawet go wyprzedzi. W leszczynowym łęgu wyczuwa obecność, nim cokolwiek usłyszy, i wstrzymuje konia, by ukryci łucznicy dobrze się jej przyjrzeli. To Scoia'tael z komanda Coinneacha Dé Reo, ale obozująca opodal grupa liczy ponad trzydziestu elfów i w niczym nie przypomina obszarpanych niedobitków, jakie Milva widywała ostatnimi czasy. Po demonstracyjnym spokoju, z jakim porządkują broń, i po ich bezdennych oczach poznaje, że idą do walki. Wśród dołączających nowych dostrzega ze zdumieniem Ciarana aep Dearbh z zakrwawionym bandażem na głowie i Toruviel z ramieniem w temblaku, których ledwo co przeprowadziła do Brokilonu na leczenie. Wczoraj w nocy przyszły wieści, tłumaczy cicho Toruviel, a w takiej chwili nie zostawia się towarzyszy broni, gdy liczy się każdy łuk. Milva domyśla się reszty na głos: Nilfgaard przekracza Jarugę w Sodden, uderza na Brugge, a cesarz znów posłuży się elfami, by siali zamęt na tyłach, po czym zawrze mir z królami, a Wiewiórki wytłuką; w ogniu, który wzniecą, sami zgorzeją. Coinneach odpowiada spokojnie, że ogień oczyszcza i hartuje i że trzeba przezeń przejść, a po ludzku nazywa się to Aenyell'hael, chrzest ognia. Odradza jej jazdę na południe, skąd nadchodzi burza i wielki ogień. Milva zwala im pod nogi upolowanego kozła, by w pochodzie nie osłabli z głodu, bo jej samej już niepotrzebny, i żegna odchodzące komando. Jedzie dalej z jedną myślą: musi ostrzec głuptaka wiedźmina, w jaką zawieruchę się pakuje, i zawrócić go z drogi.

W zamku Montecalvo cztery czarodziejki, Filippa Eilhart, Triss, Keira Metz i Margarita Laux-Antille, rzucają wspólnie wyczerpujące zaklęcie teleprojekcyjne. Nad krzesłami przy okrągłym stole na dwanaście miejsc rozbłyskują mleczne kule, a w nich zjawiają się uczestniczki obradujące z daleka. Pierwsza jest Assire var Anahid, czarodziejka z Vicovaro w Cesarstwie: kobieta o nieładnej cerze, w wymiętym stożkowatym kapeluszu, niekształtnej czarnej szacie i z obgryzionymi paznokciami, na której widok panie z Północy wymieniają ukradkowe spojrzenia, bo w Nilfgaardzie najwyraźniej nie słyszano o glamarye, modzie ani makijażu. Przybyła wyłącznie z ciekawości i mówi wprost, że ryzykuje głowę, bo czarodzieje w Cesarstwie mają do wyboru serwilizm lub szafot. Za nią zjawiają się wystrojona Sabrina Glevissig z Ard Carraigh, Sheala de Tancarville z Creyden w Kovirze, samotnica w perłach i boa ze srebrnych lisów, oraz olśniewająca Francesca Findabair, na której widok Sabrina wybucha: nie usiądzie przy jednym stole z elfką, która wraz z Vilgefortzem rozlała krew na posadzkach Garstangu. W odpowiedzi na przytyk o sekretach Filippa wypomina jej kontakty z wywiadem Henselta, na co Sabrina odgryza się, że w przeciwieństwie do gospodyni nie była przez trzy lata niczyją kochanką, ani króla, ani jego wywiadu. Awanturę ucina Sheala, chłodno zapowiadając osobiste konsekwencje wobec niedyskretnych, i oddaje głos Filippie.

Program Filippy jest prosty i bezczelny zarazem. Po Thanedd magia jest zagrożona: setki lat współpracy poszły na marne, panuje rozbrat i wrogość, a Kapituły i Rady nie ma z kogo odbudowywać, bo odbudowane byłyby od początku zarażone tą samą chorobą. Powinna więc powstać zupełnie inna, sekretna organizacja, służąca wyłącznie sprawom magii, bo jeśli zginie magia, świat pogrąży się w chaosie, jak przed wiekami. Konwent ma składać się wyłącznie z kobiet, co Sabrina po namyśle popiera, a Margarita podpiera doświadczeniem rektorki, że porównanie adeptek Aretuzy z chłopcami z Ban Ard wypada nieodmiennie na korzyść dziewcząt, których nie gubi męska ambicja. Francesca i Assire pytają ostro o apolityczność inicjatywy, bo trwa wojna i hasła o solidarności magii łatwo mogą się okazać zachętą do zdrady; Sabrina dorzuca, że Emhyr po zwycięstwie i tak rozliczy się z uczestniczkami bitwy pod Sodden. Zasadę formułuje w końcu Sheala: poza tą salą każda może być, kim chce, i służyć, komu chce, ale gdy konwent się zbierze, zajmować się będą wyłącznie magią i jej przyszłością. Ustalają, że przy stole zasiądzie dwanaście czarodziejek: Assire ma na następne spotkanie przedstawić drugą godną kandydatkę z Cesarstwa, a Francesca, by jako elfka czystej krwi nie czuła się osamotniona, prosi o dwa miejsca dla swoich kandydatek i je dostaje. Za czternaście dni, drugiego dnia po pełni, spotkają się już nie jako projekcje, lecz we własnych osobach. Pozostaje ostatnie, dwunaste krzesło, i tu Filippa uśmiecha się tajemniczo: za dwa tygodnie powie, kto powinien na nim zasiąść, a potem wspólnie zastanowią się, jak to sprawić. Nie będzie to bowiem zwykła osoba, lecz Śmierć albo Życie, Destrukcja lub Odrodzenie, Ład lub Chaos. Zależy, jak na to spojrzeć.

Daleko na południu, w nilfgaardzkiej prowincji, cała wieś wylega przed płoty patrzeć na przejazd Szczurów, o których plotka głosiła już, że wszystkich schwytano i powieszono. Wychodzi też kmieć Tuzik i słucha szeptów sąsiadów, pełnych strachu i podziwu zarazem: że bezczelne łotry walą środkiem wsi wystrojone jak na wesele, że takich koni nie uświadczysz u samych Nilfgaardczyków. Na przedzie jedzie Giselher, obok niego Iskra, która ujadającego kundla ścina nahajem i pluje na niego z siodła; dalej gryzący jabłko Kayleigh, barczysty Asse i Reef w haftowanym półkożuszku. Pochód zamykają dwie trzymające się za ręce dziewczyny: obwieszona błyskotkami, krótko ostrzyżona Mistle i ta, którą zwą Falką, młodziutka, popielatowłosa, w aksamitnym berecie z pękiem bażancich piór i makowej chustce zawiązanej w fantazyjną kokardę, z mieczem przez plecy. Giselher rzuca brzęczącą sakiewkę pod nogi wspartej na kosturze babki Mykitki, Iskra z perlistym śmiechem sypie w tłum garść monet, Reef i Asse idą w jej ślady, a Kayleigh ciska w kotłujących się nad srebrem ludzi ogryzkiem. Tuzik jako jedyny nie pada na kolana w piasek i kurze gówno, i właśnie jego wzrok wyławia z tłumu zielonooka bandytka. Ciri najeżdża na niego koniem i przypiera go do płotu, a chłop, zajrzawszy w jej oczy, drży, bo tyle w nich zła i zimnej nienawiści. Od dalszego ciągu wybawia go rzucone przez Mistle „zostaw, Falka". Na przedwieczerzu do wsi wpadają w pościgu za bandą Czarni, groźni konni z fortu pod Fen Aspra, ale sołtys i wypytywani chłopi łżą jak najęci i kierują pogoń na fałszywy ślad. Wieczorem Tuzik zastaje w ogrodzie swoją jedyną żyjącą córkę Milenkę z patykiem na sznurku zamiast miecza przez plecy, kogucim piórkiem przy czapeczce i matczyną chustką zawiązaną w fantazyjną kokardę. Ojcowskiego rzemienia nie użył nigdy w życiu. Tego dnia robi to pierwszy raz.

Nad Wstążką błyska i grzmi, podmuch wiatru orze rzekę jak brona. Zięby nie myliły się, dzwoniąc na deszcz. Milva popędza konia: jeśli chce dogonić wiedźmina przed burzą, musi się spieszyć.

„Zła wróżka poradziła wiedźminowi, by na koniec świata szedł w żelaznych butach, z żelaznym kosturem, drogę łzami skrapiając. Tam odnajdzie to, czego szuka i co kocha. Być może. Wiedźmin poszedł przez ogień i wodę, ale butów ani kostura nie wziął, jeno swój wiedźmiński miecz. I dobrze zrobił (Flourens Delannoy, Bajki i klechdy).”

Co warto zapamiętać z tego rozdziału

  • Spotkanie w Montecalvo: W zamku Montecalvo Filippa Eilhart gromadzi przy okrągłym stole osiem czarodziejek: cztery obecne osobiście i cztery w postaci teleprojekcji, w tym ryzykującą głowę Assire var Anahid z Nilfgaardu i znienawidzoną przez Sabrinę Francescę Findabair. Po Thanedd magia jest rozbita i zagrożona, a Kapituły nie ma z kogo odbudować, proponuje więc Filippa rzecz niebywałą: sekretny, apolityczny konwent złożony wyłącznie z kobiet, który weźmie w ręce ster i będzie służył wyłącznie sprawom magii, ponad królestwami, rasami i frontami trwającej wojny. Mimo kłótni i nieufności żadna z zaproszonych nie przerywa projekcji: za czternaście dni spotkają się we własnych osobach, a Assire i Francesca mają przyprowadzić kandydatki na wolne krzesła. Dwunaste krzesło Filippa owija tajemnicą: zasiąść ma na nim osoba, która jest Śmiercią albo Życiem, Destrukcją lub Odrodzeniem, Ładem lub Chaosem. Zależy, jak na to spojrzeć.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.