👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom V · Chrzest ognia

Rozdział 2 „Rozdział drugi”

Rozdział 2 z 5 w tomie·35/38 w sadze·~19 min czytania
Tom V · rozdz. 2/5
35/38 w sadze

Nad kaskadą Ceann Treise, gdzie kryształowa woda Wstążki przelewa się przez próg skalny między czarne jak onyks głazy, a łososiopstrągi próbują skoków pod prąd, Geralt i Jaskier zatrzymują się na krótki postój. Wiedźmin opuścił Brokilon po równo trzydziestu sześciu dniach kuracji i jedzie na otrzymanej od driad gniadej klaczy z elfim rzędem, która tańczy i wierzga przy każdym grzmocie. Na kpiące pytanie Jaskra przyznaje, że nie miał w życiu konia, który nie nazywałby się Płotka, więc i ta zostaje Płotką; opasły wałach poety nosi imię Pegaz. Nad rozmową wisi cel podróży: Nilfgaard, do którego jest stąd niewyobrażalnie daleko. Geralt wykłada trasę, jaką zna z pamięci o tych stronach: na południe wzdłuż rzeki, mimo Siódmej Mili i Sowich Wzgórz, potem lasami do miejsca zwanego Drieschot, czyli Trójkątem, gdzie schodzą się granice Verden, Brugge i Brokilonu, dalej nad Jarugę i do ujścia, do Cintry. Jaskier deklaruje, że nie da się zniechęcić ani odpędzić i pojedzie z nim; wiedźmin zbywa go wykrętnym „dotrzyjmy wpierw do Verden". Na południu niebo przecinają błyskawice, wiatr zalatuje morzem: nadchodzi zmiana pogody.

Ulewa dopada ich na samym środku rzeki podczas przeprawy. Przemoczeni do nitki, chronią się w lesie, który przecieka jak sito, i wyjeżdżają na polanę z potężnym bukiem. Pod konarami stoi zaprzężony w muły wóz, a z kozła mierzy do nich z kuszy woźnica. Niski człowieczek w słomianym kapeluszu każe Koldzie opuścić broń, bo to nie ci, na których czekają, tylko klienci: bierze przybyszów za elfy. Pomyłka jest zrozumiała, bo obaj jeźdźcy noszą szare elfie opończe, Geralt siedzi na koniu z elfim rzędem i w kubraku z liściastym motywem, a fryzowany na żelazkach Jaskier nieraz bywał brany za półelfa. Geralt syczy do barda, by nie otwierał ust: trafili na havekarów, spekulantów prowadzących leśny handel ze Scoia'tael, ludzi okrutnych i gotowych mordować każdego, kto mógłby ich wydać wojsku. Handlarz zachwala towar łamaną Starszą Mową, pokazuje zakazane rozpryskowe groty po dziewięć orenów za tuzin i odgania ciekawskiego Jaskra od wozu, gdzie leży „inny towarek, zamówiony". Geralt, udając śpiewny elfi akcent, wykręca się brakiem gotówki, a handlarz każe im zjeżdżać, bo ma się tu spotkać z ważnymi osobami, którym lepiej nie leźć w oczy.

Na to spotkanie jest już jednak za późno. Polanę okrąża ośmiu opancerzonych konnych, a ich dowódca, olbrzym w hełmie z szerokim stalowym nosalem, wymienia z handlarzem hasło i odzew: „Rideaux" i „Faoiltiarna". Havekar melduje, że przywiózł jeniec zgodnie z umową, żywego, tyle że w trumnie, bo tak wymyślił Faoiltiarna; dowódca wpada we wściekłość, bo pan de Rideaux rozkazał wyraźnie dostarczyć więźnia żywym. Z wozu leci na ziemię towar, w świetle błyskawicy widać trumnę ze świeżej sośniny z wywierconymi w wieku otworami. Potem dowódca oznajmia, że kupuje wszystko razem z zaprzęgiem, każe handlarzowi podejść i z rozmachem wbija mu nadziak w ciemię, a jego ludzie duszą i dźgają Koldę. Geralt wie, co będzie dalej: chwyta wyrzucony z wozu miecz i ciska nim jak oszczepem w kusznika mierzącego do Jaskra. Poeta ratuje życie tylko dzięki temu, że spada z siodła na drugą stronę Pegaza. Dowódca ryczy, że to nie elfy i brać żywych; Geralt rąbie dwóch pieszych, ale leczona w Brokilonie noga nagle, bez ostrzeżenia odmawia posłuszeństwa i wiedźmin pada pod ciosami konnych.

Ratunek nadchodzi z olszynki. Napastnika z toporem zwala strzała wbita po połowę brzechwy, a na polanę wypada Milva z napiętym łukiem: dogoniła wiedźmina dokładnie tam, gdzie planowała, i czekała w ukryciu już podczas rozmowy z havekarem. Trzej konni szarżują na nią, kryjąc się za końskimi szyjami, i mylą się, sądząc, że to wystarczy: dwóch zmiatają kolejne strzały, a dowódcy, z odległości pięciu kroków, Milva wsadza strzałę prosto w twarz tuż obok stalowego nosala. Po walce Jaskier wymiotuje, a łuczniczka wyciera groty i sucho ocenia, że wiedźmin mieczem obracać umie, ale jest kuternogą i było mu zostać w Brokilonie kurować kulas. Przybyła zresztą nie tylko strzelać: chce go ostrzec i zawrócić, bo na południu wojna i od Drieschot idą na Brugge nilfgaardzkie wojska. Zabici, jak pokazuje, mają słońca na hełmach: to Nilfgaardczycy.

Geralt nie sądzi, by to był zwykły podjazd. Przyjechali po zawartość trumny. Po podważeniu wieka wiedźmin długo patrzy na przykrępowanego rzemieniami, zakneblowanego jeńca, po czym oznajmia, że go zna i że to wewnętrzna nilfgaardzka sprawa, w którą nie należy się mieszać. Na protest Jaskra, że przecież to więzień ich wrogów, odpowiada, unosząc uwolnioną rękę młodzika: na dłoni widać szramę, którą wycięła Ciri, broniąc się na Thanedd przed porwaniem. To ten sam Nilfgaardczyk, który przyjechał na wyspę ją uprowadzić. Milva trzeźwo zauważa, że coś się tu kupy nie trzyma: jeśli porywał Ciri dla Nilfgaardu, czemu havekar wydawał go Nilfgaardczykom w trumnie? Geralt nie chce słuchać żadnych wyjaśnień, bo mówi wprost, że gdy związany się odezwie, ręka może mu nie wytrzymać. Rzuca jeńcowi nóż na pierś, każe oswobodzić się samemu i po raz drugi daruje mu życie, z ostrzeżeniem, że trzeciego razu nie będzie: przy następnym spotkaniu zabije go jak psa. Na odjezdnym Milva krzyczy, by skręcali w lasy, bo od Wstążki nadciąga wielka kupa jazdy.

Ucieczka kończy się na urwisku, z którego trójka ogląda bitwę o wieś na grobli. Bruggeńscy zaciężni knechci pod zielonym sztandarem z białym krzyżem kotwicznym odpierają zza barykad kolejne szarże verdeńskiej konnicy w tunikach z szachownicami; szerokość grobli nie pozwala jeździe nabrać impetu, więc fala za falą rozbija się o wozy i płoty. Widzowie nie mają dokąd pójść: przed nimi bitwa, za nimi płonące lasy, a słupy dymu pasiasto znaczą cały widnokrąg, także na wschodzie. Milva dopytuje kpiąco, co wiedźmin teraz zamyśla, i słyszy, że plany się nie zmieniły: przeczekać, dotrzeć do Jarugi, łodzią spłynąć do ujścia, potem statkiem. Wtedy wygarnia mu bez znieczulenia wszystko, co myśli o wyprawie: że Emhyr upatrzył sobie jego dziewkę na cesarzową, że z cesarzem nie mogą się mierzyć królowie, a kulawy oberwaniec w butach po zmarłym elfie zamierza; że gdy odnajdzie swoją pannę na pałacowych pokojach, ta gotowa mu w oczy plunąć i kazać go psami poszczwać. Geralt nie odpowiada, bo w dole rozstrzyga się bitwa: na knechtów uderzają jednocześnie Verdeńczycy po grobli i skrzydłowy zagon jazdy w czarnych płaszczach, a od lasu odcina uciekających trzeci oddział, pstrokata wataha Scoia'tael. Sztandar pada. Na rozkaz rycerza w hełmie z czarnym pióropuszem jeńcy zostają spędzeni w kupę i wyrżnięci co do jednego, wieś idzie z dymem, a Milva gorzko wylicza, że chłopi odbudowywali ją po tamtej wojnie dwa lata w pocie czoła. Proponuje odwrót lasami do Ceann Treise i do Brokilonu; Geralt odmawia, każe jej tylko przeprowadzić Jaskra, na co poeta się nie godzi. Łuczniczka klnie, że za długo ratowała elfów od zguby, by teraz patrzeć, jak ktoś ginie, i decyduje: przeprowadzi obu do Jarugi, tyle że nie południowym, a wschodnim szlakiem, przez ogień, bo do ognia przywykła.

Na noclegu wśród jasnych od łun parowów Jaskier zachwyca się półgłosem urodą Milvy i teoretyzuje o zerrikańskich łuczniczkach, które jakoby obcinają sobie pierś, by nie wadziła cięciwie. Milva, wróciwszy z patrolu, kwituje te rewelacje jako wymysł próżniaczej głowy, której wiecznie babskie cycki na myśli, i przy okazji wykłada, jak się naprawdę strzela: bokiem, z cięciwą dociąganą do twarzy. Jaskier wróży jeszcze pół żartem, że w wojnach przyszłości wynajdą broń tak dalekosiężną, że przeciwnicy będą się zabijać, w ogóle się nie widząc. Potem robi się poważnie: poeta ostrożnie sonduje, czy Milva nie miała trochę racji, bo Ciri to w końcu królewskie dziecko, któremu pisany jest tron. Geralt odpowiada monologiem tak gorzkim, że aż zmienia mu się głos: nikt przecież dziewczyny nie porwał ani nie katuje, śpi na adamaszkach, jada na srebrze i tylko patrzeć, jak ją koronują, a jakiś wiedźmin zawziął się, by to szczęście podeptać dziurawymi butami po zmarłym elfie. Z mroku odzywa się Milva: to nie do Jaskra była ta przemowa, tylko do niej, bo to jej słowa z urwiska tak dopiekły. Przeprasza po swojemu, obejmuje wiedźmina za szyję i całuje w policzek, po czym cała trójka zbija się w kupę pod derkami, żeby było cieplej. Wtedy Geralt, zastrzegłszy, by się nie śmiali, opowiada sen, który od kilku dni wraca uparcie ten sam: Ciri nie śpi w żadnym pałacu, lecz jedzie konno przez zakurzoną wieś, wieśniacy pokazują ją palcami i wołają na nią imieniem, którego on nie zna, a za rękę trzyma ją krótko ostrzyżona dziewczyna. Nie podoba mu się jej uśmiech, nie podoba ostry makijaż, a najmniej to, że jej tropem podąża śmierć. Geralt w takie sny nie wierzy; Milva odpowiada, że głupi, bo ona wierzy. „Przed nią jest ogień, a za nią śmierć. Muszę się spieszyć."

O świcie zaczyna siąpić drobny, dokuczliwy kapuśniaczek i taka pogoda zostaje z nimi na dni. Jadą na wschód, prowadzeni przez Milvę: przemykają duktami, kryją się w gąszczu przed tętentem ciągnącej drogami kawalerii, mijają zgliszcza i stada wron na trupach, wymijają kolumny otępiałych uciekinierów o pustych od nieszczęścia oczach. Przed oczami przewija im się gobelin wojny, obraz po obrazie. Na żurawiu wśród spalonej wsi wisi głową w dół nagi trup z wyciętą nożem na plecach runą Ard: an'givare, donosiciel, robota Wiewiórek. Skrajem pobojowiska błąka się koń wlokący wnętrzności z rozprutego brzucha, którego nie można nawet dobić, bo wśród zwłok krążą maruderzy. Pod spalonym obejściem leży rozkrzyżowana, naga, martwa dziewczyna; Milva warczy na „bohaterów", którym wojaczka niby rzecz męska, ale nad babą się nie zlitują, i wyznaje przy okazji, czemu sama przed laty uciekła z domu: nie chciała czekać, aż przyjdą, podpalą chałupę i rozłożą ją na podłodze. Przy smolarni, w której zwycięzcy rozprawili się z jeńcami znalezionym na miejscu drwalskim sprzętem, Jaskier zwraca wszystko, co tego dnia zjadł. Kolejnych obrazów cała trójka już nie zapamiętuje, bo wyrzuca je z pamięci. Zobojętnieli.

Dwa dni później Geralt pierwszy słyszy za nimi konia. Z zarośli wyjeżdża na cisawym ogierze Nilfgaardczyk z trumny, odziany w rzeczy zwleczone z zabitych przy wozie havekara. Na przypomnienie zakazu odpowiada spokojnie, że musi jechać za nimi. Wiedźmin zeskakuje z siodła, dobywa miecza i każe mu stanąć do walki, skoro ma już przy boku kawałek żelaza; młodzik odmawia, a na groźbę, że Milva zastrzeli pod nim konia, zsiada, lecz ręce splata na piersi. Przedstawia się pełnym imieniem: Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach, syn Ceallacha, i oświadcza rzecz, od której Geralt aż traci pewność, czy się nie przesłyszał: chce się do nich przyłączyć, bo wiedźmin jedzie szukać dziewczyny, a on chce i musi mu pomóc. Dodaje, że nie jest Nilfgaardczykiem, lecz pochodzi z Vicovaro. Geralt kwituje, że mają do czynienia z szaleńcem, Milva mruczy pod nosem, że pasowałby do kompanii jak ulał, a Jaskier podsuwa na wpół żartem, że nilfgaardzki szlachcic mógłby się przydać przy przekraczaniu granic. Wiedźmin ucina dyskusję, ale zabić bezbronnego nie potrafi, a Milva odmawia strzelania do konia, bo koń niczemu niewinien. Cahir odjeżdża galopem, skąd przybył. Geralt mruczy, że się starzeje, bo zaczyna miewać skrupuły, na co Milva ze współczuciem doradza odwar z miodunki i poduszeczkę na siodło, a Jaskier uczenie prostuje, że skrupuły to nie hemoroidy. Łuczniczkę gryzie jednak co innego: czemu ten Nilfgaardczyk gada, że musi?

Las kończy się nagle i wyjeżdżają na gościniec zasłany trupami rozbitej kolumny kupieckiej. Przy zepchniętym do rowu furgonie z napisem „Vera Loewenhaupt i Synowie" leży martwa, tęga kobieta ze skręconym karkiem i rozszarpanym uchem, z którego wydarto kolczyk: to Vera, kupcowa znana Jaskrowi i Geraltowi sprzed lat spod dębu Bleobherisa, a jej synów nigdzie nie widać. Milva odczytuje ślady: kupcy szli z południa, od Dillingen ku Brugge, więc tamte strony są już w rękach Nilfgaardu i na południe drogi nie ma, zostaje wschód, przez lesiste wzgórza Turlough. I wtedy, pośrodku pejzażu śmierci, Jaskier słyszy coś niemożliwego: od południa zbliża się raźny, wesoły śpiew. Poeta wyciąga lutnię i na całe gardło zawtórowuje piosence o wilku, co tańcuje pod borem, bo widno jeszcze nieżonaty. Zza zakrętu wyłania się gęsiego szóstka niskich wędrowców w impregnowanych dziegciem płaszczach, objuczonych bagażami, pod którymi padłby niejeden koń, w tym miedzianym kociołkiem, komódką i całym kołem od wozu. Ich przywódca, krasnolud z długim mieczem na plecach i zieloną papugą na ramieniu, grzmi na powitanie, że kto śpiewem wita, ten swój chłop, i przedstawia się: Zoltan Chivay. Jego kompania to Munro Bruys, Yazon Varda, Caleb Stratton i Figgis Merluzzo oraz długonosy Percival Schuttenbach, przedstawiciel starej i szlachetnej rasy gnomów; klnąca bez opamiętania papuga wabi się Feldmarszałek Duda. Z lasu wyłania się za nimi grupka kobiet z dziećmi: uciekinierki z Kernow, których gromadę Nilfgaard trzy dni wcześniej wyrżnął i rozproszył.

Zoltan rzeczowo prostuje, że kupców nie wyrżnął Nilfgaard, lecz Scoia'tael, bo regularne wojsko nie trudzi się wyciąganiem strzał z trupów, a dobry grot kosztuje pół korony. Odradza południe, gdzie jest już tylko ogień i zagłada, i wykłada własny plan: skryć się za front, iść leśnymi duktami do wzgórz Turlough, potem Starą Drogą w stronę Sodden, wzdłuż rzeczki Chotli do Iny, nad którą muszą w końcu stanąć temerskie wojska. Proponuje wspólny marsz, uprzedzając, że z uciekinierkami idzie się wolno; na uszczypliwość Milvy, że bez bab z dziećmi krasnoludy byłyby nad Chotlą w trzy dni, wypina brodę i pyta, czy doradzałaby zostawić je na łasce losu. Nie doradzałaby. Umowa staje, a krasnoludy w mgnieniu oka wyciągają z rowu furgon nieboszczki Very Loewenhaupt, do którego jak ulał pasuje niesione przez Figgisa koło; Zoltan, jak się okazuje, kazał je taszczyć już dzień wcześniej, wietrząc okazję. Na wóz idzie bagaż i czwórka dzieci, a wierzchowe konie kompanii Zoltan kwituje pogardliwym „do niczego" i staje z Figgisem oraz Calebem do dyszla.

Marsz na wschód wlecze się potwornie wolno i zajmuje w ten sposób trzy dni. Percival, ustępujący krasnoludom siłą, ale bijący ich zwinnością, krąży w awangardzie jak fretka, melduje o przeszkodach i za każdym powrotem przynosi dzieciom jeżyny, orzechy albo smakowite kłącza. Wojsk nie widać, za to w lasach kryją się gromady chłopskich zbiegów z widłami, których lepiej nie zaczepiać. Kobiety z Kernow odnoszą się do krasnoludów z pełną strachu rezerwą, na co pewien wpływ mają maniery kompanii: repertuar przekleństw bogatszy niż u papugi, świńskie piosenki, w których dzielnie sekunduje Jaskier, oraz załatwianie lżejszych potrzeb bez odchodzenia od obozu, czego Milva zakazuje im soczystą wiązanką z groźbami, po której krasnoludy chodzą już w zarośla, tyle że demonstracyjnie grupowo. Poeta za to kwitnie: nosi wycyganioną pikowaną kurtę i zawadiacki kuni kołpak, a zbójecki nóż, którym kłuł się w pachwinę przy każdym schyleniu, szczęśliwie gdzieś gubi. Gdy kończy się prowiant, Yazon i Munro znikają nocą z pustym workiem i wracają z dwoma pełnymi: jest pasza, krupy, suszona wołowina i ogromny kindziuk. Geralt w cztery oczy pyta Zoltana, czy nie widzi nic zdrożnego w okradaniu innych uciekinierów, równie głodnych. Krasnolud odpowiada z powagą, że owszem, bardzo się wstydzi, ale taki już ma charakter: jego ogromną przywarą jest niepohamowana dobroć, a że wszystkim dobra wyświadczyć nie zdoła, postanowił czynić dobro konkretne, dla siebie i najbliższego otoczenia. Więcej pytań wiedźmin nie zadaje.

Przy biwaku Zoltan zdaje relację z przebiegu wojny, w której orientuje się zaskakująco dobrze. Atak wyszedł od Drieschot o świcie siódmego dnia po Lammas, a razem z Nilfgaardem uderzyło sprzymierzone wojsko Verden, bo Verden jest teraz cesarską protekcją. Na twierdzę Dillingen ruszyła zza Jarugi nilfgaardzka Czarna Piechota, która przeszła rzekę w najmniej spodziewanym miejscu po moście zbudowanym na łodziach w pół dnia. Kompania Zoltana była wtedy w okolicy i utknęła wśród uciekinierów tarasujących gościńce; zagony rozdzieliły się, jeden poszedł na północny wschód, ku miastu Brugge. Wędrowcy są więc dokładnie między dwoma zagonami, a boków cesarskim hufom flankują Wiewiórki i verdeńscy wolentarze, jeszcze gorsi od regularnych: to tacy spalili Kernow. Na wyznanie Geralta, że chce dotrzeć do Jarugi i łodzią spłynąć do ujścia, krasnolud najpierw wybucha śmiechem, a potem, zrozumiawszy, że to nie żart, tłumaczy bez ogródek: całe południowe Brugge w ogniu, a mostu na łodziach strzegą dzień i noc, więc rzeką nie przepłynie nic prócz łososia. Pilne i ważne sprawy muszą stracić na pilności, bo wyżej rzyci nie podskoczysz. Milva najwyraźniej widzi sprawę tak samo. Geralt milczy, bo gryzie go coś gorszego niż ból niedoleczonego przedramienia i kolana: uczucia, których nigdy dotąd nie znał i z którymi nie umie sobie radzić. Bezsiła i rezygnacja.

Po dwóch dniach deszcz ustaje i Zoltan zarządza dłuższy postój. Kobiety piorą i gotują, dzieci hasają po parującej puszczy, a krasnoludy odpoczywają aktywnie, czyli grają w gwinta, swoją ukochaną, hałaśliwą grę karcianą, w której licytuje się wrzaskiem jak na końskim targu, a obok każdego gracza leży na wszelki wypadek gruby kij. Geralt kibicuje i podziwia karty: krasnoludzkie talie to arcydzieła poligrafii, przy których ludzkie, wymamłane kartoniki z figurami nie do odróżnienia wyglądają jak nieporozumienie. Sielankę przerywa przeraźliwy wrzask z lasu. Piegowata dziewczynka z warkoczykami stoi jak wryta przed stertą spróchniałych pni, z której złazi coś, co dopiero po chwili przestaje udawać kłodę: osiem cienkich nóg o gruzłowatych stawach i pobrużdżony, podzielony na racze segmenty pancerz. Geralt błyskawicznie porywa małą pod pachę i każe wszystkim cofać się bez gwałtownych ruchów, bo stwór, choć z pozoru nieruchawy, atakuje błyskawicznie, a na jego jad nie ma odtrutki. To okogłów, twór Chaosu, wymierający relikt sprzed Koniunkcji Sfer. Zoltan usłużnie proponuje wiedźminowi swój miecz, ale Geralt prosi zamiast tego o chochlę i pokrywkę od kociołka, po czym urządza taki blaszany koncert, że okogłów ucieka, aż się kurzy, a krasnolud z rękami na uszach błaga o litość dla chochelki. Okogłów słyszy bowiem całym sobą i metalicznych dźwięków nie znosi. Obóz na wszelki wypadek zostaje zwinięty, bo koncert słychać było pewnie aż na Skellige.

Wieczorem Geralt bierze Zoltana na stronę i pyta wprost, skąd ten wie, że ma przed sobą wiedźmina. Odpowiedź jest rozbrajająca: Jaskier gada, gęba mu się nie zamyka, więc wygadał wszystko, a Zoltan, który przed wojną mieszkał w Cintrze, i tak zna opowieści o Dziecku Niespodziance i białowłosym wiedźminie, któremu ją przeznaczono. Resztę dopowiedziała mu obserwacja: Geralt pożałował miecza potworowi, którego tępienie jest przecież wiedźmińskim rzemiosłem, bo teraz nie jest wiedźminem, tylko szlachetnym rycerzem, który spieszy na ratunek uprowadzonej dziewicy. Krasnolud radzi mu przestać się gryźć i węszyć zdradę: świat się nie odmienił, wiedźmin też nie, a wspólna droga do Iny opłaci się obu stronom. Geralt nie odpowiada, za to odciąga w las Jaskra i wygarnia mu od papli, gaduły i kłapigęby, po czym, gdy poeta hardo pyta, czy naprawdę mają się przed wszystkimi kryć, skoro krasnoludy to jakby ich kompania, wybucha: nie ma żadnej kompanii i mieć nie chce, nie idzie do Nilfgaardu ocalać świata ani obalać imperium zła, idzie po Ciri, a reszta go nie obchodzi, więc niech odejdą. Odchodzi tylko Jaskier. Milvie, która została, wiedźmin wyznaje, że miał znowu sen i że traci czas: Ciri tańczyła w jakiejś zadymionej budzie, szczęśliwa, wśród muzyki i wrzasku, a nad dachem budy w zimnym nocnym powietrzu tańczyła śmierć. Ona go potrzebuje. Milva odwraca oczy i szepcze, tak cicho, by nie dosłyszał: nie tylko ona.

Na kolejnym postoju przychodzi czas na miecz Zoltana, który zaciekawił wiedźmina już przy okogłowie. Sihill, dobyty z lakowej pochwy omotanej kocimi skórkami, mierzy około czterdziestu cali, waży ledwie trzydzieści pięć uncji, a jego niebieskawa, pokryta runami klinga jest ostra jak brzytwa. Geralt próbuje broni w młyńcu i chwali „ładną sztukę żelaza", czym doprowadza Percivala do świętego oburzenia. Zaczyna się wykład o metalurgii: takie miecze kuje się tylko w Mahakamie pod górą Carbon, krasnoludy wytapiają stal i kują warstwowe głownie, a szlifem i ostrzeniem zajmują się gnomy, wedle technologii, którą niegdyś robiono gwyhyry, najlepsze miecze świata. Brokiloński miecz Geralta, wyniesiony z katakumb na Craag An, zostaje na tej lekcji zdegradowany: wykończenie ma wprawdzie elfie, ale głownia jest mahakamska, sprzed paru wieków, z pośledniej stali i po prymitywnej obróbce, bo twardy rdzeń okuto miękką stalą, żeby dało się go naostrzyć. Nowoczesne klingi robi się odwrotnie: miękki rdzeń, twarde ostrze, a najlepszymi egzemplarzami można przeciąć w powietrzu podrzucony batystowy fular. Geralt słucha, pyta i próbuje sihilla, nie wiedząc jeszcze, że nazajutrz przyjdzie mu uzupełnić teorię praktyką.

Pierwszym znakiem ludzkiej obecności jest równy sąg opałowego drewna przy dukcie. Wysłany na zwiad Percival wraca zdyszany: na polanie sadyba, trzy chałupy, stodoła, pies na podwórzu, a z komina pachnie gotowana na mleku owsianka. Zoltanowi i Milvie ten obraz od razu źle pachnie, bo kmieć, który widzi dymy wojny, bierze krowę i ucieka w las, a ten nie uciekł. Na rekonesans idą wszyscy, a do zagrody rusza dwóch krasnoludów, bo Milva, jak ocenia Zoltan, za bardzo patrzy na Wiewiórkę i mogłaby wystraszyć gospodarzy. Z chaty wypada jednak dziewczyna z warkoczami i krzyczy coś, po czym Yazon i Caleb zawracają biegiem, jakby deptały im po piętach wszystkie demony Chaosu: w sadybie panuje czarna ospa, chorzy leżą w ostatniej chacie, a za klecią jest dół, do którego dziewczyna, sama nie mając sił grzebać zmarłych, wrzuca trupy. Nim kompania zdąży odejść, na polanę wpada z gwizdem i hałłakowaniem trzynastu zbrojnych jeźdźców w pstrokatym, zebranym po pobojowiskach rynsztunku: nie Nilfgaard, nie regularni, tylko wolentarze albo maruderzy. Ostrzeżenie o ospie nie działa albo nikt go nie słucha. Jeźdźcy ściągają dziewczynę z progu za warkocz, wywlekają na stertę przegniłej słomy, obdzierają z giezła i gwałcą.

Milva zrywa się do strzału, ale Zoltan studzi: trzynastu konnych, a diabli wiedzą, jaka siła za nimi ciągnie. Wtedy głos zabiera Geralt, który ma serdecznie dość przyglądania się i bezczynności. Ustala z Milvą plan: on podejdzie, ona ma zdjąć z siodła pilnującego koni, a potem jeszcze jednego, ale dopiero gdy dojdzie. Zoltan, klnąc od bohaterów i wybawicieli dziewic, wciska mu na drogę swój sihill, bo przy takiej kupie wrogów lepiej nie musieć poprawiać cięć. Wiedźmin idzie przez nasłonecznioną polanę, a pytany przez wartownika, kim jest, odpowiada pytaniem, czy imię Ciri coś mu mówi. Więcej maruder nie zdąży powiedzieć: strzała Milvy zrzuca go z kulbaki, druga trafia następnego, a Geralt wpada między pozostałych z krasnoludzkim mieczem, który tnie ciała niemal bez oporu. Zabija ośmiu w niecałe dwie minuty, choć sam skwituje potem, że nie ma się czym szczycić, bo nie umieli się bronić. Uciekających dosięgają strzała Milvy i ciśnięty przez Zoltana toporek; umyka tylko ostatni, ze strzałą w ramieniu, bo zdyszana łuczniczka spudłowała o cal. I ten jednak nie ujedzie daleko: z przesieki dobiega rżenie konia i wrzask mordowanego. Milva i Zoltan wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, bo oboje dawno przyuważyli, że za kompanią jedzie w tajemnicy ktoś na cisawym źrebcu, i łuczniczka głośno pyta wiedźmina, czy nadal pewien jest, że ten Cahir to wróg. Ocalona dziewczyna zbiera się z ziemi, poprawia resztki giezła i bez jednego spojrzenia na wybawców zatrzaskuje za sobą drzwi chałupy. Na sarkazm Zoltana o ludzkiej wdzięczności Milva i Geralt odpowiadają zgodnie pytaniem, za co właściwie miałaby dziękować. Krasnolud tłumaczy po swojemu: za maruderskie konie, dzięki którym nie będzie musiała ubijać krowy, i za to, że ominęła ją dłuższa zabawa i spalenie chałupy, co zrozumie dopiero za parę dni. Geralt na koniec zdejmuje z zabitego wartownika nowiutkie, zrabowane buty z błyszczącymi klamerkami, bo wyglądają w sam raz na niego. Widząc dziewczynę z bliska, zdążył się jeszcze zdziwić: nie była w niczym, absolutnie w niczym podobna do Ciri, choć chwilę wcześniej przysiągłby, że wygląda jak jej bliźniacza siostra.

Przez następne dni kompania je koninę, a buty z klamerkami okazują się całkiem wygodne. Nilfgaardczyk zwany Cahirem wciąż jedzie za nimi na swoim cisawym ogierze i wiedźmin przestał się oglądać. Geralt rozgryzł wreszcie tajniki gwinta, zagrał z krasnoludami i przegrał. O wydarzeniu na puszczańskiej porębie nie rozmawiali, bo nie było sensu.

„Poznałem w życiu wielu wojskowych. Widywałem ich schylonych nad mapami, rysujących kreski, obmyślających strategie. W tej papierowej wojnie wszystko grało, wszystko było jasne i we wzorowym porządku. Tym dziwniejsze jest, że prawdziwa wojna, a kilka prawdziwych wojen widziałem, pod względem porządku i ładu do złudzenia przypomina ogarnięty pożarem burdel (Jaskier, Pół wieku poezji).”
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.