Ptaki jak zwykle wyprzedzają wschód słońca, a najszybciej gotowe do drogi są milczące kobiety z Kernow z dziećmi oraz Emiel Regis, który staje przy nich z podróżnym kosturem i skórzaną torbą na ramieniu. Reszta kompanii nocą rozprawiła się z destylarnią gospodarza i wygląda odpowiednio: Geralt ocknął się z głową na podołku Milvy, objęci Zoltan i Jaskier chrapali na stercie alraunowych korzeni, a Percivala znaleziono w krzaku czeremchy pod słomianą rogóżką, którą Regis wyciera buty. Chłód poranka cuci birbantów tylko częściowo, więc cała piątka długo koi pragnienie przy źródełku. Mimo to, nim słońce wychyla się nad sosny Fen Carn, kompania już żwawo maszeruje wśród kurhanów. Prowadzi Regis, Percival z Jaskrem śpiewają na dwa głosy balladę o trzech siostrach i wilku żelaznym, a Zoltan, ciągnąc cisawego ogiera po Cahirze, wali znalezioną w obejściu jesionową lagą w mijane menhiry i życzy umarłym elfom wiecznego odpoczynku. Najgorzej mandragorowy destylat zniosła Milva: maszeruje spocona, blada i zła jak osa, nie odpowiada nawet na szczebiot piegowatej dziewuszki z warkoczykami, którą wiezie na siodle.
Przez mgłę i głośny śpiew kompania wpada bez ostrzeżenia na dziesiątkę wieśniaków, którzy czekali nieruchomo wśród menhirów, z łopatami, oskardami i zaostrzonymi kołkami sążniowej długości w rękach. Chłopi, przyszli z wielkiego obozu zbiegów nad Chotlą, tropią na cmentarzysku wąpierza. Nikt go wprawdzie nie widział ani nie słyszał, ale odkąd księżyc wszedł w pełnię, upiór co noc morduje kogoś w obozie: rozdarł już na sztuki kobietę i wyrostka, a całą krew z nich wypił. Że sprawcą jest wampir, orzekł świątobliwy kapłan, który przybłąkał się do obozu i teraz odprawia tam modły; to on nakazał szukać grobowca, w którym martwiec przesypia dnie, a gdzież szukać go pewniej niż na elfim żalniku, skoro każde dziecko wie, że co drugi elf po śmierci zostaje potępieńcem. Zoltan omal nie wygaduje, że kompania ma w składzie specjalistę od upiorów, ale Geralt ucisza go kopniakiem w kostkę i sam wypytuje chłopów, nakazując towarzyszom wzrokiem milczenie. Sęk w tym, że do obrzędu potrzebny jest wieśniakom kary koń, bo wedle przesądu grób wampira znajduje się, objeżdżając żalnik na karym źrebcu, aż ten stanie i nie da się ruszyć. Kary jest w zasięgu ręki: to wierzchowiec Milvy. Łuczniczka oddać go nie zamierza, na polubowną propozycję Regisa, by sama objechała nekropolię, odpowiada, że nie będzie jak głupia jeździć po cmentarzu, a wtedy zarośnięty po brwi chłop oświadcza, że do takiego dzieła trzeba junaka, białogłowie zaś miejsce przy garnkach, i dorzuca, że przydać się może najwyżej dziewica, której łzy palą wampira jak żagiew, ale ona na dziewicę mu nie wygląda.
Milva robi szybki krok i bez zamachu bije: pięścią w twarz, a potem nasadą dłoni, ze skrętem bioder i barku. Chłop pada, plącząc się we własnych łapciach, i z trzaskiem uderza potylicą o menhir. Łuczniczka drżącym z wściekłości głosem wygłasza naukę o kułacznym boju, po którym zawsze wiadomo, kto chwat, a kto kiep, lecz gdy klęczący przy powalonym starzec jęczy, że ubiła człeka na śmierć, blednie przeraźliwie, szepcze, że nie chciała, po czym opiera czoło o menhir i gwałtownie wymiotuje.
Diagnoza Regisa uspokaja: to tylko lekkie wstrząśnienie mózgu, czaszka cała, przytomność wróciła. Winowajcą nagłych mdłości Milvy Geralt ogłasza wczorajszy bimber z belladonną, na co Zoltan wtrąca półgłosem, że łuczniczka wymiotowała już przedwczoraj, bladym świtem, gdy wszyscy spali, i obstawia grzyby jedzone na Turlough. Regis patrzy wtedy na wiedźmina dziwnym spojrzeniem spod siwiejących brwi i uśmiecha się zagadkowo, ale nie mówi nic. Rannego chłopa, któremu cyrulik zabronił wstawać, kompania wiezie do obozu w kołysce rozpiętej między dwoma najłagodniejszymi końmi, Pegazem i cisawym ogierem.
Wlokąc się w pogrzebowym tempie, kompania roztrząsa wampirzą zagadkę. Jaskier ogłasza całą historię lipą, bo czytał specjalistyczną księgę z grawiurami śladów ukąszeń na łabędzich szyjach dziewic: wampir nie rozszarpuje ofiar, tylko wypija krew z arterii, zostawiając dwa ślady kłów. Regis uzupełnia go tonem uczonego, że ofiar nie kaleczą w tak straszny sposób ani wampiry wyższe, ani alp, katakan, mula, bruxa czy nosferat, brutalnie ze zwłokami obchodzą się za to fleder i ekimma. Geralt patrzy na cyrulika z niekłamanym podziwem, bo ten wyliczył wszystkie istniejące rodzaje wampirów, nie pomylił się o żaden mityczny, po czym dodaje, że ekimm i flederów w tutejszym klimacie się nie spotyka. Zdaniem wiedźmina listę podejrzanych otwiera stado zdziczałych psów, zwyczajna plaga wojennych czasów, choć nie wyklucza strzygi, harpii, graveira albo ghula; wampira raczej nie. Sam zresztą w młodości nieraz marnował czas na uganianie się za przywidzeniem, które widziała cała wieś z sołtysem na czele, a raz przez dwa miesiące mieszkał na zamku nawiedzanym jakoby przez wampira, którego nie było. Regis, nie patrząc na wiedźmina, dopytuje, czy zdarzały mu się też pogłoski uzasadnione i czy potwór ginął wtedy od jego miecza; Geralt przyznaje, że się zdarzało. Zoltan postanawia odpocząć w obozie i poczekać tam na Munra Bruysa z resztą krasnoludów, Geralt zaś prosi wszystkich, a imiennie Jaskra, by w obozie nie rozpowiadali, kim jest i jak się nazywa. Obóz słychać już z daleka; Jaskier nazywa ten jazgot symfonią ludzkiego zbiorowiska walczącego o przetrwanie, Regis dodaje nuty zapachowe gotowanej kapusty i załatwianych gdzie popadło potrzeb, a Milva ucina, że starczą trzy słowa zamiast pół setki wymyślnych.
W gwarnym i smrodliwym obozowisku, wśród ognisk, wozów i szałasów, koczuje ponad dwie setki zbiegów. Wejście kompanii wywołuje najpierw zbiegowisko, a potem melodramat, jakiego Jaskier nie ośmieliłby się umieścić w balladzie: dwie z prowadzonych przez kompanię kobiet z Kernow odnajdują w tłumie męża i brata, opłakiwanych jako zabici lub zaginieni. Rozradowane kobiety przestają swych opiekunów w ogóle zauważać, więc Zoltan każe się zbierać, nim ktokolwiek zdąży czekać na podziękowania. Te jednak przychodzą: dogania ich zdyszana piegowata dziewuszka z bukietem polnych kwiatów i piskliwie dziękuje za opiekę, oświadczając, że nie wierzy w to, co mówiła stryjna, bo oni wcale nie są plugawe podziemne karzełki, siwy odmieniec z piekła rodem ani wrzaskliwy indor, a ciocia Maria to żadna gamratka z łukiem, tylko ciocia Maria, którą ona lubi. Wzruszony Zoltan zatyka bławatki na kołpaku, a Percival wręcza małej na pamiątkę zielony kamyczek, glinokrzemian berylu, czyli, jak dopowiada krasnolud, szmaragd wart tyle, co mały folwark.
Obóz szybko pokazuje też drugą twarz. Dostęp do rzeki jest zagrodzony, a pilnujący wodopoju chłopi wołają po groszu od konia; Geralt, nie chcąc awantury i rozgłosu, uspokaja wściekłych Milvę i Zoltana, a Jaskier wygrzebuje z kieszeni ostatnie monety. Wysłany na zwiady Percival wraca posępny: mąka i krupy po koronie za funt, talerz cienkiej zupy dwa noble, garnuszek wiunów z Chotli w cenie funta wędzonego łososia w Dillingen, miarka owsa talar. Obok rozpiętej na kijach płachty stoi chłop, który frymarczy wdziękami własnej córki, przed chwilą przyjął zapłatę kurą. Zoltan wygłasza na ten widok gorzkie proroctwo dla ludzkiej rasy: każde rozumne stworzenie w biedzie kupi się do pobratymców, by przetrwać razem, a wśród ludzi każdy patrzy, jak na cudzej biedzie zarobić; taka selekcja pozwala przetrwać i dominować największym skurwysynom. Wywiązuje się z tego dysputa międzyrasowa, którą krasnolud i gnom kończą, zagłuszając kontrargumenty Jaskra przeciągłą imitacją pierdzenia.
Kłótnię przerywa delegacja chłopów ze znajomym starcem w filcowej czapce, Owsiwujem, na czele. Przychodzą „względem Chodaka", czyli chłopa z rozbitym łbem: zamyślali go żenić, a po ciosie Milvy jest kołowaty, dnia od nocy nie odróżnia i prawi hołobli, że kraśna z niej dziewka, niechże więc kompania płaci główszczyznę, bo tak stoi w prawie, gdy rycerz ubije chłopa. Milva krzyczy, że nie jest rycerzem, Jaskier punktuje, że to był wypadek, że żywemu Chodakowi należałaby się co najwyżej nawiązka, zwana też basarunkiem, i że pieniędzy nie mają, a na żądanie oddania koni Zoltan poklepuje toporek i obiecuje chłopom, że jeśli odejdą bezzwłocznie, nie będzie ich gonił. Wieśniacy wolą jednak zdać się na wyższą władzę, którą sprawuje w obozie starosta Hector Laabs, sołtys ze spalonej Brezy. Geralt każe się do niego prowadzić, licząc na ugodę, w której pomoże kolejny kamyczek z kieszeni Percivala. Starosta jest wszakże zajęty: pod rozłożystym klonem odprawia właśnie sąd nad czarownicą, która jakoby była w zmowie z wąpierzem. Wypytany po drodze chłop opisuje oskarżoną jako obcą przybłędę, niezupełnie zdrową na umyśle, wyrośniętą dziewkę, która ciągle bawiła się z dziećmi i sama była jak dziecko, a zagadnięta odpowiadała ni be, ni me; wszyscy jednak mówią, że czyniła z wampirem sprośność i czary. Wszyscy oprócz aresztowanej, dopowiada cicho Regis, bo ta, jak mniemać należy, ni be, ni me.
Pod klonem czarno od podnieconej tłuszczy. Do drabiny wyładowanego workami wozu przywiązano za rozkrzyżowane ręce dziewczynę może szesnastoletnią, tak że palcami stóp ledwie sięga ziemi; odarto ją już z giezła do ramion, a ona odpowiada na wszystko przewracaniem oczu i głupią mieszaniną chichotu i łkania. Obok płonie ognisko, w którym pachołkowie grzeją obcęgami podkowy. Nad zbiegowiskiem unosi się krzyk kapłana, chudego człowieka o twarzy suchej i ciemnej jak wędzona ryba, w czarnej szacie wiszącej jak na kołku, z symbolem bóstwa, którego nawet Geralt nie umie rozpoznać, bo szybko mnożący się ostatnio panteon mało go obchodzi. Kapłan grzmi, że kobieta od zarania dziejów jest siedliskiem zła i narzędziem Chaosu, które służy demonom dla nasycenia przeciwnych naturze żądz, a od ogólników przechodzi do polityki: to czarownice zdradziły królów na wyspie Thanedd i uknuły zamach na króla Redanii, to elfia wiedźma z Dol Blathanna nasyła Wiewiórki, a winni są królowie, którzy wyrzekli się bogów, odsunęli kapłanów od urzędów, obmierzłe czarownice obsypali zaś zaszczytami i złotem. Nim staną do walki z Nilfgaardem, woła, trzeba wypalić wrzód we własnym domu chrztem ogniowym. Regis komentuje półgłosem, że to czysta, kliniczna fobia, Jaskier obstawia raczej zwykłą chuć, a Zoltan dorzuca do diagnozy pieniądze. Zapłacić ma za wszystko upośledzona dziewczyna, jeśli nie znajdzie się ktoś, kto powstrzyma czarnego durnia; Milva mówi to, patrząc wymownie w stronę wiedźmina, ale Geralt unika wzroku Jaskra.
Sprawy bierze w swoje ręce kto inny. Starosta Laabs, posępny wieśniak olbrzymiego wzrostu, oświadcza, że krzykać potrafi każdy, wrona także, i póki on jest starostą, karani będą tylko winni: chcecie karać, pokażcie wprzód dowód winy. Kapłan tryumfalnie każe wnieść osmolony kociołek i kopniakiem wywraca go na ziemię: oto magiczna konkokcja, eliksir, dzięki któremu wiedźma latała do swego miłośnika wampira, uwarzony żywcem z kota. Tłum ochka ze zgrozą, dopóki Zoltan nie stwierdza zimno, że kość z parującej kałuży jest ptasia, z sójki albo gołębia, a dziewczyna uwarzyła sobie po prostu trochę rosołu. Chłopi ripostują, że kota miała, czarnego, wszędzie za nią łaził, a teraz go nie ma, znaczy ugotowany. Wtedy Percival, nagle i głośno, zaczyna żałować pięknego zwierzęcia: futerko jak antracyt, ślepia niby dwa chryzoberyle, wąsiska długie, ogon jak zbójecka pała. Skąd niby wie, jak ów kot wyglądał? A stąd, że kot siedzi na wozie za plecami zgromadzonych, za nic mając powszechne zainteresowanie. Kilku wieśniaków parska, starosta otwarcie rechocze, a spurpurowiały kapłan, zapamiętawszy sobie bluźniercę, ogłasza, że dowodem będzie samo przyznanie się grzesznicy, gdy jej skóra zasyczy od rozpalonych podków. Laabs odpowiada na to, że przystawiwszy podkowy do pięt, wymusiłby na świątobliwym przyznanie się nawet do obcowania z kobyłą, i że kapłan gada jak rakarz, nie jak człek boży.
Zapędzony w róg kapłan sięga po sąd boży, i tu niespodziewanie zyskuje sojusznika: z tłumu występuje Geralt. Wiedźmin wykłada reguły ordaliów, które uznają też sądy świeckie: w obronie niewiasty, dziecka, starca lub osoby ułomnej stanąć może obrońca, i on się właśnie na obrońcę zgłasza, niech więc ogrodzą szranki, a kto pewien winy dziewczyny, niech wystąpi do walki. Kapłan przejrzał jednak rezuna i rębacza: na miecze się nie umawia. Obok Geralta staje Zoltan, proponując topory, i Milva z łukiem, po strzale ze stu kroków, a wtedy kapłan z przebiegłym uśmiechem przyjmuje do ordalium całą trójkę, tyle że na własnych warunkach. Oto chrzest ognia: kto wyjmie z ogniska rozpaloną do białości podkowę, przyniesie mu ją i nie zdradzi śladu oparzeń, ten dowiedzie niewinności wiedźmy; jeśli sąd boży pokaże co innego, śmierć czeka i ją, i obrońców. Milva na pytanie o wiarę w bogów odpowiada, że wierzy, ale nie duma, by chciało im się zaprzątać głowy podkowami, a Zoltan, który pracował w hucie, prosi tylko o modlitwę i mierzy wzrokiem trzy kroki dzielące ognisko od sukinsyna. Wtedy Regis kładzie mu rękę na ramieniu i prosi, by wstrzymał się z modłami. Cyrulik podchodzi do ogniska, kłania się kapłanowi i publiczności, po czym spokojnie wkłada rękę w gorejące węgle. Tłum wrzeszczy jednym głosem, Milva wpija palce w ramię Geralta. Regis unosi rozżarzoną do białości podkowę, nieśpiesznie podchodzi do cofającego się kapłana i uprzejmie pyta, czy o to właśnie chodziło, bo jeśli tak, wyrok boży jest jednoznaczny: dziewczyna jest niewinna, jej obrońcy są niewinni, a on sam, imaginujcie sobie, też. Na żądanie pokazuje najpierw kapłanowi, a potem całemu tłumowi prawą dłoń, całkiem zdrową i nietkniętą ogniem. Kapłan wyje o diabelskiej sztuczce i ciska w cyrulika egzorcyzmami, na co Regis, cisnąwszy podkowę na ziemię, odpowiada chłodno, że wolno mu, ale sąd boży już się odbył, a podważanie wyniku ordaliów jest podobno herezją.
Awanturę ucina przeraźliwy wrzask: Nilfgaard! Od zachodu nadciągają konni i obozowisko w jednej chwili zamienia się w pandemonium tratujących się nawzajem ludzi. Tłum jak fala przyboju rozdziela kompanię i porywa ze sobą Milvę, biegnącą ratować konie. Geralt z Jaskrem czepiają się wozu, do którego przywiązana jest oskarżona, lecz wóz szarpie i rusza z miejsca, a jej histeryczny śmiech cichnie w ogólnym ryku. Do paniki nie dołącza tylko czterech mężczyzn: starosta Laabs unieruchamia kapłana żelaznym chwytem za kark, Percival zadziera świątobliwemu szatę, a Zoltan obcęgami wrzuca mu w gacie rozpaloną podkowę z ogniska; kapłan pomyka przed siebie jak kometa z dymiącym ogonem, nim na gratulujących sobie mścicieli zwali się kolejna fala uciekających. Geraltowi zaś świat wali się na głowę dosłownie: najpierw zrzucona z wozu drabina, po której przebiega piętnaście osób, potem trzy worki drogocennej pszennej mąki, które oślepiają go białym obłokiem. Od zachodniego skraju obozu dobiega już bitewny szczęk żelaza. Wiedźmin, z kolanem przeszytym obezwładniającym bólem, każe rannemu z przerażenia Jaskrowi kryć się pod wozem, bo nie jest pewien, czy każdy koń słyszał ludzkie przysłowie o nienadeptywaniu leżących. Ma rację połowicznie: jeden z galopujących koni, nieobeznany z przysłowiami, kopie go w przelocie w bok głowy i gwiazdozbiory firmamentu gasną w nieprzebitej ciemności.
Daleko na południu, w mrocznej jaskini, Szczury zrywają się na przeciągły krzyk, odsypiając noc spędzoną w kulbakach podczas ucieczki przed pościgiem. Asse i Reef chwytają za miecze, Iskra klnie, bo uderzyła głową o występ skalny, a Giselher z zapaloną pochodnią podchodzi do posłania, na którym Mistle obejmuje siedzącą z opuszczoną głową Ciri. Herszt oświadcza poważnie, że nigdy nie wtrącał się do tego, co te dwie robią na jednym posłaniu, ale tym razem przesadziły; Mistle wybucha, że dziewczyna po prostu krzyczała przez sen, bo miała koszmar. Wypytywana Ciri wykrztusza, że konie stratowały kogoś, kogo kiedyś znała, i że czuła, jak miażdżą ją kopyta, czuła jego ból, głowę i kolano, które wciąż jeszcze ją bolą. Giselher wzrusza ramionami, że sen może przyśnić się każdemu, ale Ciri, zamykając oczy, nie jest pewna, czy ma słuszność.
Geralta cuci kopniak. Leży z głową opartą o koło przewróconego wozu, obok kuli się Jaskier, a nad nimi stoją knechci w przeszywanicach, z tarczami, na których widnieją lilie, godło królestwa Temerii. Obozowisko jest dymiącą ruiną: konni strzelcy z liliami spędzają ocalałych chłopów, łapią konie i obdzierają zwłoki, przeważnie w czarnych nilfgaardzkich płaszczach. Po Milvie, Zoltanie, Percivalu i Regisie nie ma śladu. Tuż obok siedzi za to bohater niedawnego procesu, czarny kocur, i beznamiętnie patrzy na wiedźmina zielonozłotymi oczami; Geralt dziwi się przelotnie, bo koty zwykle nie znoszą jego bliskości, ale na roztrząsanie niecodziennego zjawiska nie ma czasu, bo żołnierze każą rzucić miecz. Dla nich dwaj utytłani w mące obdartusi to dezerterzy, którzy zbiegli spod znaku, zrzuciwszy barwy, a takich podróżnych czeka krótka podróż na gałąź. Jaskier bierze pertraktacje na siebie, pewny, że z pasowanym rycerstwem trzeba rozmawiać jak równy z równym: bezbłędnie odczytuje z tarcz, że ma przed sobą pierworodnego syna Anzelma Aubry'ego (trzy serca w polu złotym, lambel o trzech zębach) oraz rycerza z rodu Papebrocków (słup czarny między gryfimi głowami), po czym psuje cały efekt, wywodząc, że słup odzwierciedla właściwy temu rodowi pomyślunek, a mina rycerza wygląda jak u kogoś, komu od tygodnia nie udało się porządnie wysrać. Panowie rycerze każą brać hultajów w łyka.
Gnani na powrozach za końmi, na przemian biegiem i wleczeni, docierają na południe, do wojskowego obozu rozbitego wokół zrujnowanej, na wpół spalonej warowni: odbitego z rąk nilfgaardzkich prezydium Armeria. Tam los się odwraca, bo wysoki rycerz w złoconej zbroi rozpoznaje słynnego barda Jaskra i każe zdjąć pęta z niego i z jego towarzysza, którego poeta przedstawia gładko jako kolegę po piórze imieniem Giraldus. Rycerz okazuje się hrabią Danielem Etcheverry z Garramone, oficerem łącznikowym króla Foltesta przy wydzielonym korpusie temerskiej armii, i czytał Giraldusa. Przepraszając za gorliwość młodzików, którzy w każdym wyróżniającym się zbiegu widzą szpiega, hrabia kreśli obraz wojny: Verden zhołdowane Emhyrowi, Brugge praktycznie podbite, Sodden w ogniu, Nilfgaard podchodzi pod Inę i niewiele mu brakuje, by zamknąć oblężeniem twierdze Mayeny i Razwanu, a armia temerska wciąż dokonuje taktycznego manewru, którego nie wolno nazywać odwrotem. Lilie nad Chotlą to nie ofensywa, lecz kontruderzenie i rozpoznanie walką: korpus przekroczył Inę, zniósł kilka nilfgaardzkich podjazdów i komand Scoia'tael palących kraj, odbił Armerię, ale forty w Carcano i Vidort spłonęły do gruntu. Hrabia zaprasza obu poetów na skromny żołnierski obiad z sarniny, jarząbków i trufli, i dopiero pytanie Jaskra o błękitno-złoty namiot głównodowodzącego wyjaśnia, czyj to właściwie korpus: nad namiotem powiewają złote lwy Cintry. Trzon wojska stanowią cintryjscy emigranci, a dowodzi nimi marszałek Vissegerd. Geralt nie zdąży się wycofać: nadchodzący marszałek oświadcza, że przedstawiać go nie trzeba, bo poznali się piętnaście lat temu w Cintrze, na zaręczynach królewny Pavetty. I wiedźmin, potwierdziwszy, że pamięta, posłusznie podaje żołnierzom ręce do związania.
W namiocie hrabia Etcheverry ręczy słowem rycerskim, że słynny na cały świat poeta nie jest szpiegiem, ale Vissegerd widzi w jeńcach kogo innego. Dla niego Geralt to ten sam hultaj, który przyczynił się do wydania Pavetty za przybłędę Duny'ego, wziął sobie za to w zapłacie nienarodzoną Cirillę wedle Prawa Niespodzianki, a gdy Calanthe odmówiła wydania dziewczynki, doczekał wojennej zawieruchy, porwał małą po rzezi Cintry, ukrywał ją przed szukającymi, a w końcu znudził się nią i sprzedał Emhyrowi; teraz zaś zostaje przychwycony w awangardzie nilfgaardzkiego zagonu, co przecież wszystko łączy w całość. Jaskier krzyczy, że to potwarz, bo Cirilla została porwana z wyspy Thanedd, a Geralt został ciężko ranny w jej obronie, i już wylicza świadków, gdy w porę przypomina sobie, że Dijkstra na świadka obrony wybitnie się nie nadaje, a powoływanie się na czarodziejów z Thanedd też sprawy nie polepsza; prostuje więc tylko starą kalumnię, opowiadając, jak wiedźmin odnalazł sierotę tułającą się po rzezi po Zarzeczu i ukrywał ją nie przed swoimi, lecz przed agentami Nilfgaardu, których sam poeta na mękach nie zdradził. Na wieść, że Emhyr obwołał Cirillę królową Cintry i zamierza się z nią ożenić, Jaskier zauważa, że Ciri, z której strony nie patrzeć, ma do tronu prawa, i tym doprowadza marszałka do białej gorączki: Vissegerd ryczy, że ta przeklęta, skalana krew nie ma praw do niczego, bo cała babska linia rodu to kazirodne bękarcice, od Riannon poczynając, przez prababkę Adalię, co skaziła się z własnym kuzynem, po praprababkę Muriel Łotrzycę, co kaziła się z każdym. Jaskier butnie radzi marszałkowi mówić ciszej, bo pod sztandarem złotych lwów gotów za chwilę obwołać bękarcicą samą Calanthe, za którą jego żołnierze przelewali krew w Marnadalu i pod Sodden, a wówczas o wierność wojska nie byłby spokojny. Marszałek chwyta poetę za żabot i unosi z zydla; ratuje go adiutant z pilnymi wieściami od podjazdu, które wywołują Vissegerda z namiotu.
Hrabia Etcheverry, poluzować więzów nie mogąc, tłumaczy za to jeńcom, w co wdepnęli. Wzmianka o wierności żołnierzy zadrapała bolący wrzód: cintryjscy emigranci, którzy porzucili domy, by bić się o powrót krwi Calanthe na tron, opłakali Cirillę, a potem gruchnęła wieść, że dziewczyna żyje, cieszy się łaskami cesarza i wraca na tron Cintry w chwale, jako przyszła cesarzowa; posłowie z Koviru widzieli ją na cesarskim dworze i twierdzą, że nie sprawiała wrażenia uprowadzonej przemocą. Wtedy zaczęły się masowe dezercje: z ośmiu tysięcy żołnierzy korpusu, w tym pięciu tysięcy rodowitych Cintryjczyków, zostało sześć, a zdezerterowali wyłącznie ci z Cintry, którzy nie chcą umierać pod temerską komendą za cudze domy. Vissegerd, któremu wojsko topnieje bez bitwy i któremu Foltest lada moment odbierze buławę, miota się więc i rozpuszcza plotki o nieprawym pochodzeniu Cirilli. Hrabia słucha tego z niesmakiem, bo, jak wyznaje z krzywym uśmiechem, Muriel Piękna Łotrzyca, hrabina Garramone, była także jego praprababką, jest więc z ową Cirillą spokrewniony. Nie zareaguje jednak, bo jest żołnierzem: Cirilla w ręku Emhyra to zagrożenie dla korpusu, armii i jego króla, więc hrabia poprze każdą plotkę i każdy rozkaz marszałka. Geralt podsumowuje wykład trzeźwo: pan hrabia ani przez moment nie miał ich za szpiegów, inaczej nie udzieliłby tak dogłębnych wyjaśnień, wie, że są niewinni, ale palcem nie ruszy, gdy Vissegerd wyda na nich wyrok.
Wyrok nadchodzi szybko. Marszałek wraca czerwony i sapiący: schwytany przez podjazd ranny Nilfgaardczyk zdołał w drodze zedrzeć opatrunek i wykrwawił się na śmierć, nie odzyskawszy przytomności, wolał umrzeć, niż przyczynić się do klęski pobratymców. Szkoda, cedzi Vissegerd, że wiedźmini nie wpajają takich rzeczy królewskim dzieciom, które zabierają na wychowanie: Cirilla żyje, rozpiera się na nilfgaardzkim tronie, a prawdziwie królewska krew znalazłaby przecież nóż, ułamek szkła albo własną pończochę. Geralt mówi cicho, że nie chce marszałka dłużej słuchać, na co ten odpowiada, że dobrze się składa, bo do powiedzenia zostało mu tylko jedno. Piętnaście lat temu w Cintrze dużo gadano o przeznaczeniu; myślał wtedy, że to bzdury, ale przeznaczenie wiedźmina rzeczywiście zapisano czarnymi runami wśród gwiazd. Ciri, córka Pavetty, to przeznaczenie Geralta. I jego śmierć, bo za Ciri, córkę Pavetty, wiedźmin zawiśnie.
„Wampir, inaczej upiór, to człowiek zmarły, którego ożywił Chaos. Utraciwszy pierwsze życie, używa drugiego w porze nocnej: wychodzi z grobu przy świetle księżyca i jedynie za śladem jego promieni może postępować, a napadłszy śpiące dziewczęta albo młodych parobków, ssie ich słodką krew (Physiologus).”
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.