Rozdział otwiera wykład o kalendarzu: wszechświat, podobnie jak życie, toczy się kołem, na którego obręczy leży osiem magicznych punktów dających cykl roczny. Cztery święta (Imbaelk, czyli Kiełkowanie, Lammas, czyli Dojrzewanie, Belleteyn, czyli Rozkwit, i Saovine, czyli Zamieranie) uzupełniają dwa Przesilenia, zimowe Midinvaerne i letnie Midaëte, oraz dwie Równonoce, wiosenna Birke i jesienna Velen. Ludzie, którzy wylądowali kiedyś na plażach u ujść Jarugi i Pontaru, przywieźli własny, księżycowy kalendarz dwunastu miesięcy, ale elfie koło i osiem jego punktów przejęli, bo daty te wyróżnia magia: w owe dni i noce czarodziejska aura nasila się tak, że towarzyszące im fenomeny przestały kogokolwiek dziwić. Do tego roku.
Tego roku ludzie jak zwykle uczcili jesienne Ekwinokcjum rodzinną wieczerzą z płodów tegorocznych zbiorów, podziękowali bogini Melitele za urodzaj i poszli spać. Wtedy zaczęła się makabra. Tuż przed północą zerwała się zawierucha z upiornymi wyciami w wichrze, a chmury pędzone po niebie przybierały kształty galopujących koni i jednorożców. Gdy wieja ucichła, noc ożyła trylem setek lelków kozodojów, ptaków, które wedle ludowych wierzeń zbierają się, by odśpiewać konajączkę nad kimś, kto dogorywa; tym razem chór był tak głośny, jakby skonać miał cały świat. Zaskowyczała beann'shie, zwiastunka rychłej i gwałtownej śmierci, a przez czarne niebo przecwałował Dziki Gon, który zebrał żniwo najstraszliwsze od dziesięcioleci: w samym Novigradzie doliczono się ponad dwudziestu zaginionych bez wieści. Kiedy Gon przegalopował, ludzie zobaczyli malejący księżyc w barwie krwi.
Prosty lud tłumaczył fenomeny wedle regionalnych demonologii, astrologowie i druidzi przeważnie błędnie i na wyrost. Na Wyspach Skellige zabobonni widzieli w nich zapowiedź Tedd Deireadh, końca świata poprzedzonego bitwą Ragh nar Roog, a w sztormie, który wstrząsnął Wyspami, falę pchaną dziobem potwornego Naglfara, drakkara o burtach z trupich paznokci, wiozącego armię demonów Chaosu. Ludzie lepiej poinformowani łączyli szaleństwo morza ze złą czarownicą Yennefer i jej straszną śmiercią. Jeszcze lepiej poinformowani widzieli w wzburzonym morzu znak, że oto kona ktoś, w czyich żyłach płynie krew królów Skellige i Cintry.
Noc jesiennego Ekwinokcjum była też, jak świat długi i szeroki, nocą zmór i duszących przebudzeń, które nie omijały głów najjaśniejszych. W Nilfgaardzie o Złotych Wieżach przebudził się z krzykiem cesarz Emhyr var Emreis. W Lan Exeter zerwał się z łoża król Esterad Thyssen, budząc małżonkę, królową Zuleykę; w Tretogorze arcyszpieg Dijkstra sięgnął po sztylet, budząc małżonkę ministra skarbu. W zamczysku Montecalvo zerwała się z adamaszkowej pościeli Filippa Eilhart, nie budząc małżonki hrabiego de Noailles. Przebudzili się krasnolud Yarpen Zigrin w Mahakamie, stary wiedźmin Vesemir w Kaer Morhen, klerk bankowy Fabio Sachs w Gors Velen i jarl na pokładzie drakkara „Ringhorn"; przebudziły się czarodziejka w zamku Beauclair i kapłanka Sigrdrifa w świątyni bogini Freyji na wyspie Hindarsfjall, a także hrabia w oblężonej twierdzy , dziesiętnik w forcie Ban Gleann, kupiec Dominik Bombastus Houvenaghel w miasteczku Claremont i wielu, wielu innych. Mało kto potrafił jednak połączyć te zjawiska z konkretnym faktem albo konkretną osobą. Traf sprawił, że troje takich ludzi nocowało pod jednym dachem: w w Ellander.
W świątynnym korytarzu pisarczyk Jarre, wpatrzony w ciemny park, jęczy, że tysiące kozodojów krzyczą na czyjąś śmierć. Na jej śmierć. Triss Merigold odwraca się gwałtownie i blednąc z wściekłości krzyczy, że nikt nie umiera, a lelki po prostu grupują się przed odlotem, bo wrzesień się kończy. Zaraz jednak łagodnieje: Jarre jest jedynym mężczyzną w świątyni i pobudzone alarmem adeptki szukają w nim oparcia, więc nie wolno mu panikować. Chłopak szepcze, że to nie strach, tylko troska, bo widział we śnie krew na jej twarzy, tyle krwi. Triss zaciska wargi: śnili ten sam sen we troje, on, ona i Nenneke, ale ani słowa o tym. Nadchodząca Nenneke uprzedza pytania: gdy Dziki Gon przelatywał nad świątynią, zbudziły się prawie wszystkie kapłanki, lecz żadna nie miała wizji nawet tak mglistej jak ich troje. Odsyła Jarrego i adeptki spać. Triss wybucha, że bezsiła doprowadza ją do szału, bo ona tam gdzieś cierpi i krwawi, gdyby tylko wiedzieć, co robić. Arcykapłanka odwraca się i pyta cicho: a próbowałaś się modlić?
Daleko na Południu, za górami Amell, w Ebbing, w krainie zwanej Pereplutem, na rozległych mokradłach przeciętych rzekami Veldą, Lete i Arete, osiemset mil lotem wrony od Ellander, koszmar senny budzi nad ranem starego pustelnika Vysogotę. Treści snu przebudzony nie umie sobie przypomnieć, ale dziwny niepokój nie pozwala mu już usnąć.
Nazajutrz Vysogota obchodzi pułapki na piżmaki, mamrocząc o zimnie, jakiego w końcu września nie pamięta, choć żyje przecież dość długo; elfy dawno przewidziały, że klimat będzie się oziębiał lawinowo, ale kto by wierzył przepowiedniom elfów. Nad moczarami znów kotłują się chmary rozwrzeszczanych kozodojów, lecz pustelnik zabobonny nie jest i uwagi na ptaki nie zwraca. Przy ostatniej pustej pułapce słyszy rżenie konia, dobiegające z kępy, na którą żaden koń ani nieznający ścieżek jeździec dotrzeć nie miał prawa. Ciekawość wygrywa z ostrożnością. Na tle brzezinowych pni stoi kara klacz o sierści lśniącej jak antracyt, tak piękna, że wydaje się nierealna, zaplątana wodzami w chwytne gałęzie świdwy. A za nią, w płytkim wykrocie, leży trup: kilkunastoletni chłopiec w zamszowym kubraczku i wysokich elfich butach z klamerkami, z twarzą wbitą w piach. Gdy Vysogota pochyla się nad ciałem, trup głośno jęczy. Pustelnik odwraca rannego, syczy na widok maski z brudu i zakrzepłej krwi w miejscu twarzy, odlepia od policzka zbite w kołtun włosy i mówi głośno, nie wierząc własnym oczom: to jest dziewczyna.
Gdyby po zapadnięciu zmroku ktoś podkradł się do zagubionej wśród moczarów chaty z omszałą strzechą i zajrzał przez szpary w okiennicach, zobaczyłby w świetle łojówek dziewczynę z grubo obandażowaną głową, spoczywającą w niemal trupim bezruchu na pryczy, i starca z siwą klinowatą brodą, który stawia na stole klepsydrę, ostrzy pióro i pochyla się nad pergaminem, mówiąc coś do siebie w zadumie. Ale to nie było możliwe: chata pustelnika była dobrze ukryta na wiecznie zamglonym pustkowiu, na które nikt nie odważał się zapuszczać.
Vysogota dyktuje sam sobie notatki lekarskie, choć pióro częściej skrzypi w powietrzu niż po pergaminie. Rozpoznanie: rana cięta, zadana z dużą siłą niewiadomym ostrym narzędziem, przypuszczalnie o zakrzywionym ostrzu; obejmuje lewą część twarzy od okolicy podoczodołowej przez policzek aż po żwacze, najgłębsza przy kości jarzmowej, gdzie sięga okostnej. Od zranienia do pierwszego opatrzenia minęło wedle jego oceny dziesięć godzin. Nie wycinał brzegów, usunął tylko martwe strzępy i skrzeplinę, przemył ranę wyciągiem z kory wierzbowej, założył konopne szwy, bo innych nici nie miał, oraz okład z arniki i formowany opatrunek.
W kolejnych godzinach obserwacji rośnie portret pacjentki. Około szesnastu lat, wysoka, pomiernie szczupła, o umięśnieniu typowym raczej dla młodej elfki, choć bez cech mieszanego pochodzenia do kwarteronki włącznie. Nigdy nie rodziła. Na ciele nie ma żadnych zastarzałych blizn ani śladów ciężkiej pracy czy hazardownego życia, za to świeżych śladów nie brakuje: dziewczyna była bita i chłostana, bynajmniej nie ojcowską ręką, prawdopodobnie także kopana. W pachwinie, tuż przy wzgórku łonowym, nosi dziwny znak szczególny, wytatuowaną czerwoną różę. Akcent, gęsto przetykany żargonem kryminalistów, wskazuje raczej na Północ niż Południe, a niektóre imiona i nazwy wybełkotane w malignie są, jak notuje starzec, warte zapamiętania i zbadania: wszystko wskazuje, że do chaty starego Vysogoty trafiła bardzo niecodzienna osoba. Oby tylko, mruczy, chata nie okazała się kresem jej drogi.
Obawy okazują się uzasadnione: rana się zakaża. Vysogota wylicza kardynalne objawy zapalenia, rubor, calor i tumor, po których przychodzi czwarty, dolor; chora krzyczy z bólu, gorączka i dreszcze wzmagają się, a skurcze mięśni twarzy każą myśleć o tężcu. Pustelnik nie ma nic prócz odrobiny eliksiru daturowego, na który dziewczyna jest za słaba, i akonitu, który zabiłby ją niechybnie. W dwudziestej godzinie po zabiegu zapisuje, że w bogów nie wierzy, ale gdyby przez przypadek istnieli, niech mają dziewczynę w opiece, i niech wybaczą mu to, co zrobił, jeśli okaże się pomyłką: podał chorej mieszankę datury i akonitu. Najbliższe godziny rozstrzygną wszystko.
Rozstrzygają na jej korzyść. Po pięciu dobach dziewczyna budzi się na dobre, wstaje wbrew zakazom i uparcie próbuje samodzielności: sama zje rosół z gołębia, bo karmienie jak paralityczki uwłacza. Vysogota wie od jej pierwszych przytomnych słów, że jest ścigana; najpierw spytała o konia i o miecz, w tej kolejności, potem wzięła go za wspólnika jakiegoś Bonharta i sądziła, że nie leczy jej, lecz poddaje torturze nadziei, wreszcie przedstawiła się jako Falka. W gorączce wygadała jednak, że tak się nie nazywa. Teraz mówi, że jest zbiegiem, że niebezpiecznie jest dawać jej schronienie i znać jej prawdziwe imię, i że musi na koń, nim ją wytropią. Na propozycję przekazania wieści bliskim odpowiada zmienionym głosem, że nie ma komu: jej przyjaciele nie żyją, wszystkich zamordowano. Ona jest śmiercią, każdy, kto się z nią styka, umiera. Nie każdy, zauważa spokojnie starzec: nie ten Bonhart, którego imię wykrzykiwała w malignie i przed którym ucieka. To on zranił ją w twarz? Nie, odpowiada dziewczyna, w twarz zranił ją Puszczyk, Stefan Skellen. Bonhart zranił ją znacznie poważniej, głębiej. Po czym mówi: nazywam się Ciri. I żąda zwierciadła. Vysogota przynosi je wraz z kagankiem, Ciri ogląda zrujnowany policzek i mówi łamiącym się głosem, że jest prawie tak, jak myślała. Gdy starzec wychodzi za parawan z koców, bardzo się stara szlochać tak cicho, żeby nie słyszał.
Następnego dnia Vysogota zdejmuje połowę szwów i Ciri wychodzi na podwórze, gdzie zdumiewa ją ziąb jak w zimie: przecież powinna leżeć tu najwyżej kilka dni, a jest piąty października. Coś jej się nie zgadza, mruczy o dwóch tygodniach, ale ucina temat. W obórce wita ją rżeniem kara klacz, której Ciri obejmuje szyję i którą nazywa Kelpie; Vysogota wie, że na Północy kelpie to morszczyniec, groźny potwór morski przybierający wedle przesądów postać pięknego rumaka. Dziewczyna próbuje unieść siodło i pada z jękiem na polepę, a pustelnik przygląda się bez słowa i bez pomocy. Wszystko jasne, cedzi Ciri przez zęby, ale ona musi stąd uciekać, po prostu musi. Dokąd, pyta chłodno starzec. Jak najdalej. Wieczorem, przyłapana przy jeżynowym żywopłocie, Ciri w kilku zdaniach rozmontowuje pustelniczą legendę gospodarza: skoro ma owies dla konia, chleb zamiast podpłomyków i kury, to gdzieś w pobliżu jest wieś. Vysogota potwierdza z uznaniem: prowianty przywożą mu łodzią z osady na skraju bagien, w zamian za skóry. I dodaje rzecz ważniejszą: wataha konnych dwukrotnie była już w tej osadzie w pościgu za nią. Za pierwszym razem grożono chłopom mieczem i ogniem, gdyby ją ukrywali; za drugim obiecano nagrodę za znalezienie trupa. Jej prześladowcy są przekonani, że leży martwa gdzieś w jarach, i nie spoczną, dopóki nie znajdą zwłok, bo muszą mieć dowód śmierci. Ciri rozumie to aż za dobrze. Vysogota przekonuje, że na pustkowie nikt nie trafi, a ścigający prędzej czy później się zniechęcą, on się na tym zna; jeśli jednak wystawi nos z trzcin, wpadnie im prosto w ręce. Zostaje, na razie dlatego, że jest słaba, a słońce zachodzi.
Przy skórach wraca sprawa dat i robi się z niej zagadka. Ciri wylicza: uciekła i została zraniona w dzień Zrównania, dwudziestego trzeciego września, w ostatni dzień Lammas wedle rachuby elfów. Niemożliwe, odpowiada zimno Vysogota: był kiedyś lekarzem i wciąż umie odróżnić ranę sprzed dziesięciu godzin od rany sprzed czterech dni, a znalazł ją dwudziestego siódmego. Zraniono ją więc dwudziestego szóstego, trzy dni po Ekwinokcjum. Ciri upiera się, że w samo Ekwinokcjum, i oskarża go o przestarzały pustelniczy kalendarz; trzech dni nie ma jak wytłumaczyć, więc oboje kwitują, że to bez znaczenia. Trzy dni później schodzą ostatnie szwy. Linia zszycia jest równa i czysta, ale blizna szpeci i szpecić będzie; Ciri kontempluje szramę w zwierciadle pod różnymi kątami i bezskutecznie próbuje zakrywać ją zaczesywanymi na policzek włosami. Ku zdziwieniu i zadowoleniu pustelnika o odjeździe przestaje mówić: obkłusowuje Kelpie wokół chaty, po czym pomaga w pracy przy skórach, dzieląc piżmaki na grzbieciki i brzuszki nad wyraz zręcznymi palcami.
Właśnie przy skórach dochodzi do dziwnej rozmowy. Ciri powtarza, że Vysogota nie wie i nawet się nie domyśla, kim ona jest, a rozdrażniony starzec daje jej ogródkami do zrozumienia, że domyślić się nietrudno: młodzieżowe bandy istniały i za jego czasów, zmieniło się tylko to, że do band ciągną dziś także zwariowane podlotki, przedkładające konia i miecz nad kądziel i czekanie na swatów. Cudem zbiegła z obławy małoletnia grasantka próbuje otaczać się nimbem tajemniczości. Urażona Ciri wyciąga jego własne sekrety: za niezbyt czystą kotarą stoją półki uczonych ksiąg, a ona uczyła się w miejscach, gdzie takich ksiąg było sporo. Czytywała Historię Rodericka de Novembre, przeglądała Materia medica i Herbarius, wie też, że gronostajowy krzyż na czerwonej tarczy na grzbietach to znak uniwersytetu w Oxenfurcie. Żaden z niego prostak i pustelnik: nie umarł dla świata, tylko przed nim uciekł i ukrywa się na pustkowiu za woalem pozorów. Vysogota kontruje, że w takim razie przeznaczenie przedziwnie splotło ich losy, bo i ona się ukrywa, i ona snuje wokół siebie woale: uczoną pannę czytującą de Novembre zdradza bandycki tatuaż, czerwona róża wykłuta w pachwinie. Spąsowiała Ciri wyzywa go od wścibskich dziadygów, a wtedy starzec sięga po elfią księgę Aen N'og Mab Taedh'morc i cytuje przypowieść o sędziwym kruku, który zarzuca młodziutkiej jaskółce płochość. Ciri podejmuje elfie wersy z pamięci i kończy je za niego: jaskółka odcina się krukowi. Vysogota przeprasza z uśmiechem: sędziwy kruk, wszędzie węszący podstęp, prosi o wybaczenie jaskółkę. Zireael.
Zgoda nie zapada od razu. Ciri wciąż nie wie, dlaczego gospodarz okłamał ją w sprawie dat i po co oglądał ją całą, skoro ranna była w twarz; Vysogota, wyprowadzony z równowagi, krzyczy, że mógłby być jej ojcem, a słyszy chłodne „dziadkiem, albo i pradziadkiem". Wyrzuca jej, że jest tym, kto zabrał ją z bagna niemal przymarzniętą do mchu, leczył, pielęgnował i mył, dokładnie, w okolicach tatuażu również. Dziewczyna odpowiada wyzywająco, że zna już trochę świat i wie, że dobroci bez wyrachowania nie ma; on kwituje, że wobec tego oboje wiedzą o sobie tylko tyle, ile mówią mylące pozory. Po chwili obopólnego milczenia pada wreszcie pytanie, na które starzec czekał z wyrachowaniem. Kto zacznie?
Zaczyna Vysogota. Nazywa się Vysogota z Corvo. Był lekarzem, chirurgiem i alchemikiem, badaczem, historykiem, filozofem i etykiem, profesorem Akademii Oxenfurckiej, z której pięćdziesiąt lat temu musiał uciekać po opublikowaniu dzieła uznanego za bezbożne, za co groziła wówczas kara śmierci. Emigrował na Południe (pierwsza żona emigrować nie chciała, więc go porzuciła) i przez dziesięć lat wykładał etykę w Akademii Imperialnej w Castell Graupian, aż po traktacie o totalitarnej władzy i zbrodniczym charakterze zaborczych wojen oskarżono go, dość zabawnie wobec dawnego wyroku za ateizm, o mistycyzm i schizmę klerykalną. Rozgoryczony, pewny racji ponadczasowych i nadrzędnych wobec każdej władzy, związał się z dysydentami, a gdy tym pokazano narzędzia tortur, wskazali go jako głównego ideologa ruchu. Cesarz skorzystał z prawa łaski: zamiast szafotu banicja, pod groźbą natychmiastowej śmierci w razie powrotu na ziemie cesarskie. Obrażony na cały świat, na uniwersytety, urzędników, drugą żonę i dzieci, które się go wyrzekły, został pustelnikiem na bagnach Pereplutu. Pech chciał, że Nilfgaard zaanektował Ebbing i banita ni z tego, ni z owego znalazł się znowu w Cesarstwie, a wyroki za zdradę stanu nie przedawniają się i nie obejmuje ich żadna koronacyjna amnestia. Dlatego musi się ukrywać: jeśli się wyda, że żyje i łamie banicję na cesarskim terytorium, jego głowa spadnie na szafocie. Jak widzisz, kończy, znajdujemy się w całkiem podobnej sytuacji.
Ciri pyta go, czym właściwie jest etyka, bo wiedziała, ale zapomniała. Nauką o moralności, odpowiada: o wyżynach dobra, na które duszę wynosi prawość, i o otchłaniach zła, w które strąca niepoczciwość. Dziewczyna parska, żeby jej nie rozśmieszał, bo szrama jej pęknie: miał szczęście, że nie posłano za nim łowców nagród takich jak Bonhart, zobaczyłby otchłanie zła z bliska. Łajno warta jest jego etyka, bo to nie złych strąca się na dno. To źli, ale zdecydowani, strącają tam moralnych, uczciwych i szlachetnych, tyle że niezdarnych, wahających się i pełnych skrupułów. Starzec drwi, że nigdy nie jest za późno na naukę od osób dojrzałych i bywałych, na co Ciri zapowiada, że teraz jej kolej na opowieść, a gdy skończy, zobaczą, czy nadal będzie miał ochotę drwić.
Gdyby tego dnia po zmroku ktoś podkradł się pod okiennice, zobaczyłby w skąpo oświetlonym wnętrzu białobrodego starca słuchającego w skupieniu dziewczyny, która siedzi na kłodzie przy kominie i mówi wolno, z trudem szukając słów, nerwowo pocierając zeszpecony blizną policzek. Płynie opowieść o jej losach: o naukach, które co do jednej okazały się kłamliwe, o niedotrzymanych obietnicach, o przeznaczeniu, w które kazano jej wierzyć, a które zdradziło ją i wyzuło z dziedzictwa. O tym, jak za każdym razem, gdy zaczynała wierzyć, spadały na nią poniewierka, krzywda i upokorzenie; jak ci, którym ufała i których kochała, zdradzili albo nie przyszli z pomocą, gdy groziły jej pohańbienie, męka i śmierć. I o tym, jak pomoc, przyjaźń i miłość znalazła wreszcie u tych, u których z pozoru nie należało szukać ani pomocy, ani przyjaźni. Nie wspominając o miłości. Ale tego nikt nie mógł zobaczyć ani usłyszeć: chata z zapadniętą strzechą była dobrze ukryta wśród mgieł, na moczarach, na które nikt nie odważał się zapuszczać.