Jarre, wychowanek świątyni Melitele, maszeruje w marcu polnymi dróżkami ku Wyzimie i jest bardzo rozczarowany ludźmi. Uciekł ze świątyni, zostawiwszy list, bo Nenneke posłała wprawdzie do armii trzy czwarte swoich dziewcząt jako medyczki, ale jemu zaciągu zakazała, a on nie umiał siedzieć nad księgami, gdy nieprzyjaciel stoi w granicach, i gdy gdzieś tam jest ona, Ciri. Wiara w ludzką życzliwość, wyniesiona z wychowania w świątyni, topnieje mu z każdą wsią: zamiast noclegu i chleba zza zaryglowanych wierzei odpowiadają milczenie albo obelgi, więc chłopak trzecią noc z rzędu szykuje się spać w stogu. Nad jego głową co noc od tygodnia przelatuje ze wschodu na zachód złotoczerwona kometa z ognistym warkoczem, zjawisko wspominane w wielu proroctwach, którego znaczenia Jarre nie umie odgadnąć.
O zmierzchu dróżka sprowadza go do obrośniętego łoziną kanału z dziurawym mostkiem, przy którym, jak podpowiada mu skóra, czai się coś niedobrego. Przeczucie się sprawdza: na mostku zastępują mu drogę uzbrojeni w pały obwiesie, którzy przyznają wprost, że czekali tu na jakąś dziewkę, ale na bezrybiu obedrą i jego. Jarre krzyczy, że ma nóż, gwizdnięty ze świątynnej kuchni w przeddzień ucieczki, lecz nie sięga po niego, bo paraliżuje go świadomość, że nic mu to nie da. Ratuje go przypadek: trzeci z napastników rozpoznaje w nim znajomka. To Melfi, syn bednarza z Ellander, który w przyświątennej szkółce przez rok bijał Jarrego i przezywał go bękartem z pokrzyw, nim ojciec zabrał go od nauki do strugania klepek, a odkąd Jarre został pomocnikiem pisarza w sądzie grodzkim, kłaniał mu się w pas. Świadomość, że o mały włos nie obrabowali go „druhowie", kończy się dla wyczerpanego chłopca pierwszym w życiu omdleniem.
Przy ognisku Jarre poznaje całą kompanię, która, jak i on, ciągnie do Wyzimy do wojska. Milton i Ograbek to kmiecy synowie wybrani z łanowej powinności, po jednym rekrucie z dziesięciu łanów; Melfiego wylosowano w uzupełniającym ciągnieniu, które rada miasta Ellander uchwaliła wilkierzem z szesnastego stycznia. Zupełnie inne wrażenie robią pozostali trzej: przygłupi osiłek Klaproth, ostrzyżony do skóry Okultich i seplenący Szczupak, najstarszy w bandzie, o oczach błyszczących jak u prawdziwej ryby. Szczupak twierdzi, że i on idzie na ochotnika, a zasadzkę na mostku zbywa jako niewinne figle. Z patriotycznych deklaracji Jarrego kpi w żywe oczy: uczony pisarczyk powinien przecież wiedzieć, kto tę wojnę wygrywa, a kto ją niechybnie przegra, więc tylko chory na umyśle przyłącza się z własnej woli do przegrywającej strony. Jarre odgryza się zuchwalej, niż sam się po sobie spodziewał, ale nocą śpi źle. Śni mu się Geralt, znany mu wiedźmin, siedzący nieruchomo pod skalnymi soplami, oblodzony i zasypywany śniegiem, potem Ciri, cwałująca na karym koniu szpalerem pokracznych olch, które usiłują ją schwytać krzywymi konarami, a nad ranem , po której to śnie, wyjątkowo, obyło się bez wstydu, bo było za zimno.
Rankiem siódemka rusza gościńcem, na którym robi się coraz tłoczniej od wozów, uchodźców i maszerującego wojska. Kmiecy synowie dodają sobie animuszu wojackimi piosenkami, z których druga, o okrutności śmierci, brzmi jak zły omen, a banda Szczupaka zbiera spod kupieckich wozów wszystko, co spadnie. Jarre czeka na pretekst, by się odłączyć, bo nie podobają mu się ani spojrzenia, jakimi Szczupak i Okultich mierzą mijane kobiety i dobytek, ani uwaga, którą Szczupak rzuca na widok zamożnych wiosek niziołków w dolinie: żeby zapamiętać tę skrajną wioseczkę wśród brzózek, bo gdyby kiedyś zapragnął tam w gości, nie chciałby błądzić. Klaproth dorzuca do tego jadowitą tyradę o „chobołdach", którym się powodzi, gdy prawdziwemu człowiekowi bieda.
Do pierwszego rozboju o mało nie dochodzi na oczach Jarrego. Banda dogania wędrownego handlarza amuletów i driakwi, starego człowieka z wózkiem zaprzężonym w osła, i Szczupak komenderuje, by uporać się ze sprawą, póki na gościńcu mało świadków. Jarre, sam nie mogąc się nadziwić własnemu męstwu, staje między bandą a kupcem i mówi „nie pozwolę", na co Szczupak rozchyla kapotę i pokazuje wyostrzony jak brzytwa nóż. Sytuację ratują dwaj lancknechci, wąsaci zawodowi żołnierze z dwuręcznymi mieczami na plecach, którzy wyłaniają się zza wierzb i jednym pytaniem gaszą całe zajście. Zbóje momentalnie potulnieją, a Jarre przytomnie oznajmia, że wszyscy idą do Wyzimy do wojska, więc może im po drodze. Po drodze lancknechci klarują mu życzliwie, że gminy często pozbywają się poborem najgorszej swołoczy, i radzą wyciągnąć naukę z losowych zbratań, które potrafią zaprowadzić pod wspólną szubienicę.
W południe trakt tarasuje przemarsz wojsk na południe, ku Mariborowi i Mayenie, i Jarre po raz pierwszy ogląda potęgę koalicji, o której lancknecht mówi z dumą, że teraz wszyscy są aliantami: Temeria, Redania, Aedirn i Kaedwen. Najpierw jedzie konnica redańska pod srebrnymi orłami na karmazynie, przysłana w pomoc przez królową Hedwig, za nią kusznicy i pawężnicy, potem pancerni pod czarną chorągwią usianą srebrnymi liliami. Przy liliach Jarre błyszczy wiedzą z dzieł heraldyka Jana z Attre: lilia to znak następcy tronu Temerii, pod znakiem lilii królewicz Goidemar, syn starego króla Gardika, gromił insurgentów diablicy Falki, a król Cedric dekretem uczynił z pola usianego liliami herb państwa. Następnie nadciąga śpiew, groźny jak nadchodząca burza: to szara, bezsztandarowa kawaleria Wolnej Kompanii, najemnych kondotierów, poprzedzana tyką z trzema ludzkimi czaszkami. Lancknechci wyliczają z szacunkiem banderie Adama Pangratta, Molli, Frontina i Abatemarco, które i rozerwały nilfgaardzki pierścień wokół twierdzy, a na czele drugiego hufu Jarre widzi kobietę, zwaną Słodką Trzpiotką, która pod Mayeną w tysiąc koni rozniosła trzytysięczny zagon Czarnych i elfów. Pochód zamyka maszerująca pod łomot litawrów i świst piszczałek niska piechota w futrzanych burkach i szpiczastych szyszakach: regiment , krasnoludów przysłanych przez starostę Mahakamu Brouvera Hooga, cofnięty po ciężkich stratach pod Wyzimę na przeformowanie. Okultichowi, który powtarza plotkę o krasnoludach w zmowie z Czarnymi, lancknecht wyjaśnia z politowaniem, że karaluch połknięty w zupie miałby więcej rozumu w kiszkach niż on w głowie.
Na postoju handlarz wykłada uczenie, że czerwona barwa komety zwiastuje gorączkę, krew, ogień i żelazo, które z ognia się rodzi, i biada nad nadchodzącymi rzeziami. Lancknecht odwraca wróżbę pytaniem, które wszystkim poprawia humor: kometa leci wysoko i z Nilfgaardu też ją widać, czemu więc nie przyjąć, że to Czarnym wróży klęskę, a ich trupy ułożą się w sterty.
Wyzima wita wędrowców odorem, od którego mało nie urywa nosa. Wokół miasta zimowały tysiące wojska, a wywożone za wał nieczystości od wiosennych roztopów cuchną na całą okolicę i karmią niewidziane o tej porze roku chmary much, które pchają się do oczu i ust. Śmierdzą obozy, ogromny lazaret, podgrodzie, brama i uliczki, a miasto oblepione jest werbunkową propagandą: co ściana, to malunek z rycerzem celującym palcem w przechodnia i pytaniem, czy już się zaciągnął, z Matką Ojczyzną na tle płonących wsi albo z elfami o zakrwawionych nożach w zębach. Ktoś inny zmywa ze ściany napis przeciwko „zasranej wojnie". Pod pręgierzem tłum obrzuca błotem zakutego szewca Fusona, który wedle słów bajlifa „siał defetyzm", odprowadzając syna do oddziału z płaczem zamiast patriotycznych okrzyków, a gruby mieszczanin dopowiada z powagą, że nilfgaardzcy szpiedzy i elfy trują studnie bieluniem, szalejem, leprą i defetyzmem, za co wczoraj powieszono dwóch elfów. W miejskim ścisku banda Szczupaka rozpływa się bez pożegnania, z Melfim włącznie, a lancknecht na odchodnym radzi Jarremu, by nie dążył do ponownego spotkania z takimi druhami. Wdzięczny handlarz obdarowuje żołnierzy driakwią na złe żarcie, a Jarremu wciska prezent w sam raz dla młodych: mosiężny medalionik w kształcie serduszka, wewnątrz którego magicznym czerwonym inkaustem wypisuje imię ukochanej, by ta nie zapomniała, nie zdradziła i nie porzuciła. Zaczerwieniony chłopak dyktuje: Ciri, to znaczy Cirilla.
Nad medalionem dopada go znajomy głos. Dennis Cranmer, krasnolud służący niegdyś w gwardii księcia Ellander, ten sam, który przed laty pilnował książęcych interesów przy pojedynku wiedźmina pod świątynią, wie o Jarrem wszystko, nim ten zdąży pomyśleć o kłamstwie: chłopak zwyczajnie zwiał, a Nenneke i kapłanki rwą sobie włosy z głów. Zamiast jednak odesłać zbiega kurierską pocztą do Ellander, Cranmer pyta, kiedy Jarre ostatnio jadł ciepłą strawę, a usłyszawszy, że cztery dni temu, zabiera go do zajazdu „Pod Misiem Kudłaczem". Tam, przy golonce i parzonym grochu, wśród huku krasnoludzkiego pojedynku na kułaki, o którym po chwili okazuje się, że rozstrzygał obsadę stanowiska dowódcy roty po poległym pod Mayeną Elkanie Fosterze, Jarre poznaje kamratów Cranmera z Ochotniczego Hufu: Zoltana Chivaya, Sheldona Skaggsa i Yarpena Zigrina.
Rozmowa krasnoludów odsłania przed Jarrem kulisy wojny, o których nie piszą proklamacje. Zaciąg ochotniczy skoczył po zwycięstwie pod Mayeną, ale pęd ustanie, gdy rozejdzie się wieść, że w górę Iny idzie armia Menno Coehoorna, zostawiając za sobą ziemię i wodę. Cranmer wypomina dezerterów: były cintryjski korpus Vissegerda bił się pod Mayeną w awangardzie nilfgaardzkiego zagonu, pod tą samą chorągwią ze lwami, a Skaggs dopowiada ponuro, że wezwała ich matka ojczyzna i cesarzowa Ciri. Na te słowa Yarpen Zigrin ucisza całą kompanię: o rzeczach, o których nie ma się pojęcia, się nie gada, a on pojęcie ma, bo tę dziewczynę zna. Nikt, ani Emhyr var Emreis, ani czarownicy, ani sam diabeł, nie zdołałby jej złamać ani zmusić do czegokolwiek; całe to małżeństwo z cesarzem to mistyfikacja, na którą dali się nabrać różni durnie, a przeznaczenie tej dziewki jest całkiem inne. Zoltan, ku zdziwieniu Skaggsa, twardo staje po jego stronie: on w to przeznaczenie wierzy i ma po temu powody. Gdy rozmowa schodzi na nieuniknioną wielką batalię z Coehoornem, może największą, jaką zna historia, Jarre wtrąca zasłyszaną w radzie książęcej mądrość, że to wielka wojna, która położy kres wszystkim wojnom. Salwę śmiechu, którą zbiera, Yarpen kwituje z powagą i troską, wskazując siedzącą przy szynkwasie okazałą prostytutkę Evangelinę Parr: mimo swoich rozmiarów ponad wszelką wątpliwość nie jest to kurwa zdolna położyć kres wszystkim kurwom.
W ciasnym zaułku Cranmer chwali chłopca za coś, czego ten się nie spodziewał: za to, że przy gadaniu o Cirilli nie mrugnął okiem i nie otworzył gęby. Krasnolud wie wiele o tym, co działo się za świątynnym murem u Nenneke, a na dokładkę słyszał, jakie imię handlarz wypisał na medalionie. Radzi trzymać język za zębami także we wszystkim innym i pokazuje Jarremu, jak w Wyzimie karze się „poważniejszą siejbę": na wielkiej kamiennej szubienicy wisi kilkanaście trupów, wśród nich autor głupich napisów na murach, człowiek, który twierdził, że nilfgaardzki chłop nie jest jego wrogiem, żartowniś od anegdoty o dzidzie, kiju mającym biedaka na obu końcach, bajzelmama z wojskowego przybytku na kółkach oraz nieszczęśnik, który przytaknął szpiclowi-prowokatorowi. Szeptem Cranmer zdradza też chłopcu prawdę o położeniu: Grupa Armii „Środek" idzie na północ w sile stu tysięcy, gdyby nie powstanie w Verden, Czarni już by tu byli, dobrze byłoby, gdyby doszło do rokowań, a Temeria z Redanią nie mają sił zatrzymać Coehoorna przed strategiczną rubieżą Pontaru. Jarre blednie, bo Pontar płynie na północ od Wyzimy. W oddziale liniowym, pociesza krasnolud, szpicli się bać nie trzeba, bo gorliwi są tylko za frontem, ale w sprawie Ciri gębę ma trzymać zamkniętą zawsze, bo do zamkniętej nie wleci żadna sralimucha.
O protekcję przy komisji Jarre prosi na próżno. Cranmer tłumaczy mu, że w armii protegowany ma wypisane „oferma" na plecach, a do Ochotniczego Hufu przyjąć go nie chce; głośno mówi, że to miejsce dla krasnoludów, a w duchu dopowiada prawdę, której chłopak nie usłyszy. Ma u Nenneke niespłacone długi i chce, by Jarre wrócił z tej wojny cały, a złożony z osobników obcej, gorszej rasy Huf zawsze będzie posyłany z najwredniejszymi zadaniami na najgorsze odcinki, tam, skąd się nie wraca i dokąd nie posłałoby się ludzi. Gdy uliczką od zamku przejeżdża ze swoim grzmiącym śpiewem oddział kondotierów, prowadzony przez szpakowatego Adama „Adieu" Pangratta, i Jarre wzdycha, że w takim wojsku chciałby służyć, krasnolud studzi go spokojnie: u każdego swoja piosenka, na wojnie równo się tylko maszeruje i stoi w szyku, a potem w boju każdemu wypada to, co właśnie jemu pisane. Odprowadza chłopca pod drzwi komisji i żegna słowami, że się uwidzą, gdy będzie po wszystkim. A gdy Jarre znika w drzwiach, dodaje cicho: albo się i nie uwidzą.
Komisja werbunkowa rozprawia się z uczonością Jarrego w kilku pytaniach. Konno nie jeździ, z łuku ani kuszy nie strzela, mieczem nie robi, gotować nie umie; umie za to pisać, kaligrafować, zna Starsze Runy i Starszą Mowę, czytał dzieła marszałka Pelligrama i Rodericka de Novembre, i nieźle rachuje. Komisarz, wzdychając nad kolejnym tego dnia oczytanym mądralą, każe wypisać mu kwit do „be-pe-pe" i odsyła go za Mariborską Bramę, na południowy kraniec miasta, nad jezioro. Po drodze Jarre wpada na Melfiego, pijanego w sztok, bo piło się na pohybel Nilfgaardowi. Bednarczyk, dumny ze swej przenikliwości, wyjawia, co sam odkrył poniewczasie: Szczupak wcale nie szedł do wojska, tylko ściągnął do Wyzimy ukraść konie i uniformy, bo umyślił iść na zbój w żołnierskim przebraniu, a durni Milton i Ograbek dali się omamić i poszli z nim. Sam Melfi jest już zaciągnięty i, jak się okazuje, dostał przydział w to samo miejsce co Jarre, więc idą razem. Na majdanie wśród namiotów pod temerską chorągwią z liliami rota obdartusów maszeruje z wiechciem siana u prawej nogi i słomy u lewej, w rytm ryków gefrejtra „Słoma! Siano!". Sierżant odbiera od nowych papiery, przydziela rustunek i musztrę do wieczornego apelu, a na nieśmiałą uwagę Jarrego, że miał chyba inny przydział, bo komisarz mówił wyraźnie o be-pe-pe, odpowiada z parsknięciem, że chłopak jest w domu: witaj w Biednej Pierdolonej Piechocie.
Finał rozdziału wraca do zapamiętanej przez Szczupaka „wioseczki wśród brzózek". Banda, już na kradzionych koniach i z bronią, zjawia się w osadzie niziołków w dolinie Ismeny i żąda od Rocca Hildebrandta daniny „dla królewskiego wojska": grosza, żarcia, koni i krów z obory. Niziołek, choć głos mu drży, wylicza spokojnie, że osada zapłaciła już hibernę, liwerunek, pogłówne, poradlne, podymne, osep i licho wie co jeszcze, że czterej z sioła, w tym jego własny syn, wodzą zaprzęgi w taborach wojennych, a jego szwagier Milo Vanderbeck, zwany Rustym, jest polowym chirurgiem, ważną personą w armii; kontyngent wypełniono z nawiązką, więc pyta, jakim prawem ma płacić znowu. Szczupak, pożerając wzrokiem żonę i córki gospodarza oraz śliczną jak laleczka Impi, odpowiada szczerze: dlatego, że Rocco jest parszywym nieludziem, którego obdzieranie raduje bogów, że jego gniazdo aż się prosi o puszczenie z dymem i że pięciu tęgich zuchów stoi naprzeciw garstki kurduplowatych zafajdańców. Rocco Hildebrandt kiwa głową, że teraz już rozumie, i każe niecnotom iść precz. Na wrzask Szczupaka „bij, zabij" osada odpowiada szybciej, niż daje się to opowiedzieć: bełt z ukrytej w taczkach kuszy Rocca wpada Szczupakowi w otwarte usta, sierp Incarvilii rozcina gardło Miltona, sekator dziadka Holofernesa grzęźnie w brzuchu Ograbka, szpikulec do flancowania rzucony przez Impi trafia Klaprotha prosto w oko, a uciekającego Okulticha babka Petunia ściąga motyką z konia i dogania jak wilczyca. Potem córki Rocca, i , pomagają dorzynać rannych i obdzierać zabitych, Impi wraca w zielonej sukieneczce skrwawionej po łokcie, a gospodarz, obejmując żonę, patrzy w niebo i wskazuje miejsce pochówku zbójów: w brzozowym gaiku, obok tych poprzednich.