Aplegatt, goniec konny w służbie króla Demawenda z Aedirn, zwykł pouczać młodzików, że do tego fachu trzeba dwóch rzeczy, złotej głowy i żelaznego siedzenia. Złotej głowy dlatego, że w skórzanej sakwie na gołej piersi wozi się tylko wiadomości mniejszej wagi: te naprawdę sekretne goniec musi zapamiętać co do słowa i wyrecytować komu trzeba. Przez lata młodzi wydziwiali, że zawód umiera, bo czarnoksięska wiadomość leci z Vengerbergu do Wyzimy w pół godziny i nie zgubi drogi, a gońca mogą ubić zbóje albo Wiewiórki. Aż nagle gońcy stali się znowu potrzebni, a gościńce zadudniły od kopyt. Aplegatt wie dlaczego, choć nikomu tego nie mówi: królowie nagle przestali komunikować się przez magię i magików, bo wiadomości mają pozostać tajemnicą właśnie dla czarodziejów. Powodu tego ochłodzenia goniec nie zna i znać nie chce. Widzi za to, że idą złe czasy: na drogach pełno wojska, po grodach gorączkowa bieganina, ku twierdzom ciągną kolumny wyładowanych wozów i tabuny młodych koni prosto ze stadnin. W upalnym, nieruchomym powietrzu wisi wojna.
Aplegatt jest w drodze od dwóch dni. Rozkaz dopadł go w Hagge, skąd pognał wzdłuż lewego brzegu Pontaru, przed świtem przekroczył granicę Temerii, a w południe następnego dnia był już nad rzeką Ismeną. Posłanie wiezie dla króla Foltesta, ale króla nie ma w stolicy: przebywa w Mariborze, mieście odległym od Wyzimy o blisko dwieście mil. Goniec skręca więc lasami w stronę Ellander, ryzykując spotkanie z grasującymi po borach Wiewiórkami, i przed wieczorem staje na rozstaju przy wiosce Zavada, skąd do Mariboru wiedzie już prosty, bezpieczny trakt. W przydrożnej karczmie oporządza klacz (goniec królewski nikomu nie pozwala dotykać swego konia), zjada jajecznicę i słucha plotek podróżnych ze wszystkich stron świata.
Plotki układają się w mapę nadciągającej burzy. W Dol Angra znowu doszło do incydentów: lyrijska kawaleria ścięła się na granicy z nilfgaardzkim podjazdem, a królowa Meve z Lyrii wielkim głosem oskarżyła Nilfgaard o prowokację i wezwała na pomoc króla Demawenda. W Tretogorze publicznie stracono redańskiego barona, który potajemnie znosił się z emisariuszami cesarza Emhyra. W Kaedwen połączone komanda wyrżnęły fort Leyda, a w odwecie ludność urządziła pogrom, mordując blisko cztery setki nieludzi. Kupcy z południa opowiadają, że wśród cintryjskich emigrantów zebranych pod sztandarami marszałka panuje żałoba: potwierdziła się straszna wieść, że Lwiątko, księżniczka , ostatnia z krwi , nie żyje. Do tego dochodzą omeny: w okolicach Aldersbergu krowy strzykały z wymion krwią, o świcie widziano we mgle Dziewicę Moru, w Brugge nad lasem pojawił się , zwiastun wojny, a z przylądka Bremervoord dostrzeżono widmowy statek, na jego pokładzie zaś upiora: czarnego rycerza w hełmie ozdobionym skrzydłami drapieżnego ptaka.
O brzasku goniec szykuje się do drogi i ze zdziwieniem stwierdza, że ktoś wstał przed nim. Przy studni czeka osiodłany kary ogier, a obok myje ręce czarnowłosa kobieta w męskim stroju. W stajni Aplegatt mija zaspaną dziewczynkę w aksamitnym berecie, wyprowadzającą jabłkowitą klacz, i życzy jej grzecznie szczęśliwej drogi, dodając ostrzeżenie, że czasy niedobre, a na gościńcach czyha niebezpieczeństwo. Wtedy dziewczyna otwiera szeroko wielkie zielone oczy i mówi zmienionym, dziwnym głosem, od którego gońca przeszywa dreszcz: niebezpieczeństwo jest ciche, nie usłyszysz go, gdy nadleci na szarych piórach; miała sen o piasku, który był gorący od słońca. Z podwórza woła ją ostro czarnowłosa: „Ciri! Pospiesz się!", a mała odkrzykuje: „Już idę, pani Yennefer!". Gdy Aplegatt wyprowadza konia, po obu podróżnych nie ma już śladu. Goniec tłumaczy sobie, że dziewka była pomylona albo po prostu nie dobudzona, i rusza w galop, rozcierając dziwny ból między łopatkami.
W Mariborze Aplegatt oddaje królowi Foltestowi listy i recytuje tajne posłanie Demawenda: w Dol Angra wszystko przygotowane, przebierańcy czekają na rozkaz, przewidywany termin to druga noc lipcowa po nowiu księżyca. Z powrotem wiezie odpowiedź, którą powtarza sobie w pamięci na trakcie. Foltest każe akcję wstrzymać, bo „Mądrale" zwołali zjazd na wyspie Thanedd i ten zjazd może wiele zmienić. A poszukiwań Lwiątka można zaprzestać, bo potwierdziło się: Lwiątko nie żyje.
Na leśnej drodze goniec trafia na zator: kolumnę wozów zatrzymał potwór, który napadł na rycerza, urwał mu głowę razem z hełmem i wypatroszył konia, po czym rozsiadł się na trakcie niczym korek w butelce. Wojsko, zamiast bestię ubić, posłało po wiedźmina, którego ktoś widział we wsi. Woźnice i wyrostek, który wszystko widział z bliska, opowiadają Aplegattowi przebieg: białowłosy przybysz (chłopak przekręca imię na „Gerant") obejrzał bestię z daleka, orzekł, że to wyjątkowo wielka mantikora, i zażądał dwustu koron, na co komendant odparł plugawie, że tyle nie zapłaci. Wiedźmin wzruszył ramionami: głodna i wściekła bestia z traktu sama nie zejdzie, bo to jej łowieckie terytorium, a w zbroi ubitego rycerza będzie dłubać całą noc. Przerażeni kupcy stargowali się w końcu na sto pięćdziesiąt. Walki prawie nikt nie widział, bo gapiów odepchnięto, ale pobladły komendant szeptał potem żołnierzom, że to były czary albo elfie sztuczki, bo zwykły człowiek tak szybko mieczem robić nie zdoła. Zabranej z wozu zapłaty wiedźmin nie ma komu zawdzięczać: wziął pieniądze od kupców i odjechał w stronę miasta Dorian.
Geraltowi rzadko śni się cokolwiek, a jeszcze rzadziej cokolwiek pamięta. Tym razem z koszmaru zostaje mu wyraźny obraz: Ciri z popielatymi włosami dłuższymi niż w Kaer Morhen, takimi jak wtedy w Brokilonie, galopuje nocą między pokracznymi wierzbami i nie widzi go, a on nie może ani krzyknąć, ani pobiec, bo tkwi po uda w stygnącej smole. Może tylko patrzeć, jak dziewczynkę dogania jeździec w czarnej zbroi, w hełmie udekorowanym skrzydłami drapieżnego ptaka, jak chwyta ją za włosy i ściąga z siodła, i jak z jej ust rwie się bezgłośny krzyk. Wiedźmin budzi się na rozkaz, który sam sobie wydaje. Rano przelicza sakiewkę: sto pięćdziesiąt za mantikorę, pięćdziesiąt za mglaka spod Carreras i pięćdziesiąt za wilkołaka z Burdorffu, którego było mu żal, bo zagnany do jaskini nie bronił się wcale, tylko ukląkł i czekał na cios. Ale Geralt potrzebuje pieniędzy. Nie mija godzina, a szuka już w Dorian znajomego zaułka i szyldu „Codringher i , konsultacje i usługi prawne".
Do kantoru wchodzi się od podwórka, przez galeryjkę i ciemny korytarzyk, a kołatać trzeba ostrożnie, bo drzwi kryją mechanizm strzelający żelaznymi szpikulcami (właśnie zepsuty: „zadziałało ni z gruszki, ni z pietruszki i podziurawiło domokrążcę", informuje gospodarz). Otwiera zawsze Codringher, niewysoki i szpakowaty, z wielkim biało-czarnym kocurem na kolanach. Ten każący tytułować się adwokatem człowiek rozwiązuje rzeczy niemożliwe: u niego znikają dowody i wierzytelności, krewni wycofują roszczenia, a zapamiętali wrogowie klientów przestają szkodzić, z reguły ginie po nich wszelki ślad i słuch. Sam mówi o sobie, że jest wiedźminem nowoczesnym: anachroniczny Geralt wybawia ludzi od potworów, które wkrótce wyginą, on zaś od kłopotów, których dostarczają ludzie, a skurwysyny będą zawsze. Honorarium woli z góry: dwieście pięćdziesiąt novigradzkich koron ląduje w szufladzie, nim padnie pierwsza informacja.
Za te pieniądze Codringher zebrał wiedzę o Rience. Tajemniczy prześladowca studiował dwa lata w szkole czarodziejów w Ban Ard, wyleciał za drobne kradzieże i został zwerbowany przez kaedweński wywiad, który z odrzutów szkół magicznych zwykł szkolić morderców. Potem siedział w Cintrze w lochu za długi, aż wykupił go ktoś, kto zastrzegł sobie anonimowość tak profesjonalnie, że trop urywa się po czterech bankach. Po wojnie Rience wypłynął w Sodden, Angrenie i Brugge z pieniędzmi, którymi szastał, i zaczął intensywnie szukać „pewnej osóbki": odwiedził opiekujących się wojennymi sierotami druidów z angreńskiego Kręgu (ciało jednego z nich znaleziono potem w lesie, zmasakrowane i noszące ślady tortur), a następnie pojawił się na Zarzeczu. Zdaniem Codringhera Rience działa „ze smyczy" jakiegoś czarodzieja, tego samego, który wykupił go z lochu: nie używa magicznego kamuflażu właśnie dlatego, żeby nie alarmować innych czarodziejów. Dijkstra ma go wprawdzie za nilfgaardzkiego szpiega i jedno drugiego nie wyklucza, ale w wersję, jakoby któryś z czarodziejów Północy szpiegował dla Nilfgaardu, adwokat nie wierzy: u Emhyra magicy znaczą tyle co stajenni, a tacy ludzie jak Filippa Eilhart, która dyktuje Vizimirowi orędzia, czy , który niedawno odprawił z kwitkiem Demawenda, nie zamieniliby swojej pozycji na cesarski postronek. Prędzej to nilfgaardzki wywiad próbuje dotrzeć do czarodzieja, kupując sobie jego totumfackiego.
Jest i trzecia partia. Kantor odwiedzili agenci tajnych służb Foltesta: król rozkazał im szukać zaginionej księżniczki Cintry, uznanej za pretendentkę do tronu, wobec którego są inne plany, a znaleźć ją mieli po to, by ją zabić. Zasugerowano im przy tym, że sporo o poszukiwanej może wiedzieć pewien wiedźmin. Codringher, który uważał już Geralta za swojego klienta, rozwiązał sprawę po swojemu: przedstawił agentom naocznych świadków śmierci Cirilli. Dziewczynka miała umrzeć trzy lata temu na dyfteryt, w obozie dla uchodźców w Angrenie. Agenci mieli łzy w oczach, poszukiwania odwołano i to właśnie ta mistyfikacja krąży teraz po dworach i obozach jako potwierdzona wieść o śmierci Lwiątka. Fałsz ma jednak to do siebie, że wychodzi na jaw, o czym wiedźmin mówi wprost: królewscy agenci to tylko jedni z tropicieli, a inni mogą być mniej podatni na dezinformację.
Codringher prowadzi gościa sekretnym przejściem za mahoniową boazerią do archiwum, gdzie wśród regałów godnych oxenfurckiej biblioteki pracuje wspólnik, którego istnienie Geralt uważał dotąd za mit. Jakub Fenn, uczony legista o wielkiej głowie i sparaliżowanych nogach, porusza się na fotelu na kołach i od miesięcy rozpracowuje „zagadnienie". To on wykłada wiedźminowi, czemu księżniczka jest obiektem tak szeroko zakrojonych łowów: dziewczyna ma w żyłach krew Calanthe, a Cintra ma znaczenie strategiczne. Pretendentka poza strefą wpływów jest niewygodna, a w niewłaściwych rękach, na przykład nilfgaardzkich, groźna, bo choć cintryjskie prawo wyłącza kobiety z dziedziczenia, kobieta zawsze może zostać żoną i matką następcy. Postanowiono więc uniemożliwić jej zostanie żoną i matką sposobem prostym, lecz skutecznym. Obrona, jaką obmyślili wspólnicy, jest przewrotna: rozpowszechnić dyskretnie opinię, że ani Cirilla, ani jej ewentualni potomkowie nie mają żadnych praw do tronu Cintry. W grze politycznej dziewczynka przestałaby być figurą, a pionka nikt nie zabija.
Argument do tej plotki wykłada Codringher z Fennem na spółkę, cynicznie i po kolei. Calanthe po śmierci rodziców nie chciała być tylko żoną nowego króla: przymuszona przez arystokrację do małżeństwa z Roegnerem, rządziła u jego boku żelazną ręką, a gdy po urodzeniu Pavetty i dwóch poronieniach stało się jasne, że syna nie będzie, a Roegner zaczął rozglądać się za młodszą i płodniejszą, król nader dogodnie zmarł w czas szalejącej w kraju ospy. Potem Lwica latami zwlekała z wydaniem córki za mąż, licząc, że przetrzyma naciski możnych, a skandal z zaklętym w potwora Jeżem obrócił się na jej korzyść: wobec tak szokującego mariażu wielmoże przełknęli jej własny ślub z Eistem Tuirseach, który królowaniem się nudził i całkowicie oddał żonie rządy. Sedno wywodu tkwi jednak w osobie Jeża. Geralt protestuje, że ojciec Ciri był królewiczem z Maecht, synem króla Akerspaarka, lecz Fenn wyciąga zwoje i czyta: w spisie legalnych synów Akerspaarka figurują Orm, Gorm, Torm, Horm i Gonzalez, a żadnego Duny'ego tam nie ma. Nawet jeśli król spłodził go na boku, od tronu bękarta dzieliła cała kolejka legalnych dziedziców. Formalnie rzecz biorąc, Pavetta popełniła mezalians, a jej córka jest dzieckiem mezaliansu i praw do tronu nie ma. Argument jest, jak uczciwie przyznaje Fenn, niezbyt mocny, bo krew Lwicy ma znaczenie polityczne niezależnie od paragrafów. Ale może wystarczyć, by dziewczynce pozwolono żyć.
Przy okazji pada pytanie, które elektryzuje obu wspólników: Geralt chce wiedzieć, co znaczy „Dziecko Starszej Krwi". Fenn rozpoznaje określenie: Luned aep Hen Ichaer, dosłownie Córka Starszej Krwi, pojawia się w starszych wersjach wróżby Itliny, tych ze wzmiankami o Starszej Krwi Elfów, Aen Hen Ichaer. Pełnego tekstu wspólnicy nie mają, a elfie manuskrypty to pokrętna symbolika i szyfry, których bez pomocy elfów nikt nie rozgryzie, o pomoc zaś, gdy po lasach trwa krwawa wojna z Wiewiórkami, niebezpiecznie prosić. Codringher ucina wątek i już w kantorze wystawia rachunek: za kopanie w elfich przepowiedniach drugie tyle, razem pięćset, albo dziesięć procent od interesu. Geralt procentów odmawia, bo nie działa dla zysku, na co adwokat, kaszląc coraz ciężej w chustkę, wygłasza radę zaprawioną tytułową diagnozą epoki: nadchodzi czas wielkiej, bezbrzeżnej pogardy i trzeba się dopasować. Niech wiedźmin przerwie grę, w której ktoś przewiduje i steruje jego ruchami, niech zniknie w Kaer Morhen, a prześladowcy dostaną Ciri. Nie prawdziwą: Codringher znalazł w Brugge szlachciankę z Cintry, wojenną sierotę podobną do miniatury z wizerunkiem Lwiątka, i proponuje prostą alternatywę, ktoś umrze, żeby żyć mógł ktoś, kogo Geralt kocha. Wiedźmin odmawia bez wahania: za to, co kocha, nie zapłaci pogardą dla samego siebie, a portrecik dziewczynki każe spalić.
W zamian żąda tego, co adwokat wie na pewno. Yennefer i Ciri opuściły Ellander i zmierzają na zjazd czarodziejów zwołany na początek lipca do Garstangu na wyspie Thanedd: czarodziejka sprytnie kluczy i nie używa magii, ale rachunek jest prosty, za trzy, cztery dni dotrze do miasta Gors Velen, a po drodze musi minąć osadę Anchor. Jadą za nią trzej najemni zbiry, których Codringher zna z imienia: Ralf Blunden zwany Profesorem, Heimo Kantor i Krótki Yaxa, wszyscy trzej na miecze lepsi od Micheletów. Adwokat proponuje, że podkupi zbirów i odwróci kontrakt, napuszczając ich na Rience'a, i przy okazji demonstruje zamorską broń, : rzucona przez pokój stalowa gwiazdka dziurawi na wylot portret jego znienawidzonego ojca. Rozmowa kończy się zakładem. Geralt twierdzi, że uchyli się przed orionem rzuconym w jego plecy; jeśli Codringher spudłuje, rozszyfruje elfie manuskrypty na kredyt. Wiedźmin odwraca się, gwiazda wyje w powietrzu i wbija się w ścianę cztery cale od ramy portretu, a Geralt nawet nie drgnął: słyszał przecież, że adwokat rzuca tak, by nie trafić. Wygrał zakład, w którym stawką była jego pewność siebie.
Wieczorem w zajeździe w Anchor Aplegatt, wracający z Mariboru okrężną trasą z pocztą dla króla Vizimira, je cienką polewkę, gdy z cienia za piecem odzywa się białowłosy mężczyzna z mieczem na plecach. Nieznajomy wypytuje, dokąd goniec jedzie, po czym daje mu radę, w której brzmi coś, co ucina wszelkie spory: niech odpoczywa, ale na podwórze niech nie wychodzi, cokolwiek by się działo. Zaraz potem do izby wchodzą trzej zbrojni. Ten w niebieskawych okularach na haczykowatym nosie, mówiący napuszoną, „uczoną" polszczyzną, wypytuje karczmarza o dwie damy podróżujące ku Gors Velen, czarnowłosą na wronym źrebcu i młodszą, jasnowłosą i zielonooką, na jabłkowitej klaczy. Aplegatt, czując nagle zimno na plecach i wspominając słowa o szaropiórym niebezpieczeństwie, uprzedza odpowiedź karczmarza: nie było tu takich. Wtedy z podwórza rozlega się chrapliwy głos: napastnicy mają wybór, albo jeden z nich wyjdzie i powie, kto ich nasłał, albo wyjdą wszyscy trzej.
Starcie słychać z izby lepiej, niż je widać: tupot, szczęk, wrzask, od którego włosy stają dęba. Okularnik, który przed wyjściem rozstawiał kompanów do zajścia wiedźmina od tyłu, wtacza się do środka z rozprutym brzuchem i pada na klepisko, a jego kryształowe okulary tłuką się na niebieską kaszę. Geralt wchodzi za nim, chowa miecz i mówi karczmarzowi, co ma przekazać bajlifowi: niedobrzy ludzie umarli, a była może za nich nagroda. Gdyby zaś o los tych ludzi pytali kamraci, niech karczmarz powie, że pokąsał ich Wilk. Biały Wilk. I niech dodaje, żeby często oglądali się za siebie: pewnego dnia obejrzą się i zobaczą Wilka.
Po trzech dniach Aplegatt staje nocą w Tretogorze. W kordegardzie nie czeka na niego grododzierżca, lecz Dijkstra we własnej osobie, uprawniony do słuchania wiadomości przeznaczonych wyłącznie dla uszu króla. Goniec recytuje posłanie Demawenda do Vizimira: przebierańcy będą gotowi na drugą noc po lipcowym nowiu, niech Foltest nie skrewi; zjazdu „Mądrali" na Thanedd Demawend nie zaszczyci obecnością i to samo radzi; Lwiątko nie żyje. Odpowiedź, której Aplegatt ma nauczyć się na pamięć i powtórzyć tylko swemu królowi, brzmi złowrogo: przebierańców koniecznie wstrzymać, bo ktoś zdradził, a Płomień zgromadził armię w Dol Angra i tylko czeka na pretekst. Gdy goniec opowiada jeszcze o wydarzeniach w Anchor, szef wywiadu w zamyśleniu łączy fakty: Profesor, Kantor i Yaxa zakatrupieni przez wiedźmina na trakcie wiodącym do Gors Velen, czyli na Thanedd. A Lwiątko podobno nie żyje. Na pytające spojrzenie gońca odpowiada tylko, że to nieważne. Przynajmniej dla niego.
Przed świtem Aplegatt rusza z Tretogoru na narowistym ogierku z rasowej stadniny, z ekstra premią w sakiewce i ostrzeżeniem Dijkstry, by w lasach nad Pontarem uważał na Wiewiórki. Między łopatkami swędzi go nieznośnie, pewnie od pchły ze stajennego siana, a podrapać się w galopie nie sposób. W tym samym lesie, przy drodze, czuwa trzyosobowy patrol Scoia'tael wysłany na rekonesans przed dołączeniem do komanda. Cairbre z drzewa melduje samotnego jeźdźca, Yaevinn podnosi łuk, a Toruviel chwyta go za rękaw: mieli prowadzić zwiad, nie mordować cywilów po drogach, a trup na trakcie ściągnie patrole i obstawę brodów. Czy tak wygląda walka o wolność? Właśnie tak, odpowiada Yaevinn i ucina spór po elfiemu: „Thaess aep, Toruviel". Strzała z jego sześćdziesięciofuntowego łuku jest „cicha", lotkowana długimi, wąskimi szarymi piórami, a jej trójbrzeszczotowy grot wkręca się w ciało jak śruba. Aplegatt nie słyszy strzału. Grot trafia go w plecy między lewą łopatką a kręgosłupem, dokładnie tam, gdzie od trzech dni czuł dziwny ból, i goniec zsuwa się z siodła na piasek drogi, nagrzany słońcem tak, że aż parzy. Ale tego Aplegatt już nie czuje: umiera natychmiast, nie usłyszawszy niebezpieczeństwa, które nadleciało na szarych piórach, i nie poznawszy, że wszystko to wywieszczyła mu zaspana zielonooka dziewczynka w stajni na rozstaju.