Po parującym mgłą jeziorze płynie w żółwim tempie łódź. Na rufie siedzi Condwiramurs, młoda adeptka magii, która podróżowała całą noc i ma już serdecznie dość, a przy wiosłach niski, krępy mężczyzna o siwych, kręconych jak u karakuła włosach, który na wszystkie jej pytania i złośliwości odpowiada wyłącznie burknięciami, charknięciami i stęknięciami. Powód ślimaczego tempa wskazuje ruchem podbródka: za łodzią ciągnie się na lince błyszcz, mosiężna łyżka z potrójnym hakiem, a rybołówstwo jest ważne, reszta nieważna. Dopiero gdy przy wyspie wioślarz zwija linkę i okazuje się, że nie złapało się nic, a Condwiramurs słodziutko pyta, czy aby łódź nie płynęła za szybko, mężczyzna obrażony chwyta wiosła naprawdę i resztę drogi pokonują jak strzała. Adeptka wysiada boso na żwir i rusza ku kamiennym schodom, a wszystkie niewygody ulatują z niej bez śladu, bo oto jest w miejscu niemal legendarnym, w którym bywali wyłącznie nieliczni wybrańcy: na wyspie Inis Vitre na jeziorze Loc Blest. Na szczycie schodów, wsparta o posążek wyszczerzonej chimery, czeka Nimue. Pani Jeziora.
Gospodyni jest drobniutka i mierzy niewiele ponad pięć stóp; Condwiramurs słyszała, że za młodu nazywano ją Łokietkiem, i widzi, że przezwisko było trafne, choć jest pewna, że od dobrego pół wieku nikt nie ośmieliłby się go użyć. Nimue ucina tytuły i epitety (żadna „Pani Jeziora", po prostu Nimue), a przy śniadaniu wykłada zasady: wieża ma sześć kondygnacji, laboratorium, biblioteka i galeria stoją przed gościem otworem, dwie najwyższe kondygnacje to absolutnie prywatne komnaty gospodyni. Do rzeczy prywatnych, z których korzysta na prawach wyłączności, Nimue zalicza też z kamienną twarzą Króla Rybaka, czyli burkliwego wioślarza; gdyby zaś to on spróbował korzystać z Condwiramurs, należy odmówić. Potem przechodzi do konkretów: wybrała Condwiramurs spośród wszystkich kandydatek, choć proponowano jej, z naciskiem, prymuskę będącą córeczką kogoś ważnego. Adeptka bez fałszywej skromności potwierdza, że jest najlepszą śniączką akademii i miała drugą lokatę wśród onejromantek. Śni bez wspomagania narkotykami, czego Nimue nie toleruje, a do onejroskopii wystarcza jej „zahaczka": przedmiot albo obraz związany z tym, o czym ma śnić. Na obraz, jak przyznaje, śni jej się wyjątkowo dobrze.
To dobra wiadomość, bo na górze czeka galeria, w której ściany od podłogi po sufit obwieszone są malarstwem wszystkich epok i technik, a wszystko w jednym temacie. Nimue zatrzymuje się przed kolejnymi płótnami i milcząco egzaminuje gościa, a Condwiramurs rozpoznaje bez zająknięcia: Jaskier śpiewający ballady pod dębem Bleobherisem, prorocza wizja Ciri i Triss Merigold w Kaer Morhen, jazda Ciri przez szpaler pokracznych olch na spotkanie z Geraltem na farmie niziołka Hofmeiera, Geralt i Cahir , pierwsze spotkanie i Ciri w , Jaskier i driada w , wreszcie drużyna Geralta w śnieżycy na przełęczy Malheur. Znakomita znajomość legendy o wiedźminie i wiedźmince to drugi powód, dla którego na Inis Vitre znalazła się właśnie ona.
Przy hebanowym stoliku, nad którym dominuje wielkie batalistyczne płótno Mikołaja Certosy z bitwy pod Brenną, Condwiramurs opowiada o swoim stosunku do legendy: kochała ją jako podlotek w wersjach okrojonych i uprzyzwoiconych dla młodzieży, a gdy wzięła się za wersje poważne i pełne, namiętność ustąpiła czemuś w rodzaju obowiązku małżeńskiego. Woli legendy trzymające się konwencji, w których książę całuje śpiącą królewnę i oboje żyją długo i szczęśliwie, a nikt z bohaterów pozytywnych nie ginie. Pada pytanie, jak w takim razie kończy się legenda o Ciri, i adeptka, wietrząc egzamin albo pułapkę, nie odpowiada; patrzy tylko na ciemną akwarelę z niekształtną barką suniętą po zasnutym oparami jeziorze, popychaną tyką przez kobietę widoczną jedynie jako czarna sylwetka. Właśnie tak kończy się ta legenda, myśli. Nimue czyta w jej myślach i odpowiada głośno: to wcale nie jest takie pewne. Przy okazji wychodzi na jaw rzecz zdumiewająca: nie istnieje ani jeden portret Ciri, nigdzie na świecie, bo nie zachowało się nic namalowane przez kogoś, kto mógł ją widzieć. Wiszący w galerii portret en pied przedstawia jej matkę Pavettę (pędzla krasnoluda Ruiza Dorrita), a płótno „Infantka z chartem", na którym Dorrit sportretował dziesięcioletnią Ciri, zaginęło. Z dwóch wiszących obok siebie portretów lewy to wolna wariacja przedstawiająca elfkę Larę Dorren, malowana przez znaną z legendy Lydię van Bredevoort; o prawym, wizerunku szczupłej, jasnowłosej dziewczyny o smutnym spojrzeniu, w białej sukience z zielonymi rękawkami, Nimue mówi tylko tyle, że malował go Robin Anderida. Kogo przedstawia, adeptka ma sobie wyśnić.
Wieczorem Nimue opowiada własną historię. Jest dzieckiem wiejskim, czwartą córką wsiowego stelmacha, a najpiękniejszymi chwilami jej dzieciństwa były wizyty wędrownego bajarza, dziada Pogwizda: przy jego opowieściach można było odetchnąć od harówki i zobaczyć oczyma duszy daleki, cudowny świat. Babska dola w jej wsi znaczyła garbić się od małości, nad robotą, nad dzieckiem, pod ciężarem brzucha; to dziadowskie baśnie sprawiły, że zapragnęła czegoś więcej. Pierwszą książką, jaką kupiła za utarg ze sprzedaży jeżyn, była legenda o Ciri w wersji dla dzieci, czytana z mozołem, ale już wtedy wiedziała, że chce być jak Filippa Eilhart, jak Sheala de Tancarville, jak Assire var Anahid. Do akademii dostała się dopiero za drugim podejściem i wkuwała, by dotrzymać kroku córeczkom hrabiów i bankierów naśmiewającym się z dziewuszki ze wsi, a legenda obchodziła ją wtedy coraz mniej. Aż w wieku około osiemnastu lat coś się wydarzyło. Czego dotyczyło to „coś", Nimue nie mówi (ręka jej przy tym drży), ale od tamtej pory zajmuje się legendą poważnie i naukowo, poświęciła jej życie i doskonale wie, że cały świat plotkuje o obsesji Pani Jeziora. Od asystentki będzie wymagała tego samego. Na dobry początek Condwiramurs ma oglądać, czytać i nasiąkać: potrzebny jej materiał do snu, zahaczka.
Pierwsza noc na wyspie przynosi sen, który jest właściwie gotową sceną. Zamek Darn Rowan wśród wzgórz porośniętych wiecznie zielonymi cisami; mistrz Robin Anderida, malarz chorobliwie nieśmiały i cierpiący na agorafobię, portretuje szczupłą jasnowłosą dziewczynę w białej sukience z zielonymi rękawkami, a opiekująca się nią Stella Congreve, hrabina na Liddertalu, wstaje na widok wchodzącego Emhyra var Emreis. Cesarz, w czarnym oficerskim uniformie gwardyjskiej brygady „Impera", chwali postępy: przez sześć miesięcy od pamiętnej audiencji w Loc Grim hrabina zdołała przekształcić niezgrabne kaczątko w małą arystokratkę. Stelli mówi na stronie, że wyjeżdża, bo za dziesięć dni wznawia ofensywę na Północy, a Vattier tropi wymierzone w niego spiski; na pytanie, co będzie z dziewczyną, odpowiada tylko, że racja stanu nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością. Vattier zapewnia go, że jest na tropie Vilgefortza i że sprowadzenie do Nilfgaardu prawdziwej Cirilli to kwestia dni, najwyżej tygodni; z sobowtórem trzeba będzie wtedy „coś zrobić".
Sam na sam z dziewczyną, na tarasie, Emhyr żąda jej prawdziwego imienia. Słyszy wyuczone „Cirilla Fiona Elen Riannon", a gdy naciska, dziewczyna łamiącym się głosem wyznaje, że jej własne imię jest nijakie, w sam raz dla kogoś, kto jest nikim: coś znaczy tylko tak długo, jak długo jest Cirillą Fioną. Cesarz, wbrew wszystkiemu, czego wymaga imperatorska poza, mówi jej, że nie miał nic wspólnego z jej porwaniem, że go oszukano, i prosi ją o wybaczenie, dając słowo, że nie spotka jej już żadna krzywda. Potem każe jej prosić, o co zechce, w duchu gotów odesłać ją w złotej karocy do domu, skąd ją zabrano. Dziewczyna prosi o co innego: chce zostać w Darn Rowan, u pani Stelli, bo wybiera dom, ciepło i serce, rzeczy, których w życiu zaznała tak mało, a wybierając coś takiego, nie można przecież popełnić błędu. Biedna, naiwna istotko, myśli Emhyr var Emreis, Biały Płomień Tańczący na Kurhanach Wrogów: właśnie wybierając coś takiego, popełnia się pomyłki najstraszliwsze. Ale coś, może dalekie, zapomniane wspomnienie, powstrzymuje go, by powiedzieć to głośno. Dziewczynie zostawia dane słowo: niech stanie się wedle jej woli.
Nimue słucha relacji z uznaniem: już w pierwszych snach adeptka rozszyfrowała dziewczynę z portretu, sobowtóra Ciri. Kolejne sny przynoszą datowniki. Chłopak wędrujący z tobołkiem wśród gołych wiosennych wierzb patrzy w niebo, po którym sunie czerwona kometa: ta była widoczna przez sześć dni, wiosną roku zawarcia pokoju cintryjskiego. Sen o bitwie pod Brenną (kotłowanina koni i ludzi, ktoś wyjący „Orły! Orły!") nosi tę samą datę, rok komety. Przy śniadaniu wychodzi też na jaw prywatna strona wyspy: Król Rybak mocno utyka, bo na polowaniu dzik rozpruł mu nogę, i dlatego tyle czasu spędza przy wiosłach, gdzie o kalectwie zapomina. To bardzo przyzwoity i dobry człowiek, mówi Nimue i dodaje rzeczowo: a ja potrzebuję mężczyzny. Condwiramurs, która wkrótce przyłapuje gbura na czytaniu w wolnych chwilach dzieł poważnych i trudnych, przestaje się dziwić czemukolwiek: chamstwo Króla Rybaka to pozór, względnie bezpieczna mimikra.
Nad akwarelą z audiencji w Loc Grim Nimue pokazuje, dla kogo odgrywano tamten spektakl: dla ambasadorów królestw Północy. Wskazuje też nilfgaardzkich diuków, których spotkał afront, bo cesarz odtrącił ich córki; żądni zemsty, nachyleni ku sobie, już na płótnie knują spisek i mord. O tym natomiast, co stało się później z fałszywą Ciri, żadna wersja legendy nie mówi ani słowa. Condwiramurs domyśla się losu nie do pozazdroszczenia, choć przyznaje, że śniąc, nie wyczuła tragedii; z drugiej strony sny bywają nie prawdą, lecz marzeniem, pragnieniem i lękiem.
Sens całej praktyki Nimue wykłada w łaźni, malutkiej budce z pomostem, z której obie wybiegają się schładzać w jeziorze: Condwiramurs ma wyśnić białe plamy legendy, prawdziwe, nikomu nieznane wersje zdarzeń, których badacze nie znali, więc zatynkowali je konfabulacją i pięknosłowiem albo zbyli milczeniem. Szansa na przedarcie się przez fikcję jest dokładnie taka, jak szansa Króla Rybaka, który bez wytchnienia zarzuca haki, zaczepia zielsko, korzenie i stare buty, ale od czasu do czasu coś łowi. Pierwsza biała plama z brzegu: zimowy pobyt wiedźmina w Toussaint, od października do stycznia, który wszystkie wersje legendy zbywają zdaniem „bohaterowie spędzili zimę w Toussaint"; nawet Jaskier, który własnym wyczynom w księstwie poświęcił dwa rozdziały pamiętników, o wiedźminie jest zaskakująco enigmatyczny. Zahaczka się znajdzie, uśmiecha się Nimue: jest nawet rysunek na rysunku.
I oto scena, jakiej nie zna żadna wersja legendy. W jaskiniach pod Gorgoną Geralt i Regis stoją przed naskalnym freskiem Avallac'ha: niedbale malowane ludziki z łukami ścigają wielkiego fioletowego bizona w tygrysie pręgi. Jaskinie są spenetrowane dokładnie i po elfach nie ma śladu: pochowali się albo wynieśli, a flaminika, za której wstawiennictwem udzielono wiedźminowi posłuchania, kategorycznie odmówiła dalszej współpracy. Geralt gorzko przyznaje, że zaczyna rozumieć, czemu ludzie nie przepadają za elfami: trudno oprzeć się wrażeniu, że elfy ze wszystkiego drwią. Decyzja może być tylko jedna: wracać do Caed Myrkvid, gdzie druidki podleczyły już oskalpowaną głowę Cahira, a potem skorzystać z zaproszenia księżnej Anny Henrietty, bo Milvie z połamanymi żebrami i Cahirowi odpoczynek dobrze zrobi, a Jaskra trzeba wyplątać z afery, w którą zdążył się nieźle wplątać. Regis wzdycha, że w takim razie będzie musiał trzymać się z daleka od zwierciadeł i psów oraz uważać na czarodziejów i telepatów, a gdyby go mimo to zdemaskowano, liczy na Geralta. Może liczyć, odpowiada poważnie wiedźmin: nie zostawi go w potrzebie. Druhu. Na odchodnym wampir podsuwa jeszcze myśl, że do nekropolii Tir ná Béa Arainne, leżącej dokładnie za malowidłem, można by się dostać, rozwalając ścianę. Nie, ucina Geralt. Nie myślał o tym.
Życie na Inis Vitre krzepnie w rutynę: rano analiza snów, w dzień spacery po wyspie (godzina wystarcza, by okrążyć ją dwukrotnie), po obiedzie dyskusje, księgi i grafiki, nocą sny. Po dwunastu nocach Condwiramurs prowadzi trzy listy: sukcesów (zahaczone i zakotwiczone „widma", wśród nich rebelia na Thanedd oraz podróż wiedźmińskiej drużyny przez zamiecie na przełęczy Malheur i wiosenne ulewy w dolinie Sudduth), klęsk (do tej się nie przyznaje) i roboczą. Celibat daje o sobie znać snami o Królu Rybaku, od krańcowo nieerotycznych (wleczona na lince za łodzią jako przynęta dla czegoś, co odrywa się od dna) po ekstremalnie erotyczne. Jest wreszcie sen, którym adeptka chwali się przy śniadaniu: wie już, czym wiedźmin zajmował się, zimując w Toussaint. Wyśniła Geralta i kobietę o krótkich czarnych włosach i zielonych oczach; to nie księżna, bo Anarietta wedle wszystkich źródeł miała włosy kasztanowe. Rozmawiali, dodaje, ale nie była to zwykła rozmowa: większą część czasu kobieta trzymała nogi na jego ramionach. Sam sen jest przekomarzanką kochanków: o miłości od pierwszego wejrzenia, w którą oboje wierzą, o cynizmie, który dowodzi nie inteligencji, lecz nieszczerości, o komplementach, bez których kochanie się trąci fizjologią. Gdy Geralt chwali, że nikt od Jarugi po Buinę nie ma tak pięknego tyłka, słyszy, że mógł wybrać rzeki mniej barbarzyńskie, od Alby po Veldę; a na podchwytliwe pytanie, ile kobiet miał przed nią, odpowiada bez mrugnięcia: żadnej, jesteś moją pierwszą. Nareszcie, kwituje czarnowłosa.
Nad płótnem z dziesięcioma kobietami za okrągłym stołem Nimue wzdycha, że nie wiadomo, jak wielkie mistrzynie naprawdę wyglądały. Był czas niszczenia wizerunków czarodziejek, i samych czarodziejek, a potem czas propagandy, gdy mistrzynie musiały samym wyglądem budzić nabożny lęk; z tego czasu pochodzą wszystkie płótna z dziesięcioma wspaniałymi pięknościami. Autentyczne portrety istnieją tylko dwa: Margarity Laux-Antille w Aretuzie, cudem ocalały z pożaru, i Sheali de Tancarville w Ensenadzie w Lan Exeter. Wiszący w vengerberskiej Pinakotece elfi portret Franceski Findabair to falsyfikat: gdy otwarto Drzwi i elfy odeszły, zabrały ze sobą lub zniszczyły wszystkie dzieła sztuki. Nie wiadomo też, jak wyglądała Ida Emean, a w Nilfgaardzie wizerunki czarodziejek niszczono tak pilnie, że nie ma pojęcia o prawdziwych rysach Assire var Anahid i . Przyjmijmy, wzdycha Condwiramurs, że wszystkie wyglądały tak, jak je potem malowano: dostojne, mądre i zniewalająco piękne. Wtedy jakoś łatwiej żyć.
Osobną zagadką wyspy jest taras wsparty na kolumnach, zwisający nad jeziorem, na który nie da się wyjść z żadnego znanego pomieszczenia, choć Nimue najwyraźniej bywa na nim regularnie. Tajemnica wyjaśnia się po serii snów wywołanych akwarelami Wilmy Wessely, malarki zafascynowanej Ciri w Wieży Jaskółki: adeptka śni nie sceny, lecz nieruchome obrazki, a z nich zostaje jej jedna uporczywa myśl, że nad tamtym jeziorem, w tamtej wieży, wcale nie jest się panią, lecz więźniem. Wtedy Nimue prowadzi ją przez swoje prywatne komnaty i sekretne drzwiczki do jasnej, pobielonej komnaty ze szklanymi drzwiami na ów taras. Stoją tu tylko dwa fotele, olbrzymie Zwierciadło Hartmanna w mahoniowej ramie (przez które, po odpowiednich przygotowaniach, można przejść do innych światów, ale ostrożnie: działa w dwie strony i zawsze może coś z niego wyjść) oraz stojak z gobelinem przedstawiającym zamek wtopiony w skalne urwisko nad górskim jeziorem. Condwiramurs zna go z licznych ilustracji: cytadela Vilgefortza, miejsce uwięzienia Yennefer, miejsce, w którym zakończyła się legenda. Nimue precyzuje zadanie: Ciri uciekła z Wieży Jaskółki, gdy pojęła, co zamierzają z nią zrobić, ale żadna wersja nie wyjaśnia, jak z wieży dostała się wprost do zamku Vilgefortza. Wieży Jaskółki wyśnić się nie da; trzeba więc wyśnić zamek. Adeptka ma wyryć sobie gobelin w pamięci i wejść we śnie do środka.
I znów sen staje się sceną, której nie zna legenda. W zamku bez okien, gdzieś, gdzie za murami hula zimowa zawierucha, Yennefer więziona od września wie tylko tyle, że jest pewnie grudzień albo styczeń. Około dwóch miesięcy spędziła w lochu, przykuta w piwnicy ze śmierdzącą wodą, gdzie szczury wyrywały jej jedzenie z okaleczonych palców; przeniesienie do zimnej celi wydawało się po tym luksusem. Teraz siedzi przy stole Vilgefortza, z trudem utrzymując sztućce w ledwo zagojonych, sztywnych palcach, i demonstracyjnie nie daje się złamać. Mag, którego twarz wygląda jeszcze okropniej niż latem (zregenerowana lewa gałka oczna jest sprawna, ale znacznie mniejsza od prawej), oznajmia jej, że Ciri rozstała się ze światem, a winić może wyłącznie siebie i swój upór; dorzuca, że zginął też Geralt, ogniście i spektakularnie. Między jednym a drugim wbija szpilę najgłębiej, jak umie: Yennefer sama aktywnie uczestniczyła w krzyżowaniu parek, w hodowli, dzięki której Ciri przyszła na świat, a on, w odróżnieniu od tamtych eksperymentatorów, miał wiedzę, by dać jej „namiastkę wnuczki". Czarodziejka nie wierzy w ani jedno słowo o śmierciach i wykłada to na głos: skoro pan Rience i pan Schirrú się nie pokazują, a chamscy dotąd strażnicy zrobili się strachliwie uprzejmi, to znaczy, że Ciri i Geralt się wymknęli, plany maga runęły, czarodzieje i Dijkstra go namierzają, a cesarz Emhyr zaciska sieć. Pyta wprost po nilfgaardzku, czy któryś z gości nie ma pełnych gaci; zakatarzony, ciemnowłosy gość odpowiada we wspólnym, że nazywa się Stefan Skellen i bynajmniej pełnych gaci nie ma. Wściekły Vilgefortz kończy wieczerzę oświadczeniem, że Yennefer nie jest mu już potrzebna: powinien kazać ją utopić w worku, ale poczeka na rozwój okoliczności. Będzie siedziała w odosobnieniu, a jeśli znów zacznie głodówkę, tym razem nie będzie jak w październiku tracił czasu na karmienie jej przez rurę.
Drugim z gości przy stole był wielki, chudy mężczyzna o paskudnie bladych, rybich oczach. Nocą wchodzi bezszelestnie do celi Yennefer i przedstawia się: nazywa się Bonhart i ma być dobrze zapamiętany. Chełpi się, że we wrześniu, trzy miesiące temu, złowił w Ebbing jej „bękarta", szarowłosą wiedźminkę z Kaer Morhen, że uczył ją na arenie zabijania harapem, pięścią i obcasem, i że mu uciekła, w zaświaty, ale jeszcze się spotkają; Yennefer, na pozór obojętna, odnotowuje w duchu najważniejsze: Ciri żyje i jest poza jego zasięgiem. Łowca wyciąga zza koszuli trzy srebrne medaliony (głowa kota, orła czy gryfa, trzeciego nie widzi dokładnie, ale chyba to wilk) i opowiada, że był czas, gdy porządni ludzie bali się wiedźminów bardziej niż potworów, więc znalazł się ktoś, kto zrobił z wiedźminami porządek: zaliczył trzech. Żałuje tylko, że Geralta „upiekli w ogniu", bo chętnie dałby mu posmakować klingi. Gdy Yennefer drwi, że do wiedźmina nie dorasta w żadnej konkurencji, Bonhart postanawia dowieść, że jest lepszy, w konkurencji, którą sam sobie wybrał. Z celi dobiega strażników wrzask jak z pantery złowionej w paść, potem ryk jak zranionego lwa. Yennefer, z rozdartą suknią, krwotokiem z nosa i pręgami na ramieniu, broni się ostrymi krawędziami kłódek dwimerytowych bransolet, a w policzku łowcy, wbity głęboko obydwoma zębami, zostaje widelec, który zwędziła ze stołu podczas wieczerzy (mierzyła w oko, ale cel był ruchomy, a nikt nie jest doskonały). Wezwani przez Bonharta strażnicy odmawiają rozkrzyżowania i przytrzymania więźniarki: tego nie mają w obowiązkach, a poza tym nie zamierzają skończyć jak Rience albo Schirrú.
Nad kartonem przedstawiającym kobietę w kajdanach przykutą do ściany Condwiramurs mruczy, że ją więzili, a wiedźmin w tym czasie swawolił w Toussaint z brunetkami. Nimue ucina ostro: nie potępia się kogoś, o kim nie wie się praktycznie nic. Rozmowa schodzi na finał legendy. Wszystkie wersje jako miejsce ostatecznej walki Dobra ze Złem podają zamczysko Rhys-Rhun; wszystkie oprócz jednej, anonimowej i mało popularnej Czarnej Księgi z Ellander, wedle której finał rozegrał się w cytadeli Stygga. Rozsądzić się tego nie da, bo zamek, który oglądał koniec legendy, został zniszczony tak, że nie pozostał po nim ślad, i nie wiadomo nawet, gdzie stał; ale Czarna Księga także inne kanoniczne sprawy podaje inaczej niż wszyscy. Condwiramurs wyznaje, że tej wersji nie lubi, i szuka słowa, a Nimue kończy za nią: bo jest brzydko prawdziwa.
Ostatniej nocy Condwiramurs odkłada „Pół wieku poezji" i postanawia zakotwiczyć się na powracającym śnie, który dotąd nie dawał się dośnić do końca. Sen spływa na nią natychmiast. Nocne niebo, wzgórza, winnice przyprószone śniegiem i czarny, kanciasty zarys budowli: mur z blankami, stołp, samotne narożne beffroi. Dwaj jeźdźcy wjeżdżają na puste międzymurze, ale w ziejący w posadzce otwór lochu schodzi tylko jeden, ten o zupełnie białych włosach. Śniączka patrzy, jak białowłosy z dobytym mieczem zapala kolejne łuczywa i zapuszcza się korytarzami coraz głębiej, i ogarnia ją lęk, bo wie, że wybrane przez niego odgałęzienie wiedzie ku niebezpieczeństwu; wie też, że białowłosy niebezpieczeństwa szuka, bo taki ma zawód. Chce krzyknąć: uważaj, obejrzyj się, strzeż się, wiedźminie. I wtedy z ciemności, z zasadzki, cicho i zdradziecko atakuje potwór, materializując się w mroku jak wybuchający jęzor płomienia.