Jaskier dojeżdża przez Brugge nad rzekę Wstążkę, granicę Brokilonu, i tu kończy się jego eskorta: żołnierze króla Venzlava, choć komendant miał rozkaz odprowadzić posła aż do lasu, dalej nie pojadą za żadne skarby. Tłumaczą dlaczego. Dawniej driady ostrzegały intruza strzałą w pień, dziś od razu strzelają tak, by zabić, a ich zawziętość ma świeżą przyczynę: odkąd królowie po rozejmie z wzięli się ostro za elfie bandy, nie ma nocy, by niedobitki komand nie umykały przez Brugge do Brokilonu, a ścigające je wojsko nieraz przekraczało rzekę i zabijało driady idące elfom na odsiecz. Teraz między lasem a ludźmi trwa otwarta wojna. Jaskier odpowiada cytatem z cudzego bohaterskiego eposu (tchórz umiera po stokroć, człek mężny tylko raz), przyjmuje na drogę łyk gorzałki, obdarowuje eskortę sakiewką i rusza sam, a za plecami słyszy, jak żołnierze rewidują forteczne plotki o „darmozjadzie i tchórzu": wojenny i chrobry pan, skoro mianowano go ambasadorem.
Przeprawa jest próbą nerwów. Jaskier na Pegazie, skarogniadym wałachu, któremu zawsze wszystko jedno, brnie przez zatrzcinioną łąkę pełną bobrzych żeremi (nikt nie niepokoi tutejszych bobrów, bo śmiałkowie dostają strzałę w gardło), mija na brzegu koński szkielet i forsuje płytką, zarośniętą wodorostami rzekę, deklamując sobie na otuchę epos o bohaterze, którego serce nie znało trwogi. Pod czarną ścianą lasu wprowadza w życie sprytny plan, obliczony na słynną muzykalność driad: siada na zwalonym pniu, stroi lutnię i śpiewa w Starszej Mowie balladę o miłości do nadobnej Ettariel.
Plan działa. Driady otaczają go bezszelestnie, nim kończy pierwszą zwrotkę, ale w głosie, który każe mu śpiewać dalej, nie ma wrogości, a Jaskier jest zawodowcem i śpiewa, choć palce drętwieją mu na strunach. Zamiast strzały dostaje od zauroczonych słuchaczek status ard taedh, wielkiego barda, a z mroku nadchodzi po niego Geralt. Jak wiedźmin przyzna później, szczęście jak zwykle poecie dopisało: łuki driad biją celnie na dwieście kroków i strażniczki rzadko czekają, aż ktoś przejedzie na ich brzeg i zacznie koncert.
W obozie driad nie wolno palić ognia (drzewa nienawidzą ognia, one też), więc ciemność rozświetlają zimne zielone latarenki z próchna i mchu, które tylko driady umieją splatać tak, by świeciły. Przynosi je Fauve, driada w wianku, z twarzą przeciętą pasami maskującego malunku, i prosi o dalszy ciąg pieśni o Ettariel. Jaskier wyjaśnia, skąd wiedział, gdzie szukać: od Triss Merigold; po glejt na podróż musiał pójść do króla Venzlava, który zna i lubi Geralta, więc zamiast odmowy Jaskier dostał rangę posła. Geralt, obrośnięty wielodniową szczeciną, leczony w Brokilonie od tygodni, nie wścieka się o wyjawienie kryjówki: cieszy się, że przyjaciel przyjechał. Do Duén Canell jednak nie dotrą, bo wiedźmin nie jest w lesie gościem, a jedynie kimś tolerowanym. O wydarzeniach w Garstangu opowiadać nie chce (skoro Jaskier zna wersję Triss, zna wersję dokładniejszą), chce natomiast usłyszeć wszystko o tym, co działo się ze światem, gdy jego leczono. Gdy Jaskier wyrywa się, że nikt nie wie, co stało się z Yennefer i Ciri, wiedźmin reaguje gwałtownie: nie pyta o nie. Pyta o wojnę.
Jaskier opowiada. Nilfgaard uderzył na Lyrię i Aedirn bez wypowiedzenia wojny, a pretekstem był napad wojsk Demawenda na graniczny fort w Dol Angra, dokonany w czasie zjazdu na Thanedd; niektórzy mówią, że byli to przebrani Nilfgaardczycy, ale jak było naprawdę, pewnie nie dowie się nikt. Odwet był błyskawiczny i zmasowany, bo armia musiała być koncentrowana w Dol Angra od tygodni: lyrijskie twierdze graniczne Spalla i Scala padły w trzy dni, a Rivia, przygotowana na wielomiesięczne oblężenie, skapitulowała po dwóch dniach pod naciskiem cechów i kupiectwa, którym obiecano, że otwarte miasto nie będzie ograbione. Obietnicy dotrzymano, co Geralta zdumiewa bardziej niż sama klęska; Jaskier tłumaczy nowy obyczaj wojny krótko: pieniądz nie ma ojczyzny, a martwi kupcy nie robią pieniędzy i nie płacą podatków.
Dalszą drogę armii Cesarstwa czytelnik ogląda oczami Petera Evertsena, wielkiego komorzego Cesarstwa i w czasie wojny pierwszego komornika armii, człowieka, którego całym życiem są liczby i kalkulacja. Pod Aldersbergiem, gdzie Demawend i Meve przyjęli bitwę, by nie dopuścić do blokady twierdzy, obóz zwycięzców huczy od wiwatów, ale Evertsen nie widzi sensacji: Menno Coehoorn rzucił trzynaście tysięcy żołnierza, w tym dziesięć chorągwi pancernych, na pięć, może sześć tysięcy obrońców. Ważniejsze jest to, co marszałek ogłosił dowódcom dzień wcześniej: stara zasada „wojna zamkom, pokój chatom" przestaje obowiązywać, od jutra hasłem jest wojna wszystkiemu, co żyje, i wszystkiemu, czego ima się ogień. Za linią, do której Cesarstwo wycofa się po przyszłym traktacie, ma zostać spalona ziemia; przypomnijcie sobie Sodden, nadszedł czas odwetu. Komornicy Evertsena dostają zadania praktyczne: wywieźć zebrane płody rolne (do żniw zagoni się niewolników), spędzić i popędzić na południe żywy inwentarz, a huty Guletu, kuźnice Eysenlaan, manufaktury Aldersbergu oraz młyny, gorzelnie i farbiarnie zdemontować i wywieźć, bo tak w dwóch słowach rozkazał . Evertsen patrzy na kolumny maszyn oblężniczych ciągnące na Aldersberg i Vengerberg, na rozradowaną jazdę księcia Winneburga przerzuconą z Cintry, i liczy: cenę trebuszy, roczny urobek kopalń, a także to, ilu z dwóch tysięcy konnych tej chorągwi wróci kiedyś do domu. Wychodzi mu ośmiuset, zapewne mniej.
Vengerberg padł po tygodniu oblężenia. Tamtejsze cechy, inaczej niż w Rivii, dzielnie i do końca broniły baszt i murów, więc po zdobyciu miasta wyrżnięto załogę i ludność, około sześciu tysięcy ludzi. Na tę wieść zaczęła się wielka ucieczka: rozbite pułki i cywile masowo ruszyli doliną Pontaru i przełęczami Mahakamu ku Temerii i Redanii, ale konne zagony szły za nimi i odcinały drogi, bo Cesarstwu chodziło o jeńców, najtańszą siłę roboczą. Było to, jak mówi Jaskier, wielkie i łatwe polowanie na ludzi, których prawie nikt nie bronił.
To „prawie" ma twarz Rayli. Najemniczka, kapitan oddziałów specjalnych Demawenda, zwana teraz Czarną Raylą, osłania z garścią żołnierzy ogon kolumny uciekinierów ciągnącej ku przełęczy do Temerii. Konie padają z wyczerpania i pościgu nie da się już zgubić, a gdy Villis proponuje rozproszyć się po lasach, każdy za siebie, Rayli wystarczy wskazać wzrokiem kolumnę kobiet i dzieci: są tylną strażą, to ich rzemiosło i za to im płacą. Żołnierze przewracają wóz w poprzek gościńca i budują barykadę. Dojeżdża do nich ranny Blaise z wieścią, że reszta oddziału wycięta w pień i że to wcale nie Nilfgaard ich dogonił: przodem, przed Nilfgaardczykami, idą Scoia'tael. Villis zrywa wtedy z naramiennika czarno-złoto-czerwoną kokardę wojsk specjalnych i ciska ją w zarośla; Rayla swoją wygładza i obiecuje ludziom jedno: żywy nie wpadnie w ręce elfów nikt. Pierwszą falę odpierają w sześcioro. Blaise umiera na barykadzie ze sztyletem w dłoni, zabierając ze sobą dwóch elfów; Villisa, pchniętego oszczepem po raz trzeci, Rayla dobija własnym mieczem, dotrzymując obietnicy. Wreszcie zostaje sama, umazana krwią od stóp do głów, straszna jak demon, w kręgu wahających się Scoia'tael. Jasnowłosy elf o twarzy cherubina i wielkich chabrowych oczach dziecka każe jej rzucić miecz; odpowiada, że jej miecz zbyt wiele kosztował, by nim rzucać, i że trzeba jej będzie łamać palce. Nie czekała długo. Na tych słowach scena się urywa.
Odsieczy dla Aedirn nie było znikąd. Redania po zamordowaniu Vizimira pogrążyła się w bezhołowiu: rządy objęła królowa Hedwig, kraj ogarnął terror polowań na Wiewiórki i nilfgaardzkich szpiegów, szafoty spłynęły krwią, a Dijkstra, który po spotkaniu z Geraltem wciąż nie może chodzić i każe się nosić w lektyce, szaleje po całym kraju. Jaskra, jak poeta przyznaje z pewnym zdziwieniem, mógł ścigać, ale nie ścigał. Temeria zaś, ledwie zaczęła się agresja w Dol Angra, przyjęła nilfgaardzkie poselstwo.
Na radzie w Wyzimie stary wojewoda Bronibor grzmi, że posła należało ściąć i odesłać Emhyrowi głowę w worku, a do Aedirn natychmiast wysłać korpus ekspedycyjny i odciążyć Demawenda uderzeniem za Jarugę; kapłan Willemer broni świętości osoby posła, a książę Hereward z Ellander poucza wojaka, że to polityka, że Demawend sam nierozsądnie sprowokował Nilfgaard i że jemu, Herewardowi, wcale niespieszno umierać za Vengerberg. W sali wiele krzeseł stoi pustych: hetman i dowódcy są przy wojsku, a miejsca czarodziejów, jak myśli Willemer, pozostaną puste bardzo długo, może na zawsze. Wreszcie wchodzi bardzo blady Foltest i wykłada sytuację: Vengerberg będzie wzięty lada godzina, Aedirn jest stracone, Demawend zbiegł do Redanii, los królowej Meve pozostaje nieznany, a na południu stała się rzecz bardzo zła, bo król Ervyll z Verden złożył Emhyrowi hołd lenny i wpuścił nilfgaardzkie załogi do twierdz Nastrog, Rozrog i Bodrog, które miały strzec temerskiego skrzydła u ujścia Jarugi. W tej sytuacji Foltest nie może ani forsować rzeki, ani osłabiać stojącej nad nią armii; przyjął więc propozycję układu, którą przysłał mu imperator. Kończy słowami: powiecie, że przynoszę wam pokój.
Geralt kwituje to w ciemności jednym zdaniem: Ciri miała rację, neutralność zwykle bywa podła. Jaskier dopowiada cenę tej neutralności: Temeria wprowadziła wojska do doliny Pontaru i obsadziła twierdzę Hagge, ostatnią fortecę Aedirn na swojej nowej wschodniej granicy, a Nilfgaard w zamian nie wszedł na przełęcze Mahakamu, nie przekroczył Jarugi w Sodden i nie zaatakował Brugge, które po hołdzie Ervylla ma w kleszczach.
A Henselt z Kaedwen, związany z Demawendem paktem? W obozie nad rubieżą setnik Digod, zwany Półgarńcem (przezwisko wzięło się z tempa, w jakim potrafi wyżłopać pół garnca przepalanki), przekazuje dziesiętnikom, wśród nich Zyvikowi, Bodemu i Stahlerowi, rozkazy niezwyczajne, przywiezione przez margrafa Mansfelda z Ard Carraigh wprost od króla. Jutro o świcie pięć chorągwi, z Burą przodem, przekracza granicę i w trzy dni forsownym marszem staje nad rzeczką Dyfne; ani kroku dalej i, co najdziwniejsze, żadnej walki z Nilfgaardczykami, którzy wkrótce pokażą się na drugim brzegu. To bowiem nie najazd, tylko „braterska pomoc": skoro Demawend źle rządził i już się nie podniesie, Kaedwen wraca po swoje „odwieczne ziemie", Dolną Marchię, jak od dziś należy nazywać Górne Aedirn, i po pożyczone Demawendowi pieniądze. Taki układ zawarł Henselt z Emhyrem. Kto spróbuje chorągiew opóźniać, ten nieprzyjaciel i pójdzie pod miecz, ale grabić, palić i gwałcić nie wolno pod karą stryka, bo nie idzie się z najazdem, tylko z pomocą. Przy namiocie margrafa czterej skaldowie z Ard Carraigh układają już balladę o zwycięskiej operacji i o braciach witających wyzwolicieli chlebem i solą; robią to przed operacją, żeby nie tracić czasu. Zyvik, przekazując rozkazy swojej dziesiątce, streszcza ducha tej wojny w jednym zdaniu: baby gwałcić po cichu i tak, coby nikt nie widział.
Finał kampanii Jaskier opisuje jako najobrzydliwszy gest, jaki znała historia: na moście na Dyfne margrabia Mansfeld z Ard Carraigh i Menno Coehoorn, głównodowodzący nilfgaardzkich wojsk z Dol Angra, uścisnęli sobie dłonie nad krwawiącym, dogorywającym królestwem Aedirn, pieczętując bandycki podział łupów.
Na pytanie o czarodziejów z Kapituły i Rady poeta ma odpowiedzi gorzkie. Przy Demawendzie nie został żaden, Foltest wypędził wszystkich, którzy mu służyli, Filippa siedzi w Tretogorze i pomaga królowej Hedwig opanować chaos, jest z nią Triss i jeszcze trzech, kilku innych służy w Kaedwen, a wielu uciekło do neutralnych Koviru i Hengfors. Vilgefortz zniknął: spodziewano się, że wypłynie w zdobytym Aedirn jako namiestnik Emhyra, ale ślad zaginął i po nim, i po jego wspólnikach. Oprócz jednej czarodziejki, która została królową.
W odzyskanym elfim pałacu w Dolinie Kwiatów Francesca Findabair, Enid an Gleanna, zasiada jako królowa Wolnych Elfów: Emhyr podarował Aén Seidhe Dol Blathanna. Filavandrel namawia ją, by wycofała komanda Scoia'tael z Temerii, Redanii i Kaedwen: skoro Lud ma wreszcie własny spłachetek ziemi, jego dzieci powinny wrócić i bronić własnych granic jak wolny naród, zamiast ginąć po lasach jak rozbójnicy. Francesca, z łzami w pięknych oczach, odmawia. Emhyr nie wyraża zgody: komanda mają nadal dezorganizować ludzkie królestwa i utrudniać przygotowania wojenne, a elfom z doliny nie wolno ich nawet wspierać, bo Temeria i Kaedwen uznają władzę królowej tylko pod warunkiem, że oficjalnie potępi walkę Wiewiórek i odetnie się od nich. Filavandrel kłania się nisko: wybaczam ci, Enid. Ale nie wiem, czy oni wybaczą.
Geralt długo milczy, a potem mówi bardzo cicho, że nie wierzy, by po ujawnieniu prawdziwych przyczyn i skutków zdrady Vilgefortza w żadnym czarodzieju nie obudziło się sumienie. Odpowiedzią jest scena, której żaden z nich nie widział. W mieście, którego nazwy tekst nie podaje, Tissaia de Vries kładzie ozdobny podpis pod listem adresowanym do zwykłych ludzi (to, że większość zwykłych ludzi nie umie czytać, nie ma znaczenia) i po namyśle dodaje ideogram prawdziwego imienia, którego nie używała, odkąd została czarodziejką: Skowronek. Potem poprawia włosy, suknię i naszyjnik, wyrównuje lichtarze przesunięte przez służącą przy sprzątaniu, układa równiutko zdjęte bransoletki i myśli o tej służącej, zwykłym człowieku o oczach pełnych strachu, zagubionym w czasach pogardy, który szukał u czarodziejki nadziei i pewności jutra. O człowieku, którego zaufanie zawiodła. Kroki żołnierskich butów za oknem są jej już obojętne: wszystko jedno, czy to prewot z nakazem aresztowania zdrajczyni, czy siepacze Vilgefortza. Gdy w domu robi się tak cicho, że słychać padający na blat płatek więdnącego tulipana, Tissaia siada w fotelu, jeszcze raz poprawia pióro leżące dokładnie w poprzek listu i przecina sobie żyły obu rąk.
Nad ranem Jaskier orientuje się, że zasnął w pół słowa. Obudzony, słyszy żądanie, by opowiedział wreszcie o Yennefer, i broni się: właśnie dlatego, że zna Geralta, nie chce powtarzać krążących plotek, wedle których czarodziejka rozpoczęła „tę grę" wspólnie z Vilgefortzem. Geralt ucina, że na słowo „gra" ma ochotę kogoś zabić, i żąda brzytwy, bo wielodniowa broda doprowadza go do szału. O brzasku, w lesie, Jaskra zatrzymuje srebrnowłosa driada mówiąca wspólnym bez śladu akcentu. Wylicza, co stracił człowiek, którego Jaskier jest przyjacielem: kilka kwaterek krwi, możliwość sprawnego chodzenia, częściową władzę w lewej ręce, wiedźmiński miecz, ukochaną kobietę, cudem zyskaną córkę i wiarę. Nawet brzytwę. A skoro ktoś ma przyjaciół i mimo to traci wszystko, wina leży po stronie przyjaciół: za to, co uczynili, za to, czego nie uczynili, i za to, że nie wiedzieli, co uczynić należy. Chwilę później poeta budzi się na legowisku obok świeżo ogolonego, pachnącego mydłem wiedźmina, który kwituje opowieść chłodno: żadna driada z tego oddziału nie mówi wspólnym bez akcentu; to Brokilon, tu niejedno może się przyśnić.
Rano na skraju lasu Jaskier ogląda to, o czym opowiadali żołnierze z eskorty. Przez zasnutą mgłą Wstążkę przeprawiają się resztki komanda Scoia'tael: sześciu jeźdźców przy dziewięciu koniach, z czego trzej ranni tak, że trzeba ich podtrzymywać w drodze do zbawczych drzew; driady przemykają na drugi brzeg i pościg cichnie w świście strzał. Geralt, nie zważając na ostrzegawczo uniesiony łuk Fauve, idzie rozmawiać z Milvą Barring i wraca po godzinie, prowadząc gniadą klacz elfów o splamionym krwią czapraku. Jaskrowi każe odjeżdżać (driady odprowadzą go dwie mile w górę rzeki, z dala od żołnierzy Brugge), ale sam też nie zostaje: od Wiewiórek dowiedział się czegoś i rusza w drogę, bo Ciri nie może być sama. Jeśli będzie samotna, tłumaczy bezradnie, stanie się z nią to, co kiedyś stało się z nim. Wtedy Jaskier wyznaje, że nie powiedział wszystkiego i że czuje się winny: zna plotki od znajomych z Koviru, którzy słyszeli relacje posłów wracających z Nilfgaardu, i chce je opowiedzieć sam, po swojemu. Wiedźmin długo milczy, wreszcie każe mu wskakiwać na siodło. Opowieść będzie na drogę.
To, o czym plotkuje Północ, czytelnik ogląda z bliska. W Loc Grim, letniej rezydencji imperatora, dwór w ceremonialnej czerni aż kipi od tłumionego, wstydliwego podniecenia. Mówi się, że przywieziona z Północy dziewczyna jest chuda i brzydka, ale krwi królewskiej; że Emhyr podpisał już dla niej dekret o rencie i tytule princessy; że odprawił z dworu Złotowłosą Dervlę, swoją faworytę od trzech lat, czego nie robi się dla związku czysto politycznego; i że jeśli plotki o ożenku się potwierdzą, stare rody Nilfgaardu zostaną upokorzone. Herold ogłasza pełną tytulaturę: Cirilla Fiona Elen Riannon, królowa Cintry, księżna Brugge i diuszesa Sodden, dziedziczka Inis Ard Skellig i Inis An Skellig, suzerenka Attre i Abb Yarra. U boku hrabiny Stelli Congreve, której powierzono opiekę nad dziewczyną, przez salę idzie szczupła, jasnowłosa, bardzo blada panna w błękitnej sukni, w której wyraźnie czuje się źle, i potyka się po drodze dwa razy. Emhyr wygłasza z tronu przemowę obliczoną na posłów neutralnych władców: niech cały świat wie, że to do niego, nie do uzurpatorów, królowa Cintry zwróciła się o pomoc, że jej wrogowie zostaną pokonani i że ona wróci na tron ku radości ziomków. Do tego czasu, w dowód czci i przyjaźni, otrzymuje tytuł princessy Rowan i Ymlac i zostaje odesłana do zamku Darn Rowan. Stella Congreve przestaje cokolwiek rozumieć: cesarz wysyła dziewczynę na koniec świata, tam gdzie sam nigdy nie bywa, najwyraźniej nie zamierza się do niej zalecać ani jej nawet widywać. Po co więc pozbył się Dervli?
Odpowiedź pada za zamkniętymi drzwiami biblioteki, na sekretnej naradzie, za której zdradzenie Emhyr od progu obiecuje ćwiartowanie. Astrolog Xarthisius ma za pomocą astromancji ustalić miejsce pobytu pewnej zaginionej osoby; czarodzieje, którym cesarz zlecał to wcześniej, zawiedli. Dostanie włosy tej osoby oraz dokładną datę i godzinę jej urodzenia, a co do dopuszczalnej tolerancji błędu cesarz uprzejmie wyjaśnia, że im mniejsza będzie tolerancja astrologa, tym większa będzie jego własna. Vattier de Rideaux, szef wywiadu wojskowego, ma postawić na nogi wszystkich podkomendnych i ująć Rience'a oraz grafa Cahira, bo wyszła na jaw rzecz dziwna: do twierdzy Nastrog princessę przywieźli trzy dni po wypadkach na Thanedd nie Vilgefortz, nie Rience i nie Cahir, którzy schwytanie Cirilli gwarantowali i mieli w tej sprawie wyraźne rozkazy, lecz nieznany człowiek i półelf powołujący się na ich polecenia. Obu aresztowanych należy dostarczyć do Darn Ruach i poddać torturom. Stefan Skellen, zwany Puszczykiem, cesarski koroner od zadań specjalnych, ma zaś sformować oddział ludzi najlepszych, gotowych na wszystko i nielękających się magii, odnaleźć kryjówkę Vilgefortza i wziąć ją szturmem. Osobie, którą tam zapewne znajdzie, nie może spaść włos z głowy; Vilgefortzowi i każdemu czarodziejowi u jego boku głowa ma spaść raz na zawsze. Seneszal błaga o łaskę dla syna, bo graf Cahir to jego dziecko, i słyszy, że łaski dla zdrajców nie ma: cesarz chciałby wierzyć, że wina Cahira polegała na głupocie, nie na zdradzie, bo wtedy syn będzie ścięty, a nie łamany kołem. Na koniec pada rozkaz, który wyjaśnia wszystko i wszystko wywraca: dziewczyna z sali tronowej ma dla wszystkich pozostać Cirillą, królową Cintry i princessą Rowan, a prawda jest odtąd tajemnicą stanu najwyższej wagi. , licząc, że różnicy nie zauważy. Emhyr kończy spokojnie: prawdziwą Ciri rozpozna na końcu świata i w ciemnościach piekieł.